Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
01101 025640 21117066 na godz. na dobę w sumie
Powrót Tapatików - ebook/pdf
Powrót Tapatików - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 87
Wydawca: Nowy Świat Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7386-354-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży >> młodzieżowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Ale jak wrócić na swoją planetę, kiedy statek kosmiczny jest w stanie dolecieć najwyżej do księżyca? Środek transportu można jakoś zdobyć, ale najpierw trzeba będzie zmienić wroga w przyjaciela. I czy przypadkiem Tapatiki znów nie zabiorą jakiegoś pasażera na gapę?
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Marta Tomaszewska POWRÓT TAPATIKÓW ROZDZIAŁ I ZAWRÓT GŁOWY OD... NIESPODZIANEK! – Wysokie Góry! – zawołał Tapatik, choć wszyscy na własne oczy zobaczyli to samo, wszyscy bowiem w tych ostatnich minutach lotu z równ(cid:261) niecierpliwo(cid:286)ci(cid:261) wygl(cid:261)dali przez iluminatory. – Tapa-ti-ti! – wołał Tapatik, wyrzucaj(cid:261)c w gór(cid:266) r(cid:266)ce gestem zwyci(cid:266)skiego zawodnika. – Ju(cid:298) prawie jeste(cid:286)my w domu! W domu? – pomy(cid:286)lała Tapati z nagłym smutkiem. – Nie, to jeszcze nie nasz prawdziwy dom i jeszcze nie ten powrót. Nasz prawdziwy dom jest na rodzinnej Tapatii, jak(cid:298)e odległej... Wtuliła dr(cid:298)(cid:261)ce wargi w puchowe futerko swego ukochanego Złotego Misia i oparła czoło o chłodn(cid:261) szybk(cid:266) iluminatora. W dole roztaczał si(cid:266) cudowny widok: sło(cid:276)ce wła(cid:286)nie zachodziło i zza ostrych, o(cid:286)nie(cid:298)onych szczytów Wysokich Gór, bardzo bliskich, jak gdyby bawi(cid:261)c si(cid:266) z kim(cid:286) w zabaw(cid:266) „a kuku, tu jestem”, wyskakiwały psotne czerwone płomyki, niektóre zbiegały ni(cid:298)ej, na urwiste zbocza, l(cid:286)niły i migotały, a(cid:298) zbocza gór zamieniały si(cid:266) w ogromne, drogocenne klejnoty wpi(cid:266)te w chust(cid:266) gasn(cid:261)cego nieba. Ale Tapati, tak przecie(cid:298) wra(cid:298)liwa na pi(cid:266)kno otaczaj(cid:261)cego (cid:286)wiata, nie odczuwała, patrz(cid:261)c, zwykłego, zapieraj(cid:261)cego dech wzruszenia i niczego, wbrew swoim zwyczajom, sobie nie wyobra(cid:298)ała. Kiedy po raz pierwszy dolatywali(cid:286)my tutaj – przypominała sobie – te(cid:298) sło(cid:276)ce zachodziło. Zaraz... to było... Kiedy to było? Rok temu? Przeszło rok! Przeszło rok temu wystartowali(cid:286)my z Tapatii, aby lecieć na Ziemi(cid:266). Mieszkali(cid:286)my na Jodłowej Polanie i... i tyle prze(cid:298)yli(cid:286)my. Potem polecieli(cid:286)my na wypraw(cid:266) przeciw Mandiablom, którzy chcieli zaatakować Ziemi(cid:266), i teraz wracamy z tej wyprawy, i... i ja si(cid:266) bardzo cieszyłam, (cid:298)e wracamy, (cid:298)e zobacz(cid:266) Piastka, Zgryzika i innych. – Ja si(cid:266) naprawd(cid:266) szalenie cieszyłam – szepn(cid:266)ła w puchowe ucho swego Złotego Misia – ale teraz jest mi jako(cid:286) smutno, wiesz? – Ugh – mrukn(cid:261)ł współczuj(cid:261)co Złoty Mi(cid:286), co oznaczało, (cid:298)e rozumie wszystko. Tego, (cid:298)e Tapati nagle posmutniała, nie zauwa(cid:298)ył nikt. Babcia (której Dziadek niedawno oddał stery pod pretekstem, (cid:298)e przypomniała mu si(cid:266) niesłychanie wa(cid:298)na rzecz, wymagaj(cid:261)ca wła(cid:286)nie teraz, na kilka minut przed l(cid:261)dowaniem, pomy(cid:286)lenia w spokoju) prowadziła stereolot. Bimbel nie odrywał oczu od wycelowanej w iluminator ukochanej lunety. Tapatik szalał z niecierpliwo(cid:286)ci, a robot kuchenny XL pracowicie rozwa(cid:298)ał, czy na pierwsz(cid:261) po powrocie kolacj(cid:266) zrobić nale(cid:286)niki z serem, czy te(cid:298) mo(cid:298)e piero(cid:298)ki z kapust(cid:261) i grzybkami? Dziadek za(cid:286) starannie wi(cid:261)zał sobie na szyi t(cid:266) okropn(cid:261) czerwon(cid:261) chustk(cid:266) w (cid:298)ółte grochy, której nikt (poza Chochl(cid:261)) nie mógł znie(cid:286)ć. – Ju(cid:298) widać Jodłow(cid:261) Polan(cid:266)! – wrzeszczał Tapatik, nieprzytomny z podniecenia. – Tapa- ti-ti! Ja zaraz lec(cid:266) zobaczyć, jak wygl(cid:261)da ten Yhy-hy Jedenasty! – Juhu-oho-ho Jedenasty – poprawiła z naciskiem Babcia. – Raz jeszcze prosz(cid:266) ci(cid:266), Tapatik, (cid:298)eby(cid:286) pami(cid:266)tał, (cid:298)e to nasz jeniec i nie wy(cid:286)miewał si(cid:266) z niego. – Ja si(cid:266) nie wy(cid:286)miewam – rzekł obronnym tonem Tapatik. – Ja tylko nie mog(cid:266) zapami(cid:266)tać tego jego imienia! A poza tym zawsze mo(cid:298)na za(cid:298)artować. Sama Babcia wie, (cid:298)e jak kto(cid:286) ma poczucie humoru, to powinien (cid:286)miać si(cid:266) nawet wtedy, kiedy sam jest przedmiotem (cid:298)artów, wi(cid:266)c... – Pami(cid:266)taj, (cid:298)e to jeniec, czyli kto(cid:286) pokonany – przerwała Babcia t(cid:266) wygłaszan(cid:261) ze (cid:286)wi(cid:266)tym ogniem tyrad(cid:266) i z uwag(cid:261) pochyliła si(cid:266) nad pulpitem sterowniczym; przelatywali wła(cid:286)nie ponad pasmem jodeł, co oznaczało, (cid:298)e za chwil(cid:266) wyl(cid:261)duj(cid:261). – Pami(cid:266)taj, (cid:298)e to syn Wodza i (cid:298)e obiecali(cid:286)my Mandiablom traktować go przyzwoicie – doło(cid:298)ył z emfaz(cid:261) Bimbel, serdecznie rad, (cid:298)e mo(cid:298)e dokuczyć zapalczywemu kuzynkowi. – Pilnuj swojej lunety, (cid:298)eby ci jej ten syn Wodza nie ukradł! – burkn(cid:261)ł Tapatik, zły. – Słyszałem, (cid:298)e Mandiable kolekcjonuj(cid:261) soczewki, takie jak twoje – dodał jeszcze i k(cid:261)tem oka dojrzawszy, (cid:298)e jedynak Cioci Babili zbladł (co oznaczało, (cid:298)e „kupił” t(cid:266) napr(cid:266)dce wymy(cid:286)lon(cid:261) bajeczk(cid:266)), natychmiast zapomniał o całym incydencie. Tym bardziej (cid:298)e Babcia, podprowadzaj(cid:261)ca stereolot do l(cid:261)dowania, miała powa(cid:298)ny kłopot. Mianowicie nie mogła wyl(cid:261)dować. Jodłowa Polana bowiem od kra(cid:276)ca do kra(cid:276)ca wypełniona była tłumem oczekuj(cid:261)cych, którzy zbiegli si(cid:266) zewsz(cid:261)d, by powitać wracaj(cid:261)c(cid:261) z niebezpiecznej wyprawy rodzin(cid:266) Tapatików. – O raju, ani centymetra miejsca! – wykrzykn(cid:261)ł Tapatik, uradowany. – Widz(cid:266) nawet Kociub(cid:266)! Dziadku, ja chyba wydmucham odkurzaczem jakie(cid:286) miejsce, (cid:298)eby(cid:286)my mogli usi(cid:261)(cid:286)ć! I ju(cid:298) – niepoprawny (cid:298)artowni(cid:286) – zerwał si(cid:266), by biec do Schowka na Ró(cid:298)ne Potrzebne w Podró(cid:298)y Rupiecie po sławetny przyrz(cid:261)d do rozp(cid:266)dzania chmur, co widz(cid:261)c Tapati ockn(cid:266)ła si(cid:266) ze swego melancholijnego zamy(cid:286)lenia. – Stój, wariacie! – zawołała przera(cid:298)ona. Wiedziała, (cid:298)e Tapatik (nieobliczalny, szalony Tapatik) gotów jest wprowadzić swój wariacki pomysł w czyn, którym mógł, jak to ju(cid:298) raz niechc(cid:261)cy zrobił, zakłócić ich dobros(cid:261)siedzkie stosunki z małymi mieszka(cid:276)cami Pogórza! A tymczasem w dole Kociuba, która jak zwykle sztywna i nieporuszona, królowała na ganku domu Tapatików, zorientowała si(cid:266) w sytuacji. – Kociubie, dzwo(cid:276)! – rzekła rozkazuj(cid:261)co i stoj(cid:261)cy za jej krzesłem mał(cid:298)onek, Kociub Potulny, z całej siły potrz(cid:261)sn(cid:261)ł srebrnym dzwonkiem. Rozkrzyczany, podekscytowany tłum na Jodłowej Polanie natychmiast umilkł. – Zróbcie im miejsce, boć nie maj(cid:261) si(cid:266) gdzie posadzić – powiedziała Kociuba swym szeleszcz(cid:261)cym, a przecie(cid:298) nios(cid:261)cym si(cid:266) zadziwiaj(cid:261)co daleko głosem. I tłum posłusznie zrobił miejsce... – No! – odetchn(cid:266)ła Babcia. – Ju(cid:298) my(cid:286)lałam, (cid:298)e b(cid:266)d(cid:266) musiała wracać na Ksi(cid:266)(cid:298)yc! Zdaje si(cid:266), (cid:298)e to b(cid:266)dzie najtrudniejsze l(cid:261)dowanie w moim (cid:298)yciu – dodała z humorem, ale Tapati dostrzegła, (cid:298)e na jej czole zebrały si(cid:266) kropelki potu, jak wówczas, gdy podchodziła do l(cid:261)dowania na Gukhr – straszliwej planecie widmo! Babcia jest zdenerwowana! – pomy(cid:286)lała ze zdziwieniem. – Dlaczego? Ach, no jasne! Na Polanie taki tłum i zrobili tak mało miejsca. Babcia musi uwa(cid:298)ać, (cid:298)eby nikogo nie potr(cid:261)cić. Bo mogło by si(cid:266) stać nieszcz(cid:266)(cid:286)cie. – Spojrzała na Dziadka, ale on zupełnie nie zwracał uwagi na to, co si(cid:266) dzieje w kabinie pilota. – Nie widz(cid:266) Chochli – rzekł, wpatruj(cid:261)c si(cid:266) niespokojnie w dom, a Tapati nie wiedziała, czy ma być na niego zła, czy te(cid:298) ma si(cid:266) roze(cid:286)miać z jego komicznie strapionej miny. (cid:297)adne jednak z tych sprzecznych uczuć nie zd(cid:261)(cid:298)yło w niej przewa(cid:298)yć. Babcia bowiem lekko, pewnie, jakby bez najmniejszego wysiłku, posadziła stereolot dokładnie po(cid:286)rodku mikroskopijnego spłachetka wolnego miejsca, które oczekuj(cid:261)cy, (cid:286)cie(cid:286)niwszy si(cid:266), łaskawie pozostawili do jej dyspozycji... – Zupełnie nie(cid:296)le – burkn(cid:261)ł Dziadek roztargnionym tonem; jego dolna warga podejrzanie drgała, co było oznak(cid:261) rosn(cid:261)cej irytacji, nikt jednak, oprócz Tapati, nie wiedział, (cid:298)e Dziadek prze(cid:298)ywa wielkie rozczarowanie, które (na chwil(cid:266)) przyćmiło rado(cid:286)ć triumfalnego powrotu: na ganku domu Tapatików stała jedynie Kociuba, niekoronowana królowa Pogórza, z m(cid:266)(cid:298)em Kociubem Potulnym, a Dziadek spodziewał si(cid:266) zobaczyć tam przede wszystkim Chochl(cid:266), dr(cid:298)(cid:261)c(cid:261) z t(cid:266)sknoty do... jego czerwonej chustki w (cid:298)ółte grochy – któr(cid:261) tylko ona jedna jedyna w całym wszech(cid:286)wiecie podziwiała!... Dom jest zamkni(cid:266)ty na głucho – zdumiała si(cid:266) Tapati, rzuciwszy ostatnie spojrzenie w szybk(cid:266) iluminatora, i nie pomy(cid:286)lała ju(cid:298) nic wi(cid:266)cej, bo Tapatik i Bimbel (przy nieznacznej pomocy Babci) odkr(cid:266)cili właz, opu(cid:286)cili schodki, a ledwo rodzina Tapatików na tych schodkach stan(cid:266)ła – z wiwatuj(cid:261)cego, rozentuzjazmowanego tłumu wybiegło sze(cid:286)ciu najsilniejszych Polkoni; jeden schwycił Dziadka, drugi Babci(cid:266), trzeci Tapati, czwarty Tapatika, pi(cid:261)ty Bimbla, szósty... robota kuchennego XL-a, po czym, energicznie toruj(cid:261)c sobie drog(cid:266), zanie(cid:286)li wszystkich na ganek. I wtedy nast(cid:261)piło co(cid:286) bardzo dziwnego. Kociuba wstała ze swego krzesła, ale nie, nie wygłosiła powitalnej mowy (jak si(cid:266) tego ka(cid:298)dy spodziewał). Z zagadkowym, odrobin(cid:266) filuternym u(cid:286)miechem, który trzepotał w g(cid:266)stwinie drobnych zmarszczek pokrywaj(cid:261)cych jej twarz niby złota wesoła rybka w sieci (takiego u(cid:286)miechu na twarzy Kociuby nie widziano co najmniej od pi(cid:266)ciuset lat, a mo(cid:298)e dłu(cid:298)ej, je(cid:298)eli było prawd(cid:261) to, co niektórzy utrzymywali, (cid:298)e liczyła sobie lat przeszło tysi(cid:261)c), odwróciła głow(cid:266) w stron(cid:266) zamkni(cid:266)tych uparcie drzwi domu. Były one nie tylko zamkni(cid:266)te na głucho: stały przed nimi rz(cid:261)dkiem trzy rondle wypełnione m(cid:266)tnym płynem. Rondle z takim samym płynem stały równie(cid:298) na parapetach okien, a okna były zasłoni(cid:266)te okiennicami! – Co tu, mianowicie, si(cid:266) dzieje?! – spytał Dziadek z namaszczone min(cid:261), jak(cid:261) przybierał zawsze wtedy, kiedy był zły, (cid:298)e czego(cid:286) nie rozumie. – Oni tu pewnie trzymaj(cid:261) tego Yhy-hy! – powiedział z uciech(cid:261) Tapatik. – Fajowo! Zaraz go zobacz(cid:266)! Zobaczył co innego: zamkni(cid:266)te uparcie drzwi uchyliły si(cid:266) powoli, ostro(cid:298)nie i spoza nich wychyn(cid:266)ła... najpierw r(cid:266)ka z rondlem, a potem długi, przypominaj(cid:261)cy klucz zapomniany w zamku, nos! – Chochla! – zawołał Dziadek, oszołomiony. – Co ty wyprawiasz, Chochla?! – Pilnuj(cid:266) powierzonego mi do pilnowania domu Tapatików – odparła godnie. – I musz(cid:266) zachować jak najsurowsze (cid:286)rodki ostro(cid:298)no(cid:286)ci. Bo w okolicy jest Wróg. – Ale(cid:298), Chochla, to my! To ja, Dziadek Tik! – zawołał Dziadek i zeskoczywszy z ramion Polkonia, ruszył w stron(cid:266) drzwi. Drzwi zamkn(cid:266)ły si(cid:266) natychmiast. A potem znowu, ostro(cid:298)nie, powoli, nieco si(cid:266) odemkn(cid:266)ły. – Je(cid:298)eli to Dziadek, to co Dziadek ma na szyi? – spytała Chochla podejrzliwie. – Moj(cid:261) przepi(cid:266)kn(cid:261) chustk(cid:266), czerwon(cid:261) w (cid:298)ółte grochy! – hukn(cid:261)ł Dziadek, uszcz(cid:266)(cid:286)liwiony; wówczas, dopiero wówczas, drzwi otworzyły si(cid:266) szeroko, ukazuj(cid:261)c Chochl(cid:266) i... korytarz, cały zastawiony garnkami wypełnionymi m(cid:266)tn(cid:261) ciecz(cid:261)! – Tym razem byłam dobrze przygotowana! – rzekła Chochla dumnie. – Wsz(cid:266)dzie, któr(cid:266)dy by próbował włazić, miałam pod r(cid:266)k(cid:261) wod(cid:266), (cid:298)eby go oblać. Wod(cid:266) ze (cid:286)rodkiem odka(cid:298)aj(cid:261)cym! – sprecyzowała z naciskiem. – Obiecałam, (cid:298)e b(cid:266)d(cid:266) pilnować domu i (cid:298)e ju(cid:298) nigdy nie zmarnuj(cid:266) rosołu, ani (cid:298)adnej innej zupy – dodała ciszej i rozejrzała si(cid:266) niepewnie, nagle bowiem u(cid:286)wiadomiła sobie jednocze(cid:286)nie dwie rzeczy: (cid:298)e wszyscy na ni(cid:261) jako(cid:286) dziwnie patrz(cid:261) i (cid:298)e ona. Chochla, najtchórzliwsze stworzenie na całym Pogórzu, znowu, jak po powrocie stereolotu z akcji ratowniczej przy Diabelskiej Górze (podczas której to akcji, zupełnie nie zdaj(cid:261)c sobie z tego sprawy, odegrała bohatersk(cid:261) rol(cid:266)), stała si(cid:266) o(cid:286)rodkiem powszechnego zainteresowania (a jest to co(cid:286), co wszystkie Chochle ogromnie peszy). – W... wpuszczałam na ganek tylko szanown(cid:261) Kociub(cid:266), bo on, ten Mandiabl, okropnie jej si(cid:266) boi – ci(cid:261)gn(cid:266)ła, spłoszona. – Co(cid:286)... co(cid:286) (cid:296)le zrobiłam? – spytała, zmieszana do łez, i ju(cid:298) w popłochu chciała uciec, by skryć si(cid:266) w swoim domku w korzeniach starego buka, gdy Dziadek, odzyskawszy zdolno(cid:286)ć ruchów, podskoczył do niej, chwycił j(cid:261) w obj(cid:266)cia i serdecznie ucałował w oba policzki. – Chochla, jeste(cid:286) wspaniała! – rzekł z gł(cid:266)bi serca. – Wspaniale wywi(cid:261)zała(cid:286) si(cid:266) z zadania, które ci, hm... przydzieliłem. Na cze(cid:286)ć Chochli, hip hip hura! – Hura hura hura! – zakrzykn(cid:266)li wszyscy na Polanie. Nie, nie wszyscy; robot kuchenny XL nie przył(cid:261)czył si(cid:266) do okrzyków. On wcale nie był Chochl(cid:261) zachwycony! – Zababrała mi karbolem wszystkie garnki – mrukn(cid:261)ł z dezaprobat(cid:261). – Musiała wzi(cid:261)ć garnki! Jakby nie było w domu nocników! W czym ja teraz b(cid:266)d(cid:266) gotował? Zupa jagodowa o zapachu karbolowym – pomstował, rzucaj(cid:261)c na Chochl(cid:266) złe spojrzenia, a miedziany drucik na jego czole niebezpiecznie poczerwieniał. Chochla, która nawiasem mówi(cid:261)c, słuch miała znakomity, usłyszała biadolenie robota kuchennego i natychmiast przyznała mu racj(cid:266)! Zrozumiała, u(cid:286)wiadomiła sobie nagle w błysku rozpaczy, (cid:298)e raz jeszcze, wbrew swoim najlepszym intencjom, wyrz(cid:261)dziła szkod(cid:266). No jasne, były nocniki, a ja – garnki, jakby nie było nocników – my(cid:286)lała w udr(cid:266)ce i w niebotycznym zadziwieniu, (cid:298)e te(cid:298) ona, Chochla, najbardziej tchórzliwe, ale niew(cid:261)tpliwie jedno z najgospodarniejszych (dbaj(cid:261)cych wzorowo o porz(cid:261)dek) stworze(cid:276) na Pogórzu, mogła tak nierozumnie post(cid:261)pić. Wstrz(cid:261)(cid:286)ni(cid:266)ta do samej gł(cid:266)bi swej chochlowatej duszy, skorzystawszy z chwili nieuwagi Dziadka zwinnie jak jaszczurka ze(cid:286)lizn(cid:266)ła si(cid:266) z ganku i smyrgn(cid:266)ła za dom (by unikn(cid:261)ć ci(cid:261)gle wiwatuj(cid:261)cego na jej cze(cid:286)ć tłumu), odnalazła sobie tylko znan(cid:261) boczn(cid:261) (cid:286)cie(cid:298)k(cid:266) i pobiegła, a wstrz(cid:261)s, który prze(cid:298)yła, był tak wielki, (cid:298)e nie wiedziała, dok(cid:261)d wła(cid:286)ciwie biegnie. Nie wiedziała te(cid:298), ba, jak najdalsza była od my(cid:286)li, (cid:298)e ten wstrz(cid:261)s zapocz(cid:261)tkował ogromn(cid:261), zgoła rewolucyjn(cid:261) zmian(cid:266) nie tylko w jej (cid:298)yciu, ale w (cid:298)yciu całego rodu mieszkaj(cid:261)cych na Pogórzu Chochli! Wiedziała jedynie, (cid:298)e umysł jej, w my(cid:286)leniu nie ćwiczony (strach – a podobnie jak wszystkie Chochle (cid:298)yła w ci(cid:261)głym strachu – działa parali(cid:298)uj(cid:261)co na mózg), opanowało bez reszty niepokoj(cid:261)ce pytanie, domagaj(cid:261)ce si(cid:266) odpowiedzi: jak to si(cid:266) dzieje, (cid:298)e chcesz zrobić co(cid:286) dobrego, a wychodzi (cid:296)le? Biegła co sił w chudych, patykowatych nogach przez oszałamiaj(cid:261)co pi(cid:266)kny purpurowozłoty jesienny las, opatulona w nieodst(cid:266)pn(cid:261) szar(cid:261) chust(cid:266) z fr(cid:266)dzlami – uniform wszystkich Chochli – w kontra(cid:286)cie jeszcze bardziej szara i niepozorna ni(cid:298) zwykle, a(cid:298) nagle przystan(cid:266)ła. Bo oto inne niepokoj(cid:261)ce pytanie uderzyło w ni(cid:261) jak spadaj(cid:261)cy z nieba odprysk meteorytu: A mo(cid:298)e – pomy(cid:286)lała w nadchochlowatym wysiłku zrozumienia – jest i odwrotnie? Chcesz zrobić co(cid:286) złego, a wychodzi dobre? Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – przypomniała sobie zasłyszane u Ludzi przysłowie. Zawsze uwa(cid:298)ała je za wyj(cid:261)tkowo bezsensowne! – Ze złego dobre, a z dobrego złe – mruczała stoj(cid:261)c, jakby wrosła w ziemi(cid:266) pod wpływem owego pytania. – Rosół zamiast wody, garnki zamiast nocników, chciałam dobrze, wyszło (cid:296)le. A gdybym chciała (cid:296)le? Mo(cid:298)e nale(cid:298)y chcieć (cid:296)le? Mu... musiałabym sprawdzić – szepn(cid:266)ła, patrz(cid:261)c w dal rozszerzonymi zgroz(cid:261) oczami. – Sprawdzić! – zakrzykn(cid:266)ła, nie(cid:286)wiadoma, (cid:298)e jest obiektem zainteresowania Nadgryzionej Kitki, rudej wiewiórki, która kiedy(cid:286) w walce z wron(cid:261) straciła cz(cid:266)(cid:286)ć swego ogona, o co miała pretensj(cid:266) do całego (cid:286)wiata i temu (cid:286)wiatu bez przerwy dokuczała, bior(cid:261)c odwet za swoj(cid:261) krzywd(cid:266). – Musiałabym, musiałabym... (cid:298)eby sprawdzić, musiałabym – powtarzała Chochla bezmy(cid:286)lnie, poczuła bowiem nagł(cid:261) pustk(cid:266) w przeci(cid:261)(cid:298)onym nietypow(cid:261) dla niego prac(cid:261) mózgu. Ten wła(cid:286)nie moment wybrała Nadgryziona Kitka, by zrealizować marzenie swego (cid:298)ycia. Nadgryziona Kitka mianowicie od dawna marzyła o tym, by trafić skorupk(cid:261) od orzecha (albo inn(cid:261)) w czubek nosa której(cid:286) Chochli! Te nosy wydawały si(cid:266) idealnym wprost celem: długie, okr(cid:261)gło zako(cid:276)czone, prowokuj(cid:261)ce, sterczały w chochlowatych twarzach jak klucz zapomniany w zamku. Nadgryzion(cid:261) Kitk(cid:266) po prostu łapki sw(cid:266)działy, kiedy na nie patrzyła. Niestety, widziała je zawsze w ruchu. Tchórzliwe Chochle bowiem przy lada szele(cid:286)cie, byle drgni(cid:266)ciu powietrza brały nogi za pas i uciekały, czy kto(cid:286) je gonił, czy nie! A jak trafić skorupk(cid:261) od orzecha (albo inn(cid:261)) w ruchomy cel? Nadgryziona Kitka robiła niezliczone próby i zasadzki – na pró(cid:298)no. I oto teraz, tego pi(cid:266)knego pa(cid:296)dziernikowego popołudnia, siedz(cid:261)c sobie na gał(cid:266)zi rozło(cid:298)ystego d(cid:266)bu ze smakowitym (cid:298)oł(cid:266)dziem w pyszczku, dojrzała w dole Chochl(cid:266) stoj(cid:261)c(cid:261) nieruchomo po(cid:286)rodku polanki! Stercz(cid:261)cy nos w całej swej okazało(cid:286)ci l(cid:286)nił w czerwonawym blasku zachodz(cid:261)cego sło(cid:276)ca... Z szalonej emocji obsun(cid:266)ła si(cid:266) nieco na gał(cid:266)zi, ale ku jej granicz(cid:261)cemu z osłupieniem zdumieniu Chochla, tak przecie(cid:298) czujna na ka(cid:298)dy szelest, nie drgn(cid:266)ła! Teraz albo nigdy – pomy(cid:286)lała Nadgryziona Kitka, wyjmuj(cid:261)c ostro(cid:298)nie (cid:298)oł(cid:261)d(cid:296) z pyszczka. – (cid:297)eby sprawdzić, musiałabym, musiałabym – powtarzała bezradnie Chochla, gdy wtem... poczuła rozdzieraj(cid:261)cy ból. Gwiazdy zata(cid:276)czyły przed jej oczami, a w ot(cid:266)piałym mózgu eksplodowało (cid:286)wiatło. – Ha! ha! ha! ha! ha! ha! – za(cid:286)miewała si(cid:266) Nadgryziona Kitka, hu(cid:286)taj(cid:261)c si(cid:266) na gał(cid:266)zi jak psotna małpka na dr(cid:261)(cid:298)ku. – Prosto w nos! Trafiłam j(cid:261) prosto w nos! W sam czubek! Trafiłam! Ha! ha! ha! – triumfowała. Tymczasem Chochla... wcale nie zdawała sobie sprawy z tego, (cid:298)e co(cid:286) j(cid:261) uderzyło w nos! Wi(cid:266)cej: nie słyszała, (cid:298)e kto(cid:286) si(cid:266) (cid:286)mieje! – Była – opowiadała potem Nadgryziona Kitka (w nabo(cid:298)nym zdumieniu) – jak zauroczona. Jak gdyby j(cid:261) co(cid:286) poraziło. A Chochl(cid:266) istotnie co(cid:286) poraziło: w eksplozji (cid:286)wiatła, które wyrwało jej mózg z odr(cid:266)twienia, odnalazła dalszy ci(cid:261)g zacz(cid:266)tego zdania: musiałabym... znowu co(cid:286) prze(cid:298)yć. (Pełne zdanie brzmiałoby wi(cid:266)c tak: (cid:297)eby sprawdzić, czy jest odwrotnie, to znaczy, czy gdybym chciała (cid:296)le, to wyszłoby dobrze, musiałabym znowu co(cid:286) prze(cid:298)yć). Znowu zanurzyć si(cid:266) w (cid:298)ycie? Nie! – zaprotestowała z moc(cid:261). – Dosyć! To ju(cid:298) wol(cid:266) my(cid:286)leć! Choć to te(cid:298) niebezpieczne. Bo kto wie, co si(cid:266) mo(cid:298)e komu wymy(cid:286)lić! Ale przynajmniej nie marnuje si(cid:266) cudzych garnków i cudzego rosołu! I nikt nie mo(cid:298)e mieć o to pretensji! – Doszedłszy do takiego wniosku, Chochla nie wahała si(cid:266) dłu(cid:298)ej. Ju(cid:298) wiedziała, co ma robić, dok(cid:261)d ma pój(cid:286)ć. Lekkim, prawie radosnym krokiem, absolutnie ró(cid:298)nym od zwykłego, trwo(cid:298)liwego skradania si(cid:266) wła(cid:286)ciwego Chochlom, pobiegła prosto do swego domku w korzeniach starego buka (Nadgryziona Kitka, której ciekawo(cid:286)ć pobudzona była do stanu wrzenia, towarzyszyła jej gór(cid:261), skacz(cid:261)c z gał(cid:266)zi na gał(cid:261)(cid:296)). A tam – najpierw zrobiła generalne porz(cid:261)dki, potem za(cid:286) wystawiła na ganek du(cid:298)y, wygodny fotel, zasiadła w nim, opatuliła si(cid:266) szczelnie sw(cid:261) szar(cid:261) chust(cid:261) i – zacz(cid:266)ła rozmy(cid:286)lać. Tymczasem na Jodłowej Polanie przed domem Tapatików, którego Chochla pilnowała tak dzielnie w czasie ich nieobecno(cid:286)ci, odbywała si(cid:266) Wielka Uroczysto(cid:286)ć Powitalna. Tego, (cid:298)e Chochla uciekła, prawie nikt nie zauwa(cid:298)ył. Poza Dziadkiem i robotem kuchennym XL. Dziadek przez chwil(cid:266) był zły. Pocieszył si(cid:266) jednak szybko; zabrakło Chochli, zachwycaj(cid:261)cej si(cid:266) jego czerwon(cid:261) chustk(cid:261) w (cid:298)ółte grochy, ale był cały ogromny tłum pragn(cid:261)cy wyrazić swój podziw dla Dziadka, bohaterskiego wodza wyprawy przeciw Mandiablom... Robot kuchenny XL natomiast szczerze si(cid:266) uradował tym, (cid:298)e bezrozumne stworzenie, które nie potrafiło (tak my(cid:286)lał) odró(cid:298)nić, do czego słu(cid:298)y garnek a do czego nocnik, zeszło mu z oczu. Ruszył do kuchni i tam, nieoczekiwanie, troch(cid:266) si(cid:266) udobruchał. Stwierdził bowiem, (cid:298)e po pierwsze, Chochla utrzymywała cały dom (a wi(cid:266)c i kuchni(cid:266)) we wzorowym porz(cid:261)dku, po drugie, (cid:298)e kilka garnków (a w(cid:286)ród nich ten najwi(cid:266)kszy ze wszystkich, bardzo mu teraz potrzebny) ocalało z pogromu. Natychmiast z pasj(cid:261) i z furi(cid:261) przyst(cid:261)pił do gotowania specjalnej potrawy na wyj(cid:261)tkowo uroczyste okazje, któr(cid:261) to potraw(cid:266) wybrał nie dlatego, (cid:298)e uwa(cid:298)ał obecn(cid:261) okazj(cid:266) za wyj(cid:261)tkowo uroczyst(cid:261), a dlatego, (cid:298)e – był tego pewien – jej cudowny, niebia(cid:276)ski wprost zapach z pewno(cid:286)ci(cid:261) przytłumi nienawistn(cid:261) mu wo(cid:276) karbolu. Trzeba tu zaznaczyć, (cid:298)e XL nie o(cid:286)mieliłby si(cid:266) przyst(cid:261)pić do gotowania tej potrawy, gdyby nie był tak bardzo rozw(cid:286)cieczony. Nigdy jeszcze nie gotował jej sam, bez pomocy i nadzoru Babci; tego niezwykłego dania nie zaprogramowano w jego (pojemnym wszak) mózgu, mózgu robota uniwersalnego starego typu, nie znali go bowiem nawet sami programuj(cid:261)cy dietetycy. Przepis znała jedynie Babcia, która nauczyła si(cid:266) go od swojej matki, ta za(cid:286) od swojej matki, czyli Babci babci itd., itd. Słowem, przepis na t(cid:266) potraw(cid:266) stanowił przekazywan(cid:261) z pokolenia na pokolenie tajemnic(cid:266) rodzinn(cid:261), zazdro(cid:286)nie strze(cid:298)on(cid:261), której pocz(cid:261)tek, jak kpi(cid:261)co okre(cid:286)lił to Dziadek, gin(cid:261)ł w mrokach dziejów. Na tak(cid:261) to potraw(cid:266) porwał si(cid:266) robot kuchenny XL! Zreszt(cid:261) wcale nie miał wra(cid:298)enia, (cid:298)e przyrz(cid:261)dza j(cid:261) sam. Przez cały czas, kiedy mieszał, dosypywał, dolewał, czuł obok siebie obecno(cid:286)ć Babci, słyszał jej głos udzielaj(cid:261)cy mu wskazówek, a przecie(cid:298) Babcia była zupełnie gdzie indziej: siedziała razem z innymi uczestnikami bohaterskiej wyprawy przeciw Mandiablom na specjalnie dla nich zbudowanym podium w najpi(cid:266)kniejszym zak(cid:261)tku Jodłowej Polany – pod ogromnym, rozło(cid:298)ystym modrzewiem, ja(cid:286)niej(cid:261)cym w tle ciemnego, puszystego aksamitu jodeł niby misterny, delikatny haft. Powiedzieć, (cid:298)e Tapatik d(cid:261)sał si(cid:266), to za mało. Tapatik kipiał, jakby był t(cid:261) potraw(cid:261) gotowan(cid:261) przez XL-a, która raz po raz, wybiegaj(cid:261)c ku górze, niecierpliwie unosiła pokryw(cid:266) garnka. I trzeba go było, podobnie jak t(cid:266) potraw(cid:266), pilnować. (cid:297)eby nie wykipiał. To znaczy, (cid:298)eby nie uciekł z odbywaj(cid:261)cej si(cid:266), przecie(cid:298) i na jego cze(cid:286)ć, uroczysto(cid:286)ci. Tapatik nie miał nic przeciw uroczysto(cid:286)ciom, podczas których sławiono jego bohaterskie czyny. Na tej, co prawda, główn(cid:261) rol(cid:266) kreował Dziadek, ale nie to doskwierało Tapatikowi. Ostatecznie i on miał o czym opowiadać, ho, ho. Doskwierało mu co innego. Mianowicie na uroczysto(cid:286)ć nie przyprowadzono je(cid:276)ca zestrzelonego przez Gurula (o czym nikt, wł(cid:261)cznie z Gurulem, nie wiedział), syna Wodza Mandiablów wysłanego w celach wywiadowczych na Ziemi(cid:266), z której uprzednio Mandiable podst(cid:266)pem wywabili Tapatików. – Uczyli mnie na historii, (cid:298)e kiedy zwyci(cid:266)ski wódz wracał z wojny, to szedł przez miasto w triumfalnym pochodzie, a za nim p(cid:266)dzono tysi(cid:261)ce je(cid:276)ców! – rzekł, nie posiadaj(cid:261)c si(cid:266) z oburzenia, gdy stwierdził, (cid:298)e Mandiabla nie ma nie tylko w domu Tapatików, lecz w ogóle na Jodłowej Polanie! – A my mamy tylko jednego i gdzie on jest? W szopie we wsi! Zamiast być tu. I kto go pilnuje? Jaki(cid:286) Izik, a wiadomo, (cid:298)e Iziki s(cid:261) waleczne tylko wówczas, gdy kto(cid:286) chce im odebrać jedzenie! A w ogóle, to ja chc(cid:266) go zobaczyć!!! – Zrozum, Tapatik – tłumaczyła Mama Piastka. – Nie mogli(cid:286)my go tutaj przyprowadzić. Bo on okropnie boi si(cid:266) szanownej Kociuby i mdleje na jej widok. Wi(cid:266)c to byłoby niehumanitarne, gdyby(cid:286)my go zmuszali. Przyjdzie razem z Izikiem, jak sko(cid:276)czy si(cid:266) uroczysto(cid:286)ć i szanowna Kociuba odejdzie. – I nie bój si(cid:266), on nie ucieknie – dodał serdecznie Piastek. – Wie o układzie, który zawarli(cid:286)cie na Ksi(cid:266)(cid:298)ycu z Mandiablami. A ja tam bym próbował uciekać, układ nie układ! – pomy(cid:286)lał bu(cid:276)czucznie Tapatik. – Mo(cid:298)e bym nie uciekł, ale bym próbował. I ja si(cid:266) nigdy nie bałem Kociuby! Nawet kiedy mnie wezwała na s(cid:261)d. – Tapatik, on przyleciał na zwiad tutaj, na Ziemi(cid:266), czyli na obce terytorium, sam – powiedziała z naciskiem Tapati, która bez trudu odgadła my(cid:286)li przebiegaj(cid:261)ce przez głow(cid:266) brata bli(cid:296)niaka. – Sam i na pewno na ochotnika, bo przecie(cid:298) jest jedynym synem Wodza i na pewno nie musiał. Wi(cid:266)c jednak jest dzielny. – A tam, dzielny! – burkn(cid:261)ł Tapatik, ale nie podj(cid:261)ł dyskusji. My(cid:286)lał ju(cid:298) bowiem o czym innym: jak urwać si(cid:266) z uroczysto(cid:286)ci. Postanowił, (cid:298)e w pierwszym sprzyjaj(cid:261)cym momencie ucieknie i pobiegnie do wsi... Ten zamiar bezbł(cid:266)dnie odgadła z kolei Babcia. W wyniku czego Tapatik znalazł si(cid:266) tam, gdzie wcale nie zamierzał być, czyli na podium, sk(cid:261)d uciec było niepodobie(cid:276)stwem. Siedział na oczach wszystkich, a poza tym z jednej strony miał Babci(cid:266), a z drugiej Tapati i obie go pilnowały! Nic wi(cid:266)c dziwnego, (cid:298)e kipiał... Przygotowywana przez XL-a potrawa te(cid:298) kipiała. Aromatyczny, nap(cid:266)dzaj(cid:261)cy (cid:286)link(cid:266) do ust zapach ulatywał przez otwarte okno ku wielkiej uciesze ciepłego wiaterku, który go porywał, rozpylał po całej Jodłowej Polanie i jeszcze dalej. Wkrótce te(cid:298) nos Chochli (bardzo wszak wystaj(cid:261)cy i chwytliwy), pogr(cid:261)(cid:298)onej w rozmy(cid:286)laniach na ganku domku w korzeniach starego buka, był jedynym nosem w okolicy, który nie zacz(cid:261)ł odruchowo drgać i w(cid:266)szyć. Dziadek – który wła(cid:286)nie opowiadał o tym, jak dzi(cid:266)ki genialnie prostemu podst(cid:266)powi unikn(cid:266)li sprowokowanego przez Mandiablów zderzenia z planet(cid:261) widmo Gukhr – raz i drugi spojrzał niespokojnie w stron(cid:266) widocznego st(cid:261)d okna kuchni, wreszcie urwał w pół słowa, wci(cid:261)gaj(cid:261)c powietrze jak niuch tabaki, ale nie, oczywi(cid:286)cie nie kichn(cid:261)ł. Zacz(cid:261)ł si(cid:266) j(cid:261)kać, tracić w(cid:261)tek... – Wi(cid:266)c, tego... wi(cid:266)c... przyci(cid:261)ga nas, a my, tego... no, osłona kosmetyczna, puder z m(cid:261)k(cid:261), co to ja chciałem... aha, wi(cid:266)c puder pachniał, pachniał... pachniał – powtórzył po raz trzeci z bezradno(cid:286)ci(cid:261) równ(cid:261) tej, z jak(cid:261) Chochla niedawno powtarzała swoje „musiałabym, musiałabym”. (cid:297)adna jednak skorupka (cid:298)oł(cid:266)dzia (czy inna) nie uderzyła go w nos. Sam u(cid:286)wiadomił sobie, (cid:298)e stracił w(cid:261)tek i cał(cid:261) win(cid:261) za ów kompromituj(cid:261)cy go fakt obarczył Babci(cid:266) (oczywi(cid:286)cie!). – Co tu mianowicie, Dusieczko, tak... wspaniale pachnie? – spytał, zwracaj(cid:261)c ku niej poirytowan(cid:261) twarz, i całkiem bezwiednie mlasn(cid:261)ł j(cid:266)zykiem, a potem, równie(cid:298) bezwiednie, oblizał si(cid:266). Co zobaczywszy, Kociuba u(cid:286)miechn(cid:266)ła si(cid:266) delikatnym, trzepocz(cid:261)cym w sieci zmarszczek jak złota rybka u(cid:286)miechem. – Kto(cid:286) gotuje polewk(cid:266) my(cid:286)liwsk(cid:261) – powiedziała swym szeleszcz(cid:261)cym głosem. – Polewk(cid:266) my(cid:286)liwsk(cid:261)! No jasne! – zawołał Dziadek, uradowany. – Od razu poznałem. Od razu poznałem! To na pewno XL gotuje! – XL nie ma tej potrawy zaprogramowanej, Dziadku – rzekła Tapati, zaintrygowana. – Nie ma, ale gotuje! To przecie(cid:298) nasze specjalna potrawa, której nikt poza nami, Tapatikami, nie zna, wi(cid:266)c... – Tiku, przecie(cid:298) szanowna Kociuba powiedziała przed chwil(cid:261) jej nazw(cid:266) – wtr(cid:261)ciła Babcia. Dziadek potrz(cid:261)sn(cid:261)ł głow(cid:261) jak zegarkiem, który z niewiadomych powodów stan(cid:261)ł. – Niemo(cid:298)liwe! Widocznie ja najpierw powiedziałem, bo wła(cid:286)nie my(cid:286)lałem, (cid:298)e to polewka my(cid:286)liwska tak pachnie! I na pewno my(cid:286)lałem to gło(cid:286)no. Moi mili, mamy tu dowód na to... – ci(cid:261)gn(cid:261)ł, rozpromieniony. – My znamy t(cid:266) potraw(cid:266) – przerwała Mama Piastka. – Przyrz(cid:261)dzamy j(cid:261) na wyj(cid:261)tkowo uroczyste okazje. Dziadek zgasł. Jego jeszcze przed chwil(cid:261) rozpromienione oczy wypełniło rozczarowanie. – E, to pewnie który(cid:286) z Izików pomaga XL-owi, albo sam Izik gotuje. A ja ju(cid:298) my(cid:286)lałem, (cid:298)e mamy dowód na to, (cid:298)e nawet w zaprogramowanym mózgu mo(cid:298)e si(cid:266) co(cid:286) zmienić pod dobrym wpływem. Machn(cid:261)ł r(cid:266)k(cid:261), zrezygnowany, i wła(cid:286)nie wtedy XL wyszedł na werand(cid:266). – Czy Babcia ka(cid:298)e podać w domu, czy mam rozstawić stół na Polanie? – zapytał. – Ja... ja przepraszam... – ci(cid:261)gn(cid:261)ł, speszony dziwn(cid:261) cisz(cid:261), która przyj(cid:266)ła jego pojawienie si(cid:266) – przepraszam, (cid:298)e sam gotowałem, ale ja... – XL! – wrzasn(cid:261)ł Dziadek, skacz(cid:261)c jak konik polny. – Sam ugotowałe(cid:286)?! XL, wyra(cid:296)nie zmieszany, przytakn(cid:261)ł głow(cid:261). – Tak, ja... – b(cid:261)kn(cid:261)ł niepewnie. – Hura! – krzykn(cid:261)ł Dziadek, podrzucaj(cid:261)c w gór(cid:266) sw(cid:261) cenn(cid:261) piankow(cid:261) fajk(cid:266). – No, prosz(cid:266)! Mamy tu niezbity dowód na to, (cid:298)e dobry przykład mo(cid:298)e wpłyn(cid:261)ć nawet na zaprogramowany mózg! – My(cid:286)l(cid:266), Tiku – Babcia u(cid:286)miechn(cid:266)ła si(cid:266) filuternie – (cid:298)e zyskali(cid:286)my dowód równie(cid:298) na co(cid:286) innego! Ten wła(cid:286)nie dowód – ci(cid:261)gn(cid:266)ła po krótkiej, ale wymownej pauzie – dla którego zdobycia zorganizowałe(cid:286) nasz(cid:261) wypraw(cid:266) na Ziemi(cid:266). – J-jak to? – zaj(cid:261)kn(cid:261)ł si(cid:266) Dziadek, kompletnie oszołomiony. – No, bo je(cid:286)li oni, tu na Ziemi, znaj(cid:261) przepis na my(cid:286)liwsk(cid:261) polewk(cid:266), stanowi(cid:261)cy gin(cid:261)c(cid:261) w mrokach dziejów tajemnic(cid:266) naszego rodu, to znaczy, (cid:298)e... – Kolebk(cid:261) naszego rodu była planeta Ziemia – doko(cid:276)czył Tapatik pompatycznie i ju(cid:298), ju(cid:298) miał, korzystaj(cid:261)c z tego, (cid:298)e w powstałym zamieszaniu nikt go nie pilnuje, zeskoczyć z podium i uciec, gdy wtem k(cid:261)tem oka zerkn(cid:261)wszy na Bimbla (bo Bimbel z czystej zło(cid:286)liwo(cid:286)ci mógł narobić alarmu), stwierdził, (cid:298)e jedynak Cioci Babili wcale nie bierze udziału w ogólnym podnieceniu, natomiast przykl(cid:266)kn(cid:261)wszy na siedzeniu, z bardzo dziwnym u(cid:286)mieszkiem wpatruje si(cid:266) w co(cid:286) przez sw(cid:261) ukochan(cid:261) lunet(cid:266)... Był to, powiadam wam, taki u(cid:286)mieszek, (cid:298)e Tapatik natychmiast zapomniał o zamierzonej próbie ucieczki i spojrzał w tym samym kierunku, usiłuj(cid:261)c zobaczyć to co(cid:286), co zafrapowało Bimbla, a co, s(cid:261)dz(cid:261)c po tym u(cid:286)mieszku, zapowiadało nie lada sensacj(cid:266). Wszystkie inne oczy wlepione były w Dziadka. Dziadek za(cid:286) przez chwil(cid:266), bardzo krótk(cid:261) (choć doprawdy nikomu nie przyszło do głowy doszukiwać si(cid:266) najmniejszego bodaj podobie(cid:276)stwa mi(cid:266)dzy jego okr(cid:261)gł(cid:261), rumian(cid:261) twarz(cid:261), a chud(cid:261), zawsze troch(cid:266) szaraw(cid:261) twarz(cid:261) Chochli, a zwłaszcza mi(cid:266)dzy jego nosem pot(cid:266)(cid:298)nym, wyrazistym jak mocny akord w symfonii, a jej, długim i cienkim), wygl(cid:261)dał dokładnie tak jak Chochla w chwili, gdy celnie rzucona skorupka (cid:298)oł(cid:266)dzia trafiła j(cid:261) w sam czubek nosa. (Je(cid:298)eli nie wierzycie, zapytajcie Nadgryzion(cid:261) Kitk(cid:266)). Szybko jednak stał si(cid:266) znowu podobny do siebie, czyli do Dziadka, i to Dziadka triumfuj(cid:261)cego. – A wi(cid:266)c, moi mili, obydwa cele, które przy(cid:286)wiecały wyprawie na Ziemi(cid:266), zostały osi(cid:261)gni(cid:266)te – rzekł, wyj(cid:261)tkowo jak na niego uroczy(cid:286)cie. – Udowodnili(cid:286)my, (cid:298)e, jak to zreszt(cid:261) przypuszczałem, nasz ród pochodzi z planety Ziemia, co było, przypominam, naszym celem pierwotnym. I po drugie, obronili(cid:286)my Ziemi(cid:266) przed Mandiablami-Po(cid:298)eraczami Kwitn(cid:261)cych Planet, co było celem wtórnym, ale stało si(cid:266), oczywista, celem pierwszoplanowym. Dziadek wygłosił to krótkie przemówienie w taki sposób, (cid:298)e Tapati, która znowu (jak wówczas, kiedy dolatywali do Jodłowej Polany) z dziwnym bólem w sercu wspominała rodzinn(cid:261) planet(cid:266) Tapati(cid:266), „wróciła na ziemi(cid:266)”. Co(cid:286) podobnego! – pomy(cid:286)lała, zdumiona. – Dziadek mówi zupełnie zebraniowym stylem. Dziadek, który zebra(cid:276) i zebraniowego stylu nie znosi wprost chorobliwie! Czy Babcia to zauwa(cid:298)yła? Odwróciła głow(cid:266) ku Babci, ale jej postawione w my(cid:286)lach pytanie pozostało bez odpowiedzi. Bo od strony domu Tapatików, z miejsca, gdzie w pobli(cid:298)u rozstawionego przez XL-a długiego stołu do posiłków na (cid:286)wie(cid:298)ym powietrzu skupiali si(cid:266) pomału najbardziej głodni i najbardziej łakomi (w(cid:286)ród tych ostatnich naturalnie roiło si(cid:266) od Izików: ich (cid:298)ółte porteczki wybłyskiwały z g(cid:266)stwy niby kwiaty rozsianego w trawie mleczu), podniósł si(cid:266) szmer szybko urastaj(cid:261)cy do szumu, jakby wiatr gwałtownym podmuchem rozkołysał du(cid:298)y las. Ten szum, w którym wyt(cid:266)(cid:298)ywszy słuch, mo(cid:298)na było usłyszeć wielkie „oooo”, rozbrzmiewaj(cid:261)ce na jednej wznosz(cid:261)cej si(cid:266) nucie, opadł równie szybko, jak wezbrał, i w ciszy, która nast(cid:261)piła, rozległ si(cid:266) bardzo wyra(cid:296)nie zagadkowy d(cid:296)wi(cid:266)k: co(cid:286) po(cid:286)redniego mi(cid:266)dzy rozpaczliwym łkaniem a... j(cid:266)kiem niewypowiedzianego zachwytu. – Co to, mianowicie, ma zna... – zacz(cid:261)ł Dziadek grubym głosem, podejrzliwie spogl(cid:261)daj(cid:261)c spod swych krzaczastych brwi tam, sk(cid:261)d dobiegł ów d(cid:296)wi(cid:266)k. Urwał, osłonił oczy r(cid:266)k(cid:261), jakby tam, gdzie patrzył, (cid:286)wieciło sło(cid:276)ce – ale sło(cid:276)ce (i to zachodz(cid:261)ce) miał za plecami, a utworzona przez porteczki Izików (znanych smakoszy i galantów) (cid:298)ółta plama, owszem, (cid:286)wieciła w cieniach padaj(cid:261)cych od ciemniej(cid:261)cego na wschodzie nieba, na pewno jakby u(cid:286)wiadomiwszy sobie absurd swego gestu, bez ceremonii zabrał wcale jako(cid:286) nie protestuj(cid:261)cemu Bimblowi jego ukochan(cid:261) lunet(cid:266), spojrzał... jednak oczu porazić nie mogła – po czym, – To przecie(cid:298) jest... – szepn(cid:261)ł, bardziej zdziwiony ni(cid:298) wstrz(cid:261)(cid:286)ni(cid:266)ty. – Mandiabl! – doko(cid:276)czył Bimbel, podskakuj(cid:261)c rado(cid:286)nie. – On tu jest. Choć miał być we wsi! Izik go przyprowadził! Jest tu! – On jest tu! Mamy tu je(cid:276)ca! – wrzasn(cid:261)ł Tapatik (eksplodował wreszcie!). Ju(cid:298) biegł. Za nim Dziadek. Za Dziadkiem Babcia, która usiłowała dogonić Tapatika, czyli przegonić Dziadka. Ale w tym zaimprowizowanym wy(cid:286)cigu zwyci(cid:266)(cid:298)yła Tapati, choć wystartowała jako czwarta, zaraz za Bimblem. To wła(cid:286)nie ona chwyciła dobiegaj(cid:261)cego do ganku brata. – Pu(cid:286)ć mnie! – krzykn(cid:261)ł, szarpi(cid:261)c si(cid:266) w(cid:286)ciekle. – Ja mu przecie(cid:298) nic nie zrobi(cid:266)! Ja tylko... Nie doko(cid:276)czył, bo na ganku pojawił si(cid:266) robot XL, d(cid:296)wigaj(cid:261)c w swych mocnych, chwytliwych r(cid:266)kach waz(cid:266) z polewk(cid:261) my(cid:286)liwsk(cid:261). I wtedy znowu rozległ si(cid:266) ów zagadkowy rozdzieraj(cid:261)cy j(cid:266)k, ni to rozpaczy, ni to niewypowiedzianego zachwytu. Teraz jednak, kiedy ju(cid:298) wiadomo było, kto wydobył z siebie ów głos, mo(cid:298)na było stwierdzić bez trudu, (cid:298)e d(cid:296)wi(cid:266)czało w nim i jedno, i drugie: rozpaczliwe łkanie i zachwyt bez granic; sami natychmiast to zrozumiecie, je(cid:298)eli powiem, (cid:298)e wołał tak Izik! I to nie pierwszy lepszy Izik, ale ten, któremu zlecono pozostanie we wsi z je(cid:276)cem. Tak, istotnie, znajdowali si(cid:266) tutaj obaj. Ale nawet Tapatik, tak przecie(cid:298) ciekaw zakładnika, nie patrzył na niego, tylko jak wszyscy, patrzył na Izika. Izik za(cid:286) wpatrywał si(cid:266) w niesion(cid:261) przez XL-a waz(cid:266). W jego oczach, wielkich i zielonych, zawsze troch(cid:266) głodnych (jak oczy wszystkich Izików), malował si(cid:266) wyraz niebia(cid:276)skiego wprost zachwycenia, wr(cid:266)cz – ekstazy. Ładne, mi(cid:266)siste wargi poruszały si(cid:266) jakby w bezgło(cid:286)nej modlitwie, nos w(cid:266)szył, drgał, jadł! – Izik – rzekł surowo Brat Zgryzika, który pierwszy oprzytomniał. – Dlaczego przyprowadziłe(cid:286) tutaj je(cid:276)ca? Miałe(cid:286) przecie(cid:298) siedzieć z nim we wsi i pilnować go a(cid:298) do zako(cid:276)czenia uroczysto(cid:286)ci. Nie wiesz, (cid:298)e on zaczyna mdleć, jak zobaczy szanown(cid:261) Kociub(cid:266)? Wielkie, ekstatyczne oczy Izika z wyra(cid:296)nym trudem oderwały si(cid:266) od wazy. – Zgodziłem si(cid:266) zostać z nim we wsi – zacz(cid:261)ł omdlałym głosem – ale nikt mi nie powiedział, (cid:298)e tutaj b(cid:266)dzie si(cid:266) gotować polewk(cid:266) my(cid:286)liwsk(cid:261)! – ci(cid:261)gn(cid:261)ł głosem ju(cid:298) pewniejszym. – Ja... ja siedziałem... A(cid:298) tu nagle zacz(cid:266)ły płyn(cid:261)ć te zapachy! Schowałem głow(cid:266) w siano, ale – (Izik chlipn(cid:261)ł) – nie pomogło. Musiałem przyj(cid:286)ć! – krzykn(cid:261)ł z udr(cid:266)k(cid:261), odsłaniaj(cid:261)c(cid:261) bezmiar m(cid:266)czarni, jakie prze(cid:298)ył (ka(cid:298)dy z małych mieszka(cid:276)ców Pogórza ma wrodzone poczucie obowi(cid:261)zku), zanim podj(cid:261)ł decyzj(cid:266) opuszczenia posterunku. – Ja nie zapomniałem, (cid:298)e on mdleje na widok Kociuby. Ale – Izik dramatycznie zawiesił głos – gdybym nie przyszedł, to ja bym zemdlał! A to by było znacznie gorzej. Jeniec mógłby mnie zabić! Tylko mi nie opowiadajcie, (cid:298)e jest spokojny i niegro(cid:296)ny – dodał szybko, uprzedzaj(cid:261)c komentarze. – Zanim przylecieli, był potulny. Ale teraz! Popatrzcie, popatrzcie na niego! Przez cały czas tak mu si(cid:266) oczy (cid:286)wiec(cid:261)! I przez cały czas tak dygocze! No naturalnie, teraz uwaga wszystkich przeniosła si(cid:266) na Mandiabla. Wcale nie wygl(cid:261)dał na kogo(cid:286), kto ma za chwil(cid:266) zemdleć. Wygl(cid:261)dał tak, (cid:298)e Tapati (wra(cid:298)liwa Tapati), odruchowo chwyciła Babci(cid:266) za r(cid:266)k(cid:266). Trudno powiedzieć, (cid:298)e si(cid:266) bała. Ale zrobiło si(cid:266) jej jako(cid:286) bardzo niemiło, (cid:296)le, jak komu(cid:286), kto spotyka si(cid:266) z czyj(cid:261)(cid:286) niezasłu(cid:298)on(cid:261) nienawi(cid:286)ci(cid:261). Niech on przestanie tak na mnie patrzeć – pomy(cid:286)lała, spłoszona, miała bowiem uczucie, (cid:298)e jeniec patrzy wył(cid:261)cznie na ni(cid:261). Mo(cid:298)e dlatego, (cid:298)e oczy Mandiabla przesłoni(cid:266)te były szkłami wielkich, kwadratowych okularów, a te szkła jarzyły si(cid:266) czerwono, jakby zapalone buchaj(cid:261)cym z oczu blaskiem. Ale Mandiabl oczywi(cid:286)cie nie patrzył wył(cid:261)cznie na ni(cid:261). Tymi jarz(cid:261)cymi si(cid:266) czerwonymi oczami patrzył na cał(cid:261) rodzin(cid:266) Tapatików. Patrzył i dygotał, jakby trz(cid:266)sła nim potworna zło(cid:286)ć. On... nas strasznie nienawidzi – pomy(cid:286)lała Tapati, (cid:286)ciskaj(cid:261)c mocniej r(cid:266)k(cid:266) Babci. – Jemu jest strasznie zimno – szepn(cid:266)ła Babcia, jak gdyby dosłyszała jej my(cid:286)li i (nie wyja(cid:286)niwszy swej b(cid:261)d(cid:296) co b(cid:261)d(cid:296) zaskakuj(cid:261)cej uwagi) dodała gło(cid:286)niej: – Rób honory domu, Tiku, ja zaraz wróc(cid:266). Po czym spokojnie, zwyczajnie, po prostu podeszła do je(cid:276)ca. – Witamy ci(cid:266), Juhu-oho-ho Jedenasty. Ja jestem Babcia. Do czasu powrotu do swego kraju b(cid:266)dziesz z nami mieszkał. Chod(cid:296), poka(cid:298)(cid:266) ci twój pokój. Rozjarzone szkła przygasły. Wydawało si(cid:266), (cid:298)e cały Mandiabl poszarzał, mo(cid:298)e dlatego, (cid:298)e był szaro ubrany: w szary kombinezon i szary kaszkiet z podniesionym daszkiem. Okr(cid:261)głymi, dobrze teraz widocznymi zza szkieł oczami patrzył na Babci(cid:266) z niewysłowionym zdumieniem. A ona te(cid:298) patrzyła na niego, patrzyła, jak to Babcia, ciepło, serdecznie. – Chod(cid:296) – powtórzyła mi(cid:266)kko i, nie dodawszy nic wi(cid:266)cej, skierowała si(cid:266) ku drzwiom domu. A Mandiabl stał. – Patrzy na Babci(cid:266) jak perska kocica dyrektorowej Tatusia na misk(cid:266) z mlekiem, któr(cid:261) jej porwałem sprzed nosa – zdziwił si(cid:266) Tapatik. – Jak zahipnotyzowany – podsun(cid:261)ł Bimbel bardziej prozaicznie. – Uwa(cid:298)aj, zaraz za ni(cid:261) pójdzie! Mandiabl niepewnie, z oporami, ale jak gdyby przyci(cid:261)gany nieodpart(cid:261) sił(cid:261), rzeczywi(cid:286)cie ruszył za Babci(cid:261)! – No naturalnie! – rzekł Dziadek, niby to wielce zdegustowany (ale w jego oczach pl(cid:261)sały iskierki podziwu). – Ledwo Babcia spojrzy na kogo, to ju(cid:298) go nie ma! Nawet Mandiabla! Czuj(cid:266) – dorzucił, wzdychaj(cid:261)c z udan(cid:261) rezygnacj(cid:261) – (cid:298)e b(cid:266)d(cid:266) miał mas(cid:266) roboty z wychowaniem tego Wodzowskiego jedynaka! Wychowywać trzeba, a nie czarować! Zajm(cid:266) si(cid:266) tym osobi(cid:286)cie, bo Babcia go rozpie(cid:286)ci! Zabieram si(cid:266) do dzieła od jutra. A teraz prosz(cid:266) wszystkich pa(cid:276)stwa do stołu. ROZDZIAŁ II EKSPERYMENT WYCHOWAWCZY DZIADKA Jesie(cid:276) jest to, jak wiadomo, pora roku łagodna, melancholijna. Odchodz(cid:261)ce lato zabiera ze sob(cid:261) ci(cid:266)(cid:298)kie, nabrzmiałe groz(cid:261) chmury, we wn(cid:266)trzu których w(cid:286)ciekłe, złote ptaki szar(cid:298)uj(cid:261) na zamykaj(cid:261)ce je (cid:286)ciany, by z hukiem, w łoskocie przebić si(cid:266) ku czystemu, bezkresnemu niebu. Tej jesieni jednak, podczas pierwszych dni po powrocie stereolotu z Ksi(cid:266)(cid:298)yca, dom Tapatików na Jodłowej Polanie wydawał si(cid:266) miejscem, w którym niezale(cid:298)nie od pory roku, wyznaczyły sobie spotkanie wszystkie burze (cid:286)wiata. – To ju(cid:298) w ogóle nie jest dom, tylko przyl(cid:261)dek burz – poskar(cid:298)yła si(cid:266) Tapati w puchowe ucho swego ukochanego Złotego Misia. – Ugh – mrukn(cid:261)ł potakuj(cid:261)co Złoty Mi(cid:286); gwałtowne starcia wybuchaj(cid:261)ce mi(cid:266)dzy Tapatikiem a Dziadkiem w pełni usprawiedliwiały t(cid:266) skarg(cid:266). Obaj s(cid:261) stanowczo za bardzo naelektryzowani z powodu tego je(cid:276)ca – my(cid:286)lała Tapati, schodz(cid:261)c Jarz(cid:266)binow(cid:261) (cid:285)cie(cid:298)k(cid:261) ku (cid:295)ródełku. – Dosłownie wydzieraj(cid:261) sobie nieszcz(cid:266)snego Mandiabla z r(cid:261)k, jakby był własno(cid:286)ci(cid:261) jednego albo drugiego. A on jest swój własny, chocia(cid:298) Mandiabl. Jak ka(cid:298)dy. Swoj(cid:261) drog(cid:261) – zastanawiała si(cid:266) w zadumie – dziwne, (cid:298)e Babcia wcale si(cid:266) nie wtr(cid:261)ca. – Bardzo dziwne – dodała ju(cid:298) gło(cid:286)no, spojrzawszy z wyrzutem na strojn(cid:261), urokliw(cid:261) jarz(cid:266)bin(cid:266); a jarz(cid:266)bina w odpowiedzi spłon(cid:266)ła rumie(cid:276)cem. Nie był to jednak rumieniec zawstydzenia: po prostu chmura przysłaniaj(cid:261)ca sło(cid:276)ce odpłyn(cid:266)ła i blask zapalił czerwone koszyczki. – A mo(cid:298)e to ja zrobiłam si(cid:266) ju(cid:298) za bardzo wra(cid:298)liwa? – kontynuowała swe rozwa(cid:298)ania Tapati. – Bo – rzekła patrz(cid:261)c surowo tym razem na ogromnego (cid:286)limaka sun(cid:261)cego w poprzek (cid:286)cie(cid:298)ki – szczerze mówi(cid:261)c, to ostatnio co(cid:286) mi jest. Ale co? (cid:285)limak czujnie nastawił swe mi(cid:266)kkie, ruchliwe ro(cid:298)ki, ale nie powiedział nic. W dalszym ci(cid:261)gu pracowicie, mozolnie pełzł poprzez (cid:286)cie(cid:298)k(cid:266), zostawiaj(cid:261)c za sob(cid:261) wilgotny, mieni(cid:261)cy si(cid:266) t(cid:266)czowo (cid:286)lad. Tapati stwierdziła, (cid:298)e nie ma ochoty czekać – nie, nie na odpowied(cid:296), tej nie oczekiwała – ale na to, a(cid:298) (cid:286)limak wraz ze swoim imponuj(cid:261)cym domkiem dobrnie do drugiego brzegu (cid:286)cie(cid:298)ki. Powiedziała wi(cid:266)c grzecznie: – Przepraszam – i przest(cid:261)piła go w lekkim podskoku. Dalej nie było ju(cid:298) (cid:298)adnych przeszkód. Tapati schodziła teraz łagodnie opadaj(cid:261)c(cid:261) (cid:286)cie(cid:298)k(cid:261), w tanecznych podskokach, i po pewnym czasie ze zdumieniem poczuła, (cid:298)e jej niewytłumaczalny zły nastrój znika, ust(cid:266)puj(cid:261)c równie(cid:298) niewytłumaczalnej rado(cid:286)ci!... – Nie wiem dlaczego, ale jest mi wesoło – powiedziała do podskakuj(cid:261)cego razem z ni(cid:261) Złotego Misia. – O, czekaj! Co(cid:286) odkryłam: mo(cid:298)e to dlatego, (cid:298)e zacz(cid:266)łam i(cid:286)ć w podskokach? Mo(cid:298)e jak komu(cid:286) jest smutno, to powinien zachowywać si(cid:266) tak, jakby mu było wesoło i smutek przejdzie? W ka(cid:298)dym razie mnie jest wesoło i lekko. A jeszcze przed chwil(cid:261) było mi smutno i ci(cid:266)(cid:298)ko. Nawet mam ochot(cid:266) za(cid:286)piewać! Za(cid:286)piewała wi(cid:266)c: – Biegn(cid:266) sobie lekko, tra la la la Jarz(cid:266)binow(cid:261) (cid:285)cie(cid:298)k(cid:261), Nad głow(cid:261) mam słoneczko, hej hej hej! Słoneczko nad głow(cid:261) mam. Słoneczko nad głow(cid:261) miała niedługo. Bo ono, w przeciwie(cid:276)stwie do niej, nie podskakiwało, ale płyn(cid:266)ło. W morzu strz(cid:266)piastych chmur. Cz(cid:266)sto te(cid:298), jakby spragnione ochłody, dawało nura w puchate fale i niekiedy potrzebowało dobrej chwili, (cid:298)eby si(cid:266) znowu wynurzyć. I wła(cid:286)nie teraz, ledwo Tapati wy(cid:286)piewała pierwsz(cid:261) zwrotk(cid:266) swej napr(cid:266)dce zaimprowizowanej piosenki, jak gdyby przekomarzaj(cid:261)c si(cid:266) zanurkowało ponownie, gasz(cid:261)c jarz(cid:266)biny. Tapati, bardziej roz(cid:286)mieszona ni(cid:298) zagniewana, biegła dalej, skacz(cid:261)c coraz wy(cid:298)ej i wy(cid:298)ej, a w swoim seledynowym sweterku, z seledynow(cid:261) kokard(cid:261) we włosach wygl(cid:261)dała jak okruszek wiosny zabł(cid:261)kany w złotopurpurowym (cid:286)wiecie jesieni. – Frun(cid:266) sobie, frun(cid:266), tra la la la... Wiatr tr(cid:261)ca mnie jak strun(cid:266)... I (cid:286)piewam tak, hej hej hej, jak umiem... – podj(cid:266)ła przerwan(cid:261) (cid:298)artem sło(cid:276)ca piosenk(cid:266). Komponowała na poczekaniu, łowi(cid:261)c uchem trzepocz(cid:261)ce wokół jesienne szepty i szmery, którym towarzyszył krystaliczny głos niedalekiego ju(cid:298) (cid:295)ródełka. Były to naturalnie szepty i szmery drzew, krzaków, (cid:298)ółkn(cid:261)cych traw, obsuwaj(cid:261)cych si(cid:266) kamyków, plusk wody, ale Tapati miała wra(cid:298)enie, (cid:298)e trzepoce wokół niej rój słów, (cid:298)e wystarczy – tak pomy(cid:286)lała – otworzyć głow(cid:266) i serce, a one wejd(cid:261) w ni(cid:261) i zło(cid:298)(cid:261) si(cid:266) w pi(cid:266)kny wiersz! W przepełniaj(cid:261)cym j(cid:261) niezwykłym, z niczym nie porównywanym szcz(cid:266)(cid:286)ciu poczuła, (cid:298)e ten wiersz ju(cid:298) si(cid:266) układa, powstaje, a ona za chwil(cid:266) uleci na jego skrzydłach tam, gdzie nie dogoni jej nikt (nawet gdyby posłu(cid:298)ył si(cid:266) nastawionym na najwy(cid:298)sze przyspieszenie aerotraxem), dok(cid:261)d nie doleci najpot(cid:266)(cid:298)niejszy statek kosmiczny... gdy wtem... w sam (cid:286)rodek poetyckiego natchnienia wpadła my(cid:286)l nagła jak rzucony znienacka kamyk i sprawiła, (cid:298)e Tapati (ci(cid:261)gle wesoło podskakuj(cid:261)c) zwolniła kroku. Przecie(cid:298) ja po raz pierwszy, odk(cid:261)d wylecieli(cid:286)my z Tapatii, mam taki „wierszowy” nastrój! – pomy(cid:286)lała. – Przecie(cid:298) ja, odk(cid:261)d wylecieli(cid:286)my z Tapatii, nie uło(cid:298)yłam ani jednego wierszyka, ani jednej piosenki! Dopiero teraz, dzi(cid:286)! Czy to znaczy, (cid:298)e wiersze przychodz(cid:261) do mnie tylko wtedy, kiedy jestem tam, u nas? Ale przecie(cid:298) jeszcze nie jestem u nas, na Tapatii, tylko na Ziemi! Jak ka(cid:298)dy, kto jest pochłoni(cid:266)ty wa(cid:298)nymi my(cid:286)lami, nie patrzyła przed siebie, tylko w gł(cid:261)b siebie, z czego skorzystał natychmiast wiatr figlarz. Wyskoczył zza skały, porwał ze (cid:295)ródełka gar(cid:286)ć kropli i rozpyliwszy je, cisn(cid:261)ł w twarz nadchodz(cid:261)cej. Zupełnie przypadkowo sło(cid:276)ce, kontynuuj(cid:261)ce sw(cid:261) zabaw(cid:266) w nurkowanie, wybrało sobie ten sam moment, aby wypłyn(cid:261)ć na powierzchni(cid:266). Tapati, otrze(cid:296)wiona wilgotnym powiewem, który musn(cid:261)ł jej twarz, uniosła głow(cid:266), spojrzała przytomniej i a(cid:298) u(cid:286)miechn(cid:266)ła si(cid:266) z zachwytu. Ogromna, sp(cid:266)kana (cid:286)ciana, dołem poro(cid:286)ni(cid:266)ta krzakami, chyliła si(cid:266), niby wielka dobrotliwa głowa, nad (cid:295)ródełkiem, które w sło(cid:276)cu pieniło si(cid:266) złoci(cid:286)cie, musowało, b(cid:261)belkowało, ta(cid:276)czyło w g(cid:266)stwie krzaków jak u(cid:286)miech migoc(cid:261)cy w g(cid:261)szczu brody. Tapati, oczarowana, najpierw patrzyła na wod(cid:266), a potem uniosła oczy ku skale. P(cid:266)kni(cid:266)cia przecinaj(cid:261)ce jej powierzchni(cid:266) (zawsze troch(cid:266) wilgotne) te(cid:298) rozbłysn(cid:266)ły w sło(cid:276)cu, przypominały złote ostrza... złote ostrza szabel? Ale(cid:298) nie! Tapati, patrz(cid:261)c, od razu pomy(cid:286)lała o czym(cid:286) innym: zw(cid:266)(cid:298)one w złote ostrza, cudowne złote oczy Kota Niepowszedniego z Lipowej Doliny! To przecie(cid:298) wła(cid:286)nie tutaj, w tym samym miejscu zobaczyła po raz pierwszy te niezwykłe oczy! I u(cid:286)wiadomiła sobie, (cid:298)e nigdy wi(cid:266)cej ich nie zobaczy – ani tu, ani w ogóle nigdzie na Ziemi. Kot Niepowszedni, kolejny pasa(cid:298)er na gap(cid:266) Tapatików, nie chciał z nimi wrócić (dlaczego w ogóle poleciał!), z niepoj(cid:266)tych przyczyn został na Ksi(cid:266)(cid:298)ycu – on, ten stroni(cid:261)cy od wszystkich, chadzaj(cid:261)cy własnymi tajemniczymi (cid:286)cie(cid:298)kami odludek – nieprzytomnie zafascynowany M(cid:266)drcem Anandariszi. On jest st(cid:261)d, z Lipowej Doliny, a jednak został! A mówi si(cid:266), (cid:298)e kot przywi(cid:261)zuje si(cid:266) do miejsca – pomy(cid:286)lała Tapati z uraz(cid:261). Ba, z pretensj(cid:261)! Jakby ów fakt, (cid:298)e Kot Niepowszedni nie wrócił razem z nimi, poczytała za zdrad(cid:266). Ale jednocze(cid:286)nie poczuła dziwny niepokój, jak gdyby w tej my(cid:286)li, (cid:298)e mo(cid:298)na ot tak, po prostu nie wrócić, kryło si(cid:266) co(cid:286) niebezpiecznego. No, ale przecie(cid:298) jest to Kot Niepowszedni – znalazła uspokajaj(cid:261)cy argument. – A poza tym jest st(cid:261)d, ale tutaj wła(cid:286)ciwie te(cid:298) był obcy. Zaraz, zaraz... A mo(cid:298)e on na Ksi(cid:266)(cid:298)ycu nie jest obcy, bo tam ma kogo(cid:286), kogo podziwia, w pobli(cid:298)u kogo chce być, kogo chce chronić? Ale M(cid:266)drcowi Anandariszi wcale na tym nie zale(cid:298)y! Hm... A czy to cokolwiek zmienia? Pochyliła si(cid:266) nad (cid:295)ródełkiem i prawie bezwiednie zrobiła co(cid:286), co robiła zawsze, b(cid:266)d(cid:261)c tutaj – zanurzyła r(cid:266)ce w czystej, lodowato zimnej wodzie. A potem jeszcze co(cid:286), czego do tej pory nie robiła nigdy: nabrała wody w zł(cid:261)czone dłonie i zanurzyła w nich twarz jak w misce. Brr, ale zimna – pomy(cid:286)lała, wstrz(cid:261)saj(cid:261)c si(cid:266) i znowu przypomniał jej si(cid:266) Kot Niepowszedni... Zaszło sło(cid:276)ce. – Jest niewyobra(cid:298)alnie zimna, wiesz? – powiedziała do swego usadowionego wygodnie w krzakach Złotego Misia. – Ugh – mrukn(cid:261)ł zgodnie Złoty Mi(cid:286), a zabrzmiało to tak, jakby chciał powiedzieć: Wiesz co? Chod(cid:296)my ju(cid:298) do domu. Tapati spojrzała na niego, zdziwiona (t(cid:261) wyra(cid:296)nie wyczuwaln(cid:261) w jego mrukni(cid:266)ciu sugesti(cid:261)); niedawno przecie(cid:298) oboje marzyli, (cid:298)eby znale(cid:296)ć si(cid:266) jak najdalej od domu, który stał si(cid:266) przyl(cid:261)dkiem burz, posiedzieć gdzie(cid:286) w ciszy i samotno(cid:286)ci! – Oj, Tapati! – skarciła sam(cid:261) siebie. – Nie podobasz mi si(cid:266). Ostatnio stale sama nie wiesz, czego chcesz! Wsz(cid:266)dzie mi (cid:296)le – u(cid:286)wiadomiła sobie nagle i w popłochu, który j(cid:261) przy tej my(cid:286)li ogarn(cid:261)ł, rozpoznała, (cid:298)e to jest taka my(cid:286)l, któr(cid:261) Babcia nazywała kukułcz(cid:261) (bo je(cid:298)eli jej na to pozwolić, rozwija si(cid:266) i ro(cid:286)nie, wypieraj(cid:261)c wszystkie wesołe i dobre my(cid:286)li), i z któr(cid:261) trzeba natychmiast si(cid:266) rozprawić. Wytarła wi(cid:266)c mokre, zdr(cid:266)twiałe z zimna r(cid:266)ce o d(cid:298)insy, wzi(cid:266)ła pod pach(cid:266) Złotego Misia i szybkim, energicznym krokiem, ju(cid:298) nie Jarz(cid:266)binow(cid:261) (cid:285)cie(cid:298)k(cid:261), a na przełaj, zacz(cid:266)ła si(cid:266) wspinać z powrotem ku Jodłowej Polanie. Szła szybko, (cid:298)eby si(cid:266) otrz(cid:261)sn(cid:261)ć z nadmiaru my(cid:286)li (a zwłaszcza tej kukułczej), ale nie tylko to przyspieszało jej krok; szczerze mówi(cid:261)c, ciekawiło j(cid:261) jednak, jak sko(cid:276)czy si(cid:266) (to, które wyp(cid:266)dziło j(cid:261) z domu) starcie mi(cid:266)dzy Dziadkiem a Tapatikiem: kolejna burza wywołana... niewinnym pytaniem Zgryzika. Zgryzik mianowicie zapytał: – Co mamy zrobić z zapasem gumy do (cid:298)ucia, któr(cid:261) zgromadzili(cid:286)my na Mandiablów? – A sk(cid:261)d ja mam wiedzieć?! – hukn(cid:261)ł Dziadek, bo z nadmiaru wra(cid:298)e(cid:276) zupełnie zapomniał, (cid:298)e przed odlotem na wypraw(cid:266) przeciw Mandiablom-Po(cid:298)eraczom Kwitn(cid:261)cych Planet sam polecił przygotować zapas gumy do (cid:298)ucia, za któr(cid:261) Mandiable przepadaj(cid:261) i wła(cid:286)nie dzi(cid:266)ki temu mo(cid:298)na ich rozpoznawać (na propozycj(cid:266): „Chcesz sobie po(cid:298)uć?” – ich oczy robi(cid:261) si(cid:266) czerwone i głodne, a za tym kim(cid:286), kto proponuje im gum(cid:266), pójd(cid:261) jak szczury za flecist(cid:261) szczurołapem) oraz unieszkodliwiać (rytmiczny ruch szcz(cid:266)k działa na ich umysł tak usypiaj(cid:261)co, (cid:298)e daj(cid:261) si(cid:266) zbierać jak odymione pszczoły). – Tapa-ti-ti! – zakrzykn(cid:261)ł Tapatik, który w przeciwie(cid:276)stwie do Dziadka, natychmiast przypomniał sobie wszystko, i jeszcze co(cid:286) na dodatek. – Mam pomysł! Mam znakomity pomysł wychowawczy – uzupełnił, patrz(cid:261)c zaczepnie na Dziadka. I w tym momencie – przypomniała sobie Tapati – westchn(cid:266)łam, bo wiedziałam, (cid:298)e znowu rozp(cid:266)ta si(cid:266) burza. Tak, wtedy, w tamtym momencie, westchn(cid:266)ła, ale teraz, id(cid:261)c, mimo woli u(cid:286)miechn(cid:266)ła si(cid:266): Tapatik i Dziadek mieli takie komiczne miny, zupełnie jak dwa szykuj(cid:261)ce si(cid:266) do walki japo(cid:276)skie koguciki, a oczy Dziadka rozjarzyły si(cid:266) niemal jak oczy Mandiabla, gdy Tapatik o(cid:286)wiadczył: – Zmusimy naszego je(cid:276)ca, (cid:298)eby t(cid:266) gum(cid:266) (cid:298)uł! A tak – ci(cid:261)gn(cid:261)ł, usiłuj(cid:261)c nie dopu(cid:286)cić bliskiego eksplozji Dziadka do słowa – bo on jest synem Wodza. A jak wiadomo, Mandiablów obowi(cid:261)zuje zakaz (cid:298)ucia gumy, choć tak bardzo j(cid:261) lubi(cid:261). A kto wydał ten zakaz? Wódz i jego rodzina! A Wódz i jego rodzina oraz najbli(cid:298)sze otoczenie, czyli dostojnicy, jak wiadomo, gumy do (cid:298)ucia nie lubi(cid:261)! Wi(cid:266)c im łatwo nie (cid:298)uć i patrzeć z góry na tych, co nie mog(cid:261) si(cid:266) oprzeć. Wi(cid:266)c... wi(cid:266)c jak my go zmusimy, (cid:298)eby (cid:298)uł t(cid:266) pogardzan(cid:261) gum(cid:266) jak jego pogardzani poddani, to... to on poczuje, (cid:298)e jest taki sam jak inni... i to b(cid:266)dzie bardzo demokratyczne! – doko(cid:276)czył Tapatik, ogromnie z siebie
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Powrót Tapatików
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: