Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00369 006509 20287204 na godz. na dobę w sumie
Rocambole. Tajemniczy spadek. Część 1 - ebook/epub
Rocambole. Tajemniczy spadek. Część 1 - ebook/epub
Autor: Liczba stron: 350
Wydawca: Jamakasz Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-66268-23-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Kolekcja ROCAMBOLE TOM 1
W pierwszej części cyklu Rocambole odgrywa bardzo niewielką rolę. Powieść zaczyna się prologiem rozgrywającym się w 1812 roku. W czasie odwrotu wojsk Napoleona z Rosji pułkownik Armand de Kergaz, szlachcic z Bretanii, zostaje zamordowany przez swojego adiutanta, kapitana Felipone. Cztery lata później wdowa po pułkowniku de Kergaz, która miała z nim syna, również o imieniu Armand, wychodzi za mąż za Felipone, nie wiedząc o roli, jaką odegrał przy śmierci jej męża, i którym ma drugiego syna, Andreę.
Akcja powieści przenosi się do 1840 roku. Opisywana jest walka między dwoma wrogami sobie przyrodnimi braćmi: hrabią Armandem de Kergaz, reprezentującym Dobro a jego przyrodnim bratem Andreą, przedstawicielem Zła, wspomaganym przez kurtyzanę Baccarat. Andrea stara się przywłaszczyć spuściznę barona Kermora de Kermaroueta, którą zarządza Armand, i chcąc osiągnąć swój cel, prześladuje trzy niewinne pary. Czy Armandowi uda się odwrócić jego plany…?
348 stron 24 ilustracje, w tym 22 karty tablicowe kolorowe, pochodzące z oryginalnego wydania francuskiego z 1894 roku.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:



Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej... Pierre Alexis de Ponson du Terrail Rocambole Tajemniczy spadek część pierwsza Pierre Alexis de Ponson du Terrail Tajemniczy spadek część pierwsza Pierre Alexis de Ponson du Terrail Przełożył i przypisami opatrzył Andrzej Zydorczak Wydawnictwo JAMAKASZ Ruda Śląska 2019 Siedemdziesiąta pierwsza publikacja wydawnictwa JAMAKASZ Pierwszy tom kolekcji „Rocambole” Tytuł oryginału francuskiego: L’héritage mystérieux © Copyright for the Polish translation by Andrzej Zydorczak, 2019 24 ilustracje, w tym 22 karty tablicowe kolorowe: Louis-Charles Bombled, Paul Kauffmann, Désiré Quesnel (wg Wydawnictwo Jules Rouff, Paris 1894) Redaktor kolekcji: Andrzej Zydorczak Redakcja: Kinga Ochojska Konwersja do formatów cyfrowych: Mateusz Nizianty Wydanie I © Wydawnictwo JAMAKASZ, Ruda Śląska 2019 ISBN 78-83-66268-22-7 (całość) ISBN 978-83-66268-23-4 (część 1) Wydawnictwo JAMAKASZ www.jamakasz.pl e-mail: jamakasz2013@gmail.com tel.: 32 340 21 42, 531 094 758 Ruda Śląska 2019 Prolog I B yło to w roku 1812. Wielka armia francuska wykonywała pamiętny odwrót, zostawia- jąc poza sobą Moskwę i Kreml w płomieniach, a część swych bata- lionów w zlodowaciałych falach Berezyny. Padał gęsty śnieg… Ze wszystkich stron, jak sięgnąć wzrokiem, ziemia pokryta była białym całunem, a nad nią rozciągało się szare niebo. Przez niezmierzone i puste równiny wlokły się szczątki tych dumnych legionów prowadzonych przez nowego Cezara1 na podbi- cie świata, którego nie była w stanie pokonać zjednoczona Europa, a ponad którym zatriumfował w tej chwili jedyny straszny wróg, przed jakim był zmuszony się cofnąć. Było to zimno północy. Tu można było zobaczyć gromadkę skostniałych w siodłach ka- walerzystów, walczących rozpaczliwie przeciw napadom śmiertel- nego snu, gdzie indziej kilku piechurów otaczało martwego konia, którego zamierzali poćwiartować, w czym wspierało ich stado żar- łocznych kruków, wyrywając strzępy mięsa ze zwierzęcia. Dalej jakiś człowiek kładł się na śniegu z uporem obłąkanego i za- sypiał z przeświadczeniem, że już się nie obudzi. Od czasu do czasu dało się słyszeć oddalony huk rosyjskich dział. Wtedy maruderzy znowu ruszali w drogę, wiedzeni zachowawczym instynktem ocalenia życia. W tej chwili na skraju małego lasku ukazało się trzech ludzi, a dokładniej – trzech jeźdźców, a zatrzymawszy się w około kupy 1 Chodzi tu o Napoleona I Bonaparte; Cezar (Gajusz Juliusz Cezar, Caius Iulius Caesar, 100-44 p.n.e.) – rzymski wódz i polityk, twórca Cesarstwa Rzymskiego, zamordo- wany przez spiskowców. gałęzi, po otrząśnięciu ich ze stwardniałego śniegu, usiłowali roz- niecić ogień. Konie i jeźdźcy otoczyli żarzące się ognisko. Żołnierze siedli z pod- łożonymi pod siebie nogami, natomiast wierzchowce stały z nisko opuszczonymi łbami i zgaszonym spojrzeniem. Pierwszy z owych trzech żołnierzy miał na sobie łachmany, które pozostały z munduru, wraz z przywieszonymi do nich epo- letami pułkownika. Mógł mieć około trzydziestu pięciu lat. Był człowiekiem wysokiego wzrostu, szlachetnej, pięknej postawy, a spojrzenie jego niebieskich oczu wyrażało jednocześnie dobroć i odwagę. Prawą rękę trzymał na szarfie, a głowę miał obwiązaną zakrwa- wionymi bandażami. Nieprzyjacielska kula strzaskała mu łokieć, a cios, zadany pałaszem, przeciął czoło od jednej skroni do drugiej. Drugi z tych trzech osobników mógł być kapitanem, jak można było ocenić z resztek podartego na strzępy munduru, ale w tej chwili nie było tu ani pułkowników, ani kapitanów, ani żołnierzy. Wielka armia Napoleona nie była niczym innym jak smutną gro- madą ludzi w łachmanach, uciekających zarówno przed lodowatym północnym wichrem, jak i przed hordami wroga znad Donu i Kauka- zu, które rzuciły się za nimi w pościg jak stado wygłodzonych wilków czy drapieżnych ptaków. Wspomniany wyżej kapitan był młodym mężczyzną o niskim czole, oliwkowej cerze i ruchliwym, niepewnym spojrzeniu. Czarne włosy zdradzały w nim południowca, a z przeciągłego akcentowa- nia słów i żywości ruchów łatwo można było w nim odgadnąć jed- nego z tych Włochów, tak licznych we francuskiej armii za czasów Pierwszego Cesarstwa2. Kapitan, szczęśliwszy od swego pułkownika, nie został wcale ranny, na skutek czego łatwiej mu przychodziło znosić ataki strasz- liwego zimna pchające ku południu śmiałych legionistów Cezara. 2 Pierwsze Cesarstwo – Francja w okresie panowania Napoleona I Bonaparte w la- tach 1804-1814 i 1815; w czasie największego rozwoju terytorialnego obejmowało rozmaite protektoraty i posiadało wiele państw zależnych; kres cesarstwu położyła abdykacja Napoleona na rzecz Napoleona II, ten jednak nie został dopuszczony do władzy, a tron zwrócono Burbonom. 8 ROCAMBOLE | Część pierwsza Wreszcie trzeci z tej małej gromadki był żołnierzem, zwykłym huzarem3 gwardii, którego surowe męskie oblicze nabierało cza- sami dzikiego wyrazu, ilekroć dobiegł go z oddali huk rosyjskich dział, albo przeciwnie, gościł na nim niepokój, a spojrzenie stawało się nawet pieszczotliwe, gdy jego wzrok zatrzymywał się na swoim wyczerpanym i zakrwawionym młodym dowódcy. Działo się to wieczorem. Zaczęła zapadać noc, a gęste mgły zmro- ku powoli łączyły białą ziemię z szarym niebem. – Spędzimy tu noc, Felipone? – zapytał pułkownik włoskiego ka- pitana. – Czuję się mocno osłabiony i bardzo znużony – dodał. – Zra- nione ramię sprawia mi okropny ból. – Panie pułkowniku, musimy koniecznie jechać dalej, gdyż mróz pana zabije! – zawołał żywo Bastien, ów huzar, zanim Włoch zdołał odpowiedzieć. Pułkownik spojrzał kolejno na żołnierza i kapitana. – Tak sądzisz? – rzekł. – Tak, tak! – powtórzył huzar z żywością człowieka pewnego swych racji. Jeśli chodzi o kapitana, to ten wydawał się namyślać. – No i jak, Felipone? – nalegał pułkownik. – Bastien ma rację – odparł kapitan. – Trzeba wsiąść na konie i jechać tak daleko, jak to tylko będzie możliwe. Tu zaraz zaśniemy, a podczas tego czasu ognisko wygaśnie i żaden z nas już się nie obu- dzi… Zresztą, posłuchaj. Zbliżają się Rosjanie… Słyszę huk armat! – Och, jakie nieszczęście! – szepnął pułkownik głuchym głosem. – Któżby kiedy pomyślał, że będziemy zmuszeni uciekać przed garst- ką Kozaków…! Ach, zimno… to zimno… jakiż to zawzięty i straszny wróg! Mój Boże! Gdyby jednak tylko to zimno nas nękało…! To mówiąc, przysiadł koło ogniska, usiłując rozgrzać przy nim swe skostniałe członki. 3 Huzarzy – lekka jazda węgierska, powstała w XVI wieku z chorągwi raców po od- rzuceniu kopii i tarcz; charakterystycznym ubiorem huzarów była zarzucona na ramię kurtka, zwana dolmanem; huzarzy w XVIII wieku stanowili znaczną część lekkiej kawalerii; w Polsce w okresie Księstwa Warszawskiego istniały dwa pułki huzarów (10 i 13) biorące udział w kampaniach w 1812 i 1813 roku. 9 Tajemniczy spadek – Do kroćset piorunów! – mruczał huzar Bastien. – Nigdy bym nie uwierzył, że mój pułkownik, ten odważny lew… da się pokonać przez taki nędzny podmuch wiatru świszczący ponad zlodowacia- łym śniegiem! Mówiąc to całkiem cichutko, patrzył jednocześnie na swego do- wódcę wzrokiem pełnym miłości i poszanowania. Oblicze oficera stało się sine, co wskazywało na straszne cier- pienie. Trząsł się i drżał z zimna na całym ciele, a jego życie, jak się wydawało, skoncentrowało się w oczach, ponieważ tylko wzrok zachował całą jego łagodność i dumę. – No cóż – rzekł po chwili – odjeżdżajmy, skoro tego chcecie, jed- nak pozwólcie mi jeszcze trochę się ogrzać. Jakież straszne zimno…! Cierpię, jak nigdy w życiu nie cierpiałem. Umieram z senności…! Mój Boże, gdybym mógł się przespać przez godzinę, nie więcej, jak tylko jedną godzinę…! Kapitan i huzar porozumieli się spojrzeniami. – Jeśli on zaśnie – mruknął Felipone – nie zdołamy go już rozbu- dzić i wsadzić na siodło. – A więc – rzekł odważny Bastien, nachylając się do ucha kapita- na – będę go niósł uśpionego. Jestem bardzo silny, a dla ocalenia mego pułkownika… och, stanę się Herkulesem! Kapitan z głową odchyloną do tyłu zdawał się nadsłuchiwać od- ległych hałasów. – Rosjanie są od nas jakieś trzy ligi4 – odezwał się w końcu. – Noc zapada i bez wątpienia rozłożą się obozem, zanim zbliżą się ku nam. Skoro pułkownik pragnie się przespać, pozwólmy mu to uczynić, a my będziemy czuwali. Pułkownik, usłyszawszy ostatnie słowa, podał rękę Włochowi. – Dzięki ci, Felipone – powiedział. – Dzięki, przyjacielu! Ty jesteś dobry, odważny i nie pozwolisz łatwo pokonać się temu wściekłemu północnemu wichrowi. Och, co za ziąb! Ostatnie wyrazy pułkownik wymówił z pewnym przestrachem. – Ponieważ ja nie jestem ranny – odparł Włoch – to zupełnie oczy- wiste, że mniej cierpię od ciebie. 4 Liga – tu: liga lądowa, nieużywana jednostka długości równa trzem milom lądo- wym (4828 m). 10 ROCAMBOLE | Część pierwsza – Przyjacielu! – mówił dalej pułkownik do Włocha, podczas gdy huzar rzucał do ogniska wszystko to, co wyszukał w zaroślach, i su- che gałęzie, które znalazł pod ręką. – Mam trzydzieści pięć lat. Żoł- nierzem zostałem w szesnastym roku życia. W wieku trzydziestu lat mianowano mnie pułkownikiem, co świadczy o tym, że musiałem być cierpliwy i dzielny. Otóż moja energia, moja odwaga, wszystko, aż do obojętności, z jaką przyjmowałem rozliczne zmęczenia i trudy w naszym twardym rzemiośle, wszystko to dziś znika wobec śmier- telnego wroga, nazywanego zimnem północy. Jest mi strasznie zimno…! Rozumiesz? We Włoszech spędziłem trzynaście godzin na polu bitwy pod kupą trupów, z głową we krwi, a nogami w błocie. W Hiszpanii przy oblężeniu Saragossy5 szedłem do szturmu z dwie- ma kulami w piersiach. Pod Wagram6 pozostawałem na koniu cały dzień, z udem przebitym pchnięciem bagnetu. Tymczasem dzisiaj stałem się jedynie ciałem bez ducha, na wpół martwym człowie- kiem… podłym, uciekającym przed wrogiem! Przed Kozakami…! A wszystko to z powodu tego straszliwego zimna…! – Armandzie… Armandzie, odwagi! – rzekł kapitan. – Nie na za- wsze pozostaniemy w Rosji, wrócimy do cieplejszego klimatu… znowu ujrzymy słońce, a wtedy triumfalnie wyjdziesz ze swego odrętwienia… Pułkownik Armand de Kergaz, gdyż tak się nazywał, potrząsnął smutno głową. – Nie – odparł – ja już nie ujrzę ani słońca, ani mojej Francji. Jeszcze kilka godzin tego przejmującego zimna i będę martwy! – Armandzie! Panie pułkowniku! – zawołali prawie równocze- śnie kapitan i huzar. – Ginę z zimna! – szepnął pułkownik ze smutnym uśmiechem. – Umieram z braku snu i zimna. 5 Oblężenie Saragossy – starcie zbrojne w czasie wojny w Hiszpanii; armia francuska pod dowództwem generała Lefebvre okrążyła i wielokrotnie szturmowała Saragos- sę latem 1808 roku, by po dwóch miesiącach odstąpić od niej i zdobyć ją dopiero w wyniku drugiego oblężenia na przełomie 1808 i 1809 roku. 6 Wagram – miejsce jednej z największych zwycięskich bitew w kampaniach napoleoń- skich, która miała miejsce w dniach 5-6 lipca 1809 roku wokół wyspy Lobau na Dunaju i w pobliżu wsi Wagram, 15 km na północny wschód od Wiednia; wojska francuskie pod dowództwem cesarza Napoleona Bonaparte pokonały wtedy wojska austriackie dowo- dzone przez arcyksięcia Karola Ludwika; kluczową rolę w batalii odegrała artyleria. 11 Tajemniczy spadek Pochyliwszy głowę na piersi, będąc w tym nieprzezwyciężo- nym odrętwieniu, jakie odebrało życie tylu szlachetnym sercom w tym żałosnym odwrocie z Rosji, nagle się otrząsnął, a zebrawszy wszystkie siły, podniósł głowę. – Nie, nie…! Ja nie mogę w tej chwili spać… Trzeba pomyśleć o tych, których tam, daleko, pozostawiłem! – zawołał, a jego spoj- rzenie skierowało się na tę stronę horyzontu, gdzie leżała Francja. – Armandzie! Armandzie! – zawołał kapitan. – Nigdy nie mów czegoś podobnego. Będziesz żył! – Przyjaciele – dodał, zwróciwszy się do wiernego i oddanego żołnierza oraz kapitana – bez wątpienia obaj mnie przeżyjecie i za- chowacie o mnie życzliwe wspomnienie. Zatem posłuchajcie mnie, gdyż przekazuję wam mą ostatnią wolę: powierzam waszej opiece moją żonę i dziecko… Wyciągnął powtórnie rękę do kapitana Felipone i kontynuował: – Zostawiłem tam, w naszej ukochanej Francji, dziewiętnasto- letnią żonę i mające przyjść na świat niemowlę. Może wkrótce żona zostanie wdową, a dziecię sierotą… – Armandzie! Armandzie! – zawołał kapitan. – Nigdy nie mów czegoś podobnego. Będziesz żył! – Och, jakże chciałbym żyć! – szepnął pułkownik. – Żyć… i po- nownie zobaczyć ich oboje! Kiedy tak mówił o nadziei i gorącej miłości, jego oczy nabrały blasku. – Jednak – dodał ze smutnym uśmiechem – mogę także umrzeć, a wtedy wdowa z sierotą będą potrzebowały opiekunów. – Ach, pułkowniku! – wykrzyknął Bastien. – Dobrze wiesz, że gdyby cię spotkało nieszczęście, pański huzar oddałby swoje ży- cie, sekunda po sekundzie, oraz krew do ostatniej kropli dla twojej żony i dziecka! – Dziękuję ci! – powiedział pułkownik. – Liczę na ciebie. Następnie spojrzał na Włocha. – A ty, mój stary towarzyszu, mój przyjacielu, mój bracie…? – zapytał. Kapitan drgnął, a jego czoło zasnuła ponura chmura. Można by- łoby sądzić, iż ostatnie słowa pułkownika wywołały w nim jakieś odległe przykre wspomnienia. 12 ROCAMBOLE | Część pierwsza – Dobrze powiedziałeś, Armandzie – odrzekł – bo czy nie jestem twym starym towarzyszem, przyjacielem, bratem? – A więc, gdybym umarł – mówił dalej pułkownik – będziesz oparciem dla mojej żony, ojcem dla mego dziecka? Po tym zapytaniu twarz kapitana okryła się żywym rumień- cem, czego jednak pan de Kergaz nie dostrzegł i mówił dalej: – Wiem, że kochałeś Helenę, a ty również dobrze wiesz, że pozo- stawiliśmy jej wolny wybór pomiędzy nami dwoma. Szczęśliwszy od ciebie, zostałem wybrańcem jej serca i jestem ci wdzięczny, że przy- jąwszy ową ofiarę, nie przestałeś być przyjacielem swego rywala. Kapitan słuchał ze spuszczonym wzrokiem. Matową bladość jego twarzy pokrył chwilowy rumieniec i gdyby rozmawiający z nim posiadał więcej zimnej krwi i nie był dręczony moralnym i fi- zycznym cierpieniem, wówczas zrozumiałby, jaka straszna walka wrzała w sercu Włocha, torturowanego owymi wspomnieniami. – Gdybym umarł – kończył pułkownik – ty ją poślubisz… Trzymaj… Przy ostatnim słowie pułkownik rozpiął mundur i podał Felipo- ne’owi opieczętowany pakiet. – Oto mój testament – powiedział. – Napisałem go na początku naszej nieszczęśliwej kampanii, miotany dziwnymi przeczuciami. Na mocy tego testamentu, mój przyjacielu, przeznaczam ci połowę majątku, jeśli zgodzisz się poślubić pozostałą po mnie wdowę… Z bladego kapitan stał się zupełnie siny, a całym jego ciałem wstrząsało nerwowe drżenie. Wyciągnął w stronę testamentu kon- wulsyjnie drgającą rękę. – Bądź spokojny, Armandzie – wyszeptał głuchym głosem. – Gdyby przytrafiło ci się nieszczęście, posłucham cię… Ale ty bę- dziesz żył – dodał – zobaczysz swoją Helenę, w stosunku do której obecnie odczuwam tylko żywą i pełną szacunku przyjaźń. – Jakże mi zimno! – powtórzył pułkownik z przekonaniem czło- wieka przeczuwającego swoją bliską śmierć. Ponownie opuścił głowę na piersi, a sen chwycił go z nieprze- partą siłą. – Zostawmy go, niech się prześpi przez parę godzin – powiedział kapitan do Bastiena – a my będziemy czuwali. 13 Tajemniczy spadek – Łajdacki północny wiatr! – mruczał z gniewem huzar, po- magając Felipone’owi w ułożeniu pułkownika w pobliżu ogniska i przykrywając go szczątkami ubrań i koców, jakie jeszcze posiadali. Pięć minut później pułkownik Armand de Kergaz spał głębokim snem. Bastien z utkwionym w niego wzrokiem, z pieszczotliwą nieru- chomością wiernego psa bezustannie podsycał ogień i pilnował, aby najmniejsza iskierka, żaden gorący węgielek nie upadły na jego uśpio- nego dowódcę. Co do kapitana, ten siedział z głową ukrytą w dłoniach, a w jego mózgu widocznie przebiegało tysiące pomieszanych myśli. Ów człowiek, którego pułkownik darzył tak gorącą przyjaźnią, posiadał wszelkie ułomności zwyrodniałych istot. Mściwy i żądny pieniędzy, w postępowaniu ze wszystkimi był usłużny i przymilny. Żołnierz bez majątku posiadał sztukę zawiązywania stosunków z bo- gatymi i utytułowanymi oficerami armii. Nie posiadał ani obola7, a je- dynie przyjaciół milionerów. W otrzymaniu rangi kapitana pomógł mu bardziej zbieg okolicz- ności, i to w czasie, gdy śmierć zbierała obfite żniwo pośród oficerów, niż własne męstwo. Brał czynny udział w kilku bitwach, nigdy jednakże nie widziano, by się odznaczył walecznością. Być może nie był tchórzem, ale na pew- no nie był odważnym człowiekiem, posuwającym się do zuchwałości. Felipone zawarł przyjaźń z pułkownikiem de Kergaz przed pięt- nastu laty. Obaj wówczas byli kapitanami. Trzy lata temu poznali w Paryżu pannę Helenę Durand, córkę dostarczyciela żywności dla armii, piękną i młodą dziewczynę, którą obaj pokochali. Helena wy- brała pułkownika. Od tego dnia Felipone zaprzysiągł rywalowi zemstę, zemstę pod- sycaną nienawiścią, jaka jedynie może zakiełkować w sercu połu- dniowca, tę zemstę skupioną w sobie i niemą, ukrytą na zewnątrz pod oznakami najszczerszej przyjaźni, jednakże nieubłaganą, śmier- telną zemstę, gotową wybuchnąć przy pierwszej nadarzającej się okazji. Podczas kampanii w chwili zamieszania ze dwadzieścia razy Felipone ukryty w cieniu i dymie bitwy, brał na cel pułkownika. Ze 7 Obol (gr.) – drobna moneta w starożytnej Grecji, jedna szósta drachmy. 14 ROCAMBOLE | Część pierwsza dwadzieścia razy zawahał się, szukając pełniejszego i okrutniejszego odwetu niż takie zwykłe zabójstwo. Otóż ten Włoch odnalazł nareszcie odpowiedni moment do zre- alizowania takiej zemsty; kalkulował ją na zimno i o niej rozmyślał, podczas gdy pułkownik spał pod czujnym spojrzeniem Bastiena. „Wariat! – myślał Felipone, rzucając od czasu do czasu ponure wejrzenie na uśpionego oficera.– Wariat! Jednocześnie daje mi ma- jątek, mnie, który jestem biedny, i swoją żonę, mnie, którego ona odepchnęła… Trudno byłoby odnaleźć bardziej wymowny wyrok na własną śmierć!”. Na sekundę spojrzenie kapitana spoczęło na Bastienie. – Ten człowiek mi przeszkadza – wyszeptał. – Tym gorzej dla niego! Podniósł się z ziemi i zbliżył do swego konia. – Co robisz, kapitanie? – zapytał huzar. – Chcę sprawdzić kapiszony8 moich pistoletów… – Ach, tak! – rzekł Bastien. – Pośród takiego diabelskiego śniegu – mówił dalej spokojnie kapitan – nie ma się co dziwić, że panewki9 mogły zawilgotnieć, a gdyby pojawili się Kozacy… Mówiąc to, Felipone sięgnął do olster10, wyciągnął z nich jeden z pistoletów i niedbale zaczął bawić się pokrywą panewki. Bastien patrzył na to spokojnie, bez żadnej podejrzliwości. – Proch jest suchy, a krzemień w dobrym stanie. Zobaczmy drugi – stwierdził kapitan i wziąwszy drugi pistolet, zaczął oglądać go z taką samą starannością. – Ach! – mruknął Bastien z roztargnieniem, całkowicie oddany czuwaniu przy dowódcy. 9 8 Kapiszon – w dawnej broni strzeleckiej rodzaj spłonki w formie miedzianej lub mo- siężnej miseczki lub kapelusika, posiadającej wewnątrz warstwę piorunianu rtęci. Panewka – część dawnej broni palnej – zagłębienie w górnej części lufy, później „półka” umieszczona z boku lufy, połączona z zapałem (otworem prowadzącym do lufy); na panewkę sypano proch, który po zapaleniu przenosił ogień przez zapał do ładunku miotającego w lufie, powodując odpalenie. 10 Olstro – skórzany futerał na pistolet kawalerzysty przytroczony do przedniej części siodła, używany od XVI wieku; standardowo do siodła przytraczano dwa olstra (po obu bokach konia), stąd od XVII wieku używano częściej pluralnej formy „olstra”; jeżeli jeździec miał jeden pistolet, drugie olstro używane było do przewożenia drob- nych przedmiotów. 15 Tajemniczy spadek – Czy wiesz, że posiadam zadziwiającą wprawę w strzelaniu z tej broni? – zapytał nagle, spoglądając na huzara. – To bardzo prawdopodobne, kapitanie. – W pojedynku na trzydzieści kroków – mówił dalej Felipone spo- kojnym głosem – trafiłem mego przeciwnika wprost w serce i poło- żyłem go trupem na miejscu. – Ach! – mruknął Bastien z roztargnieniem, całkowicie oddany czu- waniu przy dowódcy. – Co więcej – kontynuował Felipone – kilkakrotnie zakładałem się o to, że trafię w prawe lub lewe oko któregoś z moich przeciwników i zawsze taki zakład wygrywałem… Ale widzisz, przyjacielu Bastienie, najlepiej jest jednak mierzyć wprost w serce, wtedy bowiem na miejscu się zabija! To powiedziawszy, kapitan pochylił lufę pistoletu. – Co pan robi? – zawołał gwałtownie huzar, odskakując do tyłu. – Mierzę prosto w serce – rzekł zimno Felipone, celując w żołnie- rza. – Nie chcę, żebyś cierpiał… Padł strzał. – Przeszkadzałeś mi, mój chłopcze. Tym gorzej dla ciebie! Błyskawica rozświetliła ciemności, zagrzmiał huk, któremu to- warzyszył okrzyk bólu i huzar padł na wznak. Na ten hałas, na ten okrzyk, pan de Kergaz, nagle wyrwany ze swego letargicznego snu, uniósł się do połowy, sądząc, że ma do czy- nienia z Rosjanami. Tymczasem Felipone, trzymając w ręku drugi pistolet, nie po- zwolił mu powstać, opierając nagle kolano o jego pierś, i przewrócił go brutalnie na ziemię, gdzie go przytrzymał. Wówczas pułkownik, zaskoczony tym nagłym napadem, ujrzał nad sobą drwiącą i wykrzywioną szatańskim uśmiechem twarz swego wro- ga, a ten uśmiech z szybkością błyskawicy odsłonił całą podłość, całe nikczemne okrucieństwo tego człowieka, w którego tak wierzył. – Ha, ha! – szydził Włoch. – Byłeś wielkim głupcem, pułkowniku Armandzie de Kergaz, wierząc w przyjaźń człowieka, któremu ukradłeś ukochaną przez niego kobietę… Byłeś głupi, wyobrażając sobie, że on kie- dykolwiek może ci przebaczyć! Posunąłeś swoją głupotę i bezmyślność aż do napisania testamentu, błagając tego ukochanego przyjaciela, by poślu- bił wdowę po tobie i przyjął połowę twego majątku, po czym spokojnie 16 ROCAMBOLE | Część pierwsza zasnąłeś, z nadzieją przebudzenia się wśród pomyślniejszych dni i połą- czenia się z żoną i dzieckiem, dwoma przedmiotami twojej gorącej mi- łości! Potrójny głupcze…! Wiedz jednak – kończył kapitan – że tak się nie stanie, że nigdy ich nie zobaczysz i uśniesz na wieki, mój drogi przyjacielu! Powiedziawszy to, kapitan skierował lufę pistoletu w kierunku czoła Armanda de Kergaz, który wiedziony instynktem zachowawczym, usi- łował się uwolnić z uścisku wroga i zepchnąć przytłaczające go kolano. Felipone jednak silnie go przytrzymał i rzekł do niego: – Daremne starania, panie pułkowniku, musisz tu pozostać. – Nikczemniku! – wyszeptał Armand de Kergaz, którego spojrze- nie pełne było pogardy. – Bądź spokojny, Armandzie, twoje życzenie zostanie ściśle wy- pełnione: poślubię wdowę i będę nosił po tobie żałobę, a świat bę- dzie mnie widział wiecznie cię opłakującego! Jestem człowiekiem przestrzegającym konwenansów11. Pistolet dotknął skroni pułkownika przytrzymanego nierucho- mo na ziemi kolanem Włocha, który oddał strzał z tą samą zimną krwią, z jaką przed chwilą zabił wiernego huzara. Kula roztrzaskała czaszkę pułkownika Armanda de Kergaz, a strzępy jego mózgu zbroczyły ręce mordercy. Bastien leżał rozciągnięty obok w kałuży krwi, a świadkiem tej strasznej zbrodni był jedynie Bóg… II Upłynęły cztery lata od opisanych wcześniej wydarzeń. Nad- szedł maj 1816 roku, w którym to czasie znajdujemy kapitana Feli- pone jako pułkownika i szczęśliwego małżonka Heleny de Kergaz. Letnią porą pułkownik zamieszkiwał w zamku12, w pięknej oko- licy położonej w Bretanii, na krańcach Finistère13. Ta posiadłość 11 Konwenans – obowiązująca w jakimś środowisku norma zachowania się w określo- 12 Zamek – należy tu wyjaśnić, że we Francji posiadłości wiejskie niebędące budowlami obronnymi także nazywano zamkami (château), a podobne posiadłości w mieście – pałacami (palais). 13 Finistère – departament w północno-zachodniej Francji (Bretania) położony nad nej sytuacji. Atlantykiem. 17 Tajemniczy spadek ziemska nosiła nazwę Kerloven i należała do rodziny nieboszczyka Armanda de Kergaz, który zostawił ją w spadku swojej żonie. Zamek był zbudowany ponad brzegiem morza, na wierzchołku falezy14. Od strony lądu panował ponad piękną doliną bretońską, pokrytą różowymi wrzosami i otoczoną wielkimi lasami. Trudno byłoby odnaleźć bardziej malowniczy, bardziej dziki i zarazem piękniejszy krajobraz niż to stare feudalne zamczysko, wewnątrz odnowione w nowoczesnym stylu, z zachowaniem na ze- wnątrz całej poezji jego starożytnej powierzchowności, a to dzięki olbrzymiej fortunie pułkownika Felipone. Wielki park, zacieniony stuletnimi wiązami, otaczał zamek od wschodniej do zachodniej strony. Front zamku, chłostany falami morza, tego burzliwego szarego morza, jakie w przystępie gniewu nieustannie podgryza bretońskie wybrzeże, był miejscami u pod- staw mocno powyszczerbiany. Taras, którego pierwotna konstrukcja sięgała czasów wypraw krzyżowych15, ciągnął się z tej strony, od jednej wieży do drugiej. Pod nim, kilkaset stóp16 niżej, warczał stary ocean. Pułkownik przybył do Kerloven w końcu kwietnia w towarzystwie swej żony spodziewającej się bliskich narodzin potomka, pierwszego owocu nowego małżeństwa, i z pięcioletnim synem, który nosił imię Armand, podobnie jak jego ojciec, nieszczęsny pułkownik huzarów, zamordowany, jak wiemy, przez Włocha. Pułkownik Felipone za czasów Restauracji17 otrzymał tytuł hra- biowski, co sprawiło, że wdowa po panu de Kergaz, który był szlach- cicem starej daty, zachowała tytuł hrabiny. 14 Faleza (klif) – urwisko brzegu morskiego powstające na wysokich wybrzeżach wskutek niszczącej działalności falowania wód. 15 Wyprawy krzyżowe (krucjaty) – średniowieczne religijnie sankcjonowane wypra- wy zbrojne podejmowane przez państwa i rycerstwo katolickiej Europy. Wojny te były prowadzone przede wszystkim przeciw muzułmanom, ale także przeciw poga- nom, chrześcijańskim heretykom, a czasami przeciw katolikom. 16 Stopa – tu prawdopodobnie dawna francuska jednostka długości (pied) równa 32,48 cm. 17 Restauracja Burbonów – okres w historii Francji wyznaczony datami 1814-1830 (przerwany na 100 dni przez Napoleona w okresie od 20 marca do 22 czerwca 1815), od powrotu na tron dynastii Burbonów po upadku Napoleona I do rewolucji lipcowej; okres formalnej monarchii parlamentarnej. 18 ROCAMBOLE | Część pierwsza Pistolet dotknął skroni pułkownika przytrzymanego nieruchomo na ziemi kolanem Włocha. Hrabia, ponieważ tak od tej chwili będziemy nazywali Włocha, spędzał czas na polowaniach po okolicy, zawiązawszy przyjazne stosunki ze wszystkimi miejscowymi hreczkosiejami18. Hrabina żyła w najzupełniejszej samotności. Niewątpliwie ci, którzy widywali niegdyś na cesarskim dworze Napoleona wspaniałą i piękną Helenę de Kergaz, mieliby kłopot roz- poznać ją dziś w tej bladej i przywiędłej kobiecie o przygasłym spoj- rzeniu, smutnym, zrezygnowanym uśmiechu i powolnym chodzie. Cztery lata wcześniej pani de Kergaz, którą od kilku miesięcy ogar- niał śmiertelny niepokój o los swojego męża, ujrzała pewnego dnia wchodzącego do niej kapitana Felipone, całego ubranego na czarno. Jak wiemy, kapitan kochał Helenę, ale jego miłość sprawiła jedy- nie to, że wzbudziła w młodej dziewczynie głęboką odrazę do tego człowieka, bowiem instynktownie odgadywała nikczemny, obłud- ny i przewrotny charakter mężczyzny. Od chwili zamążpójścia bardzo często podczas rozmowy starała się otworzyć oczy pana de Kergaz co do jego przyjaźni z Włochem, jednak na nieszczęście pułkownik darzył go ślepym zaufaniem, czego nic nie było w stanie zmienić. Na widok kapitana hrabina wydała okrzyk boleści, odgadując nieszczęście. Felipone powoli zbliżył się do niej, a ująwszy obie jej ręce w swoje, rzekł głosem doskonale udającym wzruszenie: – Bóg srodze doświadcza nas, pani, bowiem tobie zabrał mał- żonka, a mnie najlepszego przyjaciela! Opłakujmy go razem…! Kilka dni później nieszczęsna wdowa zapoznała się z testamen- tem małżonka, w którym zmarły błagał ją, szaleniec!, by poślubiła tego, który miał się stać jego zabójcą, a tym sposobem, by on stał się ojcem dla jego dziecka. Wstręt Heleny do kapitana był jednak tak wielki, że oburzywszy się na tę propozycję, wręcz odmówiła mu swej ręki. Włoch był uległy i cierpliwy. Na wiadomość o życzeniu zmarłego przyjaciela okazał zdumienie, oznajmiając, iż nie czuje się godny, by zająć jego miejsce. Prosił jedynie usilnie o wyświadczenie mu 18 Hreczkosiej – daw.: gospodarz zasiedziały na roli. 19 Tajemniczy spadek skromnej łaski: chciałby być prostym protektorem, oddanym przy- jacielem biednej wdowy, opiekunem młodego sieroty. I przez trzy lata ten człowiek tak doskonale grał swą rolę, oka- zywał się tak kochający, tak dobry, tak pełny poświęcenia i tak bez- interesowny, że w końcu pozyskał życzliwość hrabiny, przekonanej, iż się pomyliła i zbyt surowo go osądziła. Później nastąpiła zmiana w rządach Francji. Pani de Kergaz pochodziła z mieszczańskiej rodziny, a do tego była wdową po oficerze z czasów cesarstwa. Już tym samym ścią- gnęła na siebie prześladowania. Bardziej niż kiedykolwiek rozu- miała to straszliwe osamotnienie wdowy, która była matką i miała zapewnić przyszłość dla swojego syna. Felipone wyrobił sobie stosunki u dworu, gdzie będąc dobrze widziany, mógł dużo uczynić dobrego dla przyszłości sieroty. Właśnie to ostatnie przemyślenie zwyciężyło na jego korzyść w umy- śle hrabiny. W końcu ustąpiła jego naleganiom i poślubiła Włocha. Ale stała się rzecz bardzo dziwna: jeśli wcześniej nie chciała wią- zać swego życia z tym człowiekiem, jej pierwotny wstręt, jaki w niej wzbudzał, zamiast wygasnąć, z całą siłą wybuchnął w jej sercu. Pułkownik, osiągnąwszy swój cel, osądził, że nie ma żadnej po- trzeby grać dalej roli uległego i cierpliwego męża. Jego wykrętna, chytra natura i dziki, mściwy charakter, do tej pory powstrzymy- wane, wybuchnęły z całą siłą. Postanowił zemścić się na swej żonie za pierwotnie doznaną wzgardę z jej strony. Wtedy to rozpoczęło się dla nieszczęśliwej kobiety życie pełne łez, w zupełnym osamotnieniu, w jakim ukrywają się niejednokrotnie tajemnice tyranii pożycia małżeńskiego. Felipone uśmiechał się mile do swojej żony pośród zebranych gości, a stawał się dla niej katem, gdy zostawali sami. Dla tej szlachetnej kobiety nędznik wymyślał niedające się nazwać tortury. Swoją wściekłą nienawiść rozciągał także na dziecko, które przypominało mu pierwszego małżonka hrabiny, a gdy nieszczę- śliwa kobieta miała zostać matką, Włoch śmiał zrobić taką oto ha- niebną kalkulację: – Jeśli mały Armand umrze, to moje dziecko odziedziczy olbrzy- mi majątek… Jakże łatwo sprawić, by czteroletnie dziecko umarło…! 20 ROCAMBOLE | Część pierwsza Rozważywszy dokładnie ten pomysł, hrabia Felipone przybył do Kerloven. Hrabina, tonąc we łzach, spędzała czas w zamku w zupełnej sa- motności, oddana wyłącznie staraniom na rzecz swego maleńkiego syna, podczas gdy jej małżonek prowadził wesołe życie. Pewnego wieczora – było to pod koniec maja – zostawiła małego Armanda bawiącego się na tarasie szlacheckiego dworu, a sama, przymuszona potrzebą modlitwy i skupienia się, jakiej doznają roz- bite dusze, odeszła do swego pokoju, by tam klęknąć przed wielkim krucyfiksem z kości słoniowej stojącym u wezgłowia jej łóżka. Modliła się długo; zapadł zmierzch, a za nim przyszła noc ciemna, burzliwa, jaką tak często widzi się nad mglistymi wybrzeżami starej Armoryki19. Wicher od strony morza dął gwałtownie, miotane nim fale groźnie huczały u podstawy skalistych falez. W tej chwili hrabina, przypomniawszy sobie o swoim synu, ogarnięta trwogą, chciała wy- biec z pokoju, by przywołać dziecko, gdy nagle w progu stanął jej mąż. Cały dzień spędził w okolicznych lasach. Miał na sobie myśliw- ski strój i wydawało się, jak gdyby tylko co powrócił z łowów. Na jego widok hrabina poczuła, jak wzrasta w niej ten nieokre- ślony niepokój, który ściskał jej serce. – Gdzie Armand? – zagadnęła żywo. – Właśnie o to samo chciałem zapytać – odrzekł spokojnie hra- bia – i jestem zdziwiony, że nie widzę go przy tobie. Hrabina zadrżała na dźwięk tego obłudnego głosu, a ciężki, nie- wysłowiony ból coraz silniej przytłaczał jej piersi. – Armandzie…! Armandzie! – wołała hrabina, otworzywszy okno wychodzące na taras. Dziecko nie odpowiadało. – Armandzie…! Mój mały Armandzie! – powtarzała matka z roz- paczą. Takie samo milczenie. Lampa postawiona na gerydonie20 bardzo słabo oświetlała ten ob- szerny pokój, w którym pozostawiono stare obicia i meble z czarnego 19 Armoryka – starożytna kraina obejmująca dzisiejszą Bretanię i część Normandii, za- mieszkana przez plemiona celtyckie, podbita przez Juliusza Cezara w 57 roku p.n.e. 20 Gerydon – dawny (XVIII-XIX wiek) mebel w kształcie trójnożnego ozdobnego stoli- ka lub podstawy pod świecznik, wazę itp. 21 Tajemniczy spadek dębu nadające mu starodawny wygląd. Tymczasem na śniadą twarz Felipone’a padł promyk światła i hrabinie wydawało się, że okryta była siną bladością. – Moje dziecię! – powtórzyła z przerażaniem. – Co zrobiłeś z moim dzieckiem? – Ja? – odparł hrabia z lekkim drżeniem w głosie, co nie uszło uwadze zaniepokojonej matki. – Ależ ja nie widziałem twego dziec- ka, gdyż dopiero przed chwilą zsiadłem z konia. Wymawiając ostatnie słowa, głos Włocha odzyskał swą zwykłą intonację i był zupełnie spokojny. Zrozpaczona matka, ogarnięta najbardziej ponurymi myślami, wybiegła jednak na zewnątrz i wołała: – Armandzie, Armandzie! Gdzie jesteś, Armandzie?! III Dwadzieścia minut wcześniej hrabia Felipone, wróciwszy z po- lowania, zsiadł z konia na dziedzińcu Kerloven. Służba była nieliczna i składała się mniej więcej z dziesięciu ludzi, wliczając w to dojeżdżacza21 i dwóch psiarczyków22. Ci trzej przebywali akurat na dziedzińcu, zajmowali się psiarnią oraz staj- nią, pozostali rozproszeni byli gdzieś w zamku. Hrabia, wchodząc na główne schody dworu, nikogo nie spotkał po drodze i doszedł do początku długiej galerii opasującej pierwsze piętro budynku, prowadzącej na prawo i lewo do różnych aparta- mentów i łączącej się z tarasem oszklonymi drzwiami. Taras był ulubionym miejscem przechadzek Włocha. Przycho- dził tu zwykle po śniadaniu lub po obiedzie wypalić cygaro i roz- targnionym oraz marzącym wzrokiem popatrzeć na morze. Oszklone drzwi były uchylone, więc Felipone machinalnie wy- szedł na patio. W tym momencie prawie zapadła noc. Na horyzoncie prześlizgi- wały się ostatnie promienie słońca, oddzielając najniższe chmury od ekstremalnie wzburzonych fal oceanu. Huk morza uderzającego 21 Dojeżdżacz – jeździec ścigający zwierzynę na polowaniu z chartami lub ogarami. 22 Psiarczyk – pomocnik dojeżdżacza i kotłowego pomagający w karmieniu psów. 22 ROCAMBOLE | Część pierwsza o podnóże wysokiego urwiska dochodził aż do tarasu jako głuchy szmer. Felipone zrobił kilka kroków i naraz się potknął. Jego stopa na- potkała jakiś przedmiot, który przy kontakcie wydał suchy dźwięk. Był to drewniany konik, którym bawiło się dziecko. Felipone zrobił jeszcze kilka kroków i przy ostatnich, zamierają- cych blaskach wieczora, dostrzegł w kącie dziecko oparte o poręcz tarasu, zupełnie nieruchome. Armand, zmęczony zabawą swoim drewnianym konikiem, przez chwilę siedział, chcąc odpocząć, a później ogarnął go sen, ten nieprze- zwyciężony sen, który nagle ogarnia dzieci. Malec głęboko zasnął. Hrabia na widok dziecka nagle się zatrzymał. Przez cały dzień polował samotnie, a samotność bywa złą do- radczynią ludzi snujących zbrodnicze myśli. Przez pięć czy sześć godzin Felipone pędził na koniu pod zie- lonym listowiem rozległych lasów Bretanii, gdzie panuje głęboka cisza i całkowita samotność. Odjechał daleko od polujących, przestał słyszeć szczekanie psów i powoli, pogrążając się w nieokreślonych rozmyślaniach, puścił cu- gle i pozwolił prowadzić się koniowi. Wówczas powróciła ta myśl, myśl paląca i uporczywa, która na- chodziła go od czasu, kiedy dowiedział się, że hrabina jest w ciąży. „Mały Armand, jak wiadomo, będzie miał kiedyś dwadzieścia je- den lat i wtedy cały majątek ojca przejdzie w jego ręce. Gdyby umarł, dziedziczyłaby jego matka, a moje dziecko odziedziczy fortunę po swojej matce” – myślał. Jeszcze raz Włoch pieścił to haniebne marzenie o śmierci dziec- ka. I oto po powrocie do domu pierwszą istotą, na jaką się natknął, było to dziecię, dziecię uśpione w osamotnionym miejscu, z dala od wszystkich, o nocnej porze, kiedy zbrodnicze myśli tak łatwo kiełkują w duszy podłego człowieka. Hrabia nie budził dziecka, lecz wsparł się łokciem na poręczy tarasu i wychylił głowę. Na dole, jakieś sto sążni23 poniżej, huczały fale wzburzonego mo- rza, okryte białą pianą. Te fale mogły posłużyć za trumnę. 23 Sążeń (fr. toise) – jednostka długości stosowana dawniej w różnych krajach; we Francji 1 sążeń = 6 stóp (paryskich) = 1,95 m. 23 Tajemniczy spadek Felipone odwrócił się i obrzucił taras szybkim spojrzeniem. Nie było na nim nikogo, a ciemność nocy zaczęła okrywać tę część zamku. Dobiegał tutaj natężony huk morza, który zdawał się mówić do niego: „Ocean nie zwraca tego, co mu się powierzy”. Piekielna myśl z szybkością błyskawicy przemknęła przez umysł mężczyzny. W jego serce wgryzła się straszna pokusa. – Tak mogłoby się zdarzyć – szepnął – że to ciekawskie dziecię, chcąc popatrzeć na morze, wdrapało się na poręcz mającą nie wię- cej niż trzy stopy wysokości, jak również i to byłoby możliwe, że nieprzezornie na niej usiadło, a usnąwszy tam, tak jak śpi teraz, straciło równowagę i spadło. Po trupiobladych wargach Włocha przemknął ponury uśmiech. – W takim razie – kończył – moje dziecko nie będzie miało już brata, a ja nie będę zobowiązany zdawać rachunku z opieki. Wypowiadając ostatnie słowa, wychylił się powtórnie, spoglą- dając na morze. Fale huczały głucho i wydawały się do niego mówić: „Daj nam to dziecię, które ci przeszkadza, my wiernie je przechowamy, a z zie- lonych wodorostów zrobimy mu piękny całun”. Felipone po raz drugi rozejrzał się wokół siebie tym badawczym, nieufnym wzrokiem zbrodniarza obawiającego się, czy ktoś go nie śledzi. Cisza, ciemność i samotność mówiły mu: „Nikt cię nie zoba- czy, nikt nie odważy się oskarżyć cię przed ludzką sprawiedliwo- ścią, że zamordowałeś to biedne dziecko!”. Wówczas hrabia, ogarnięty obłędem, nie wahał się już dłużej. Zrobił jeszcze jeden krok, wziął w ramiona uśpione dziecko i przerzucił maleńką istotę przez poręcz. Dwie sekundy później głuchy odgłos dobiegający z głębin oce- anu oznajmił mu, że fale przyjęły i pochłonęły swą zdobycz. Dziecko, przebudziwszy się w próżni, nawet nie krzyknęło. Przez kilka minut Felipone, pochwycony dziwaczną gorączką, stał nieruchomy w tym samym miejscu, w którym popełnił potworną zbrodnię. Następnie ogarnęła go trwoga i chciał uciekać, ale chwi- lę później wróciła mu zimna krew cechująca wielkich zbrodniarzy. Pojął, że uciekając, zdradziłby się. Wówczas jeszcze niepewnym, 24 ROCAMBOLE | Część pierwsza chwiejnym krokiem, lecz ze spokojną twarzą opuścił taras i skiero- wał się do mieszkania swej żony, pozwalając brzęczeć swoim ostro- gom i głośno uderzając obcasami butów o kamienną posadzkę galerii. IV Hrabina wybiegła pospiesznie z pokoju, różnymi okrzykami przywołując syna, a za nią szedł jej mąż, okazując również oznaki żywego zaniepokojenia, ponieważ dziecko, skoro już dość się naba- wiło, miało zwyczaj powracać do swej matki. Krzyki hrabiny spowodowały, że w całym zamku powstało za- mieszanie. Przybiegli służący. Żaden z nich jednak nie widział małe- go Armanda od chwili, gdy matka pozostawiła go na tarasie. Przeszukano cały zamek, ogród, park, lecz nigdzie nie znalezio- no dziecka. Dwie godziny upłynęły na tych daremnych poszukiwaniach. Hra- bina, mocno wzruszona, załamywała ręce z rozpaczy, a jej płonące ogniem spojrzenie wydawało się chcieć sięgnąć do głębi duszy Felipo- ne’a, na którego spoglądała już jak na mordercę swego syna, niejako odgadując, co z nim uczynił. Włoch jednak tak dobrze odgrywał najgłębszy smutek, w jego głosie i ruchach było tyle niemej rozpaczy i zaskoczenia, że matka jeszcze jeden raz uwierzyła, iż może niesłusznie posłuchała tej nie- przezwyciężonej odrazy, jaką odczuwała do swego męża, i oskarży- ła go o zniknięcie syna. Nagle przybiegł służący, trzymając w ręku kapelusik dziecka ozdobiony białym piórem, który spadł mu z główki na wybrzeże pod tarasem, kiedy spał. – Ach! Nieszczęście! – zawołał Felipone z akcentem rozpaczy w gło- sie, który zmylił biedną matkę. – Widocznie wdrapał się na poręcz… W chwili, gdy hrabina cofnęła się, przerażona tymi słowami i widokiem przedmiotu, który zdawał się potwierdzać tę straszliwą prawdę, na progu sali, w której znajdowali się małżonkowie, uka- zał się jakiś nieznany mężczyzna. Ujrzawszy tego człowieka, hrabia Felipone posiniał i zamarł, skamieniały. 25 Tajemniczy spadek V Mężczyzną, który tak nagle się pojawił, był trzydziestosześciolet- ni mężczyzna, ubrany w długi niebieski surdut ozdobiony czerwoną wstążeczką w butonierce, jaki nosili wówczas żołnierze z czasów Pierwszego Cesarstwa, a za czasów Restauracji usunięci w cień. Był to człowiek wysokiego wzrostu, z ponurym ogniem błysz- czącym w jego spojrzeniu, oświetlającym jego bladą, nacechowaną zgrozą i przerażeniem twarz. Zrobił trzy kroki w stronę Felipone’a, który cofał się przerażony, i wyciągnąwszy w jego kierunku rękę, zawołał: – Morderca! Morderca…! – Bastien! – szeptał Felipone, doznając zawrotów głowy. – Tak! – powtórzył huzar, bo to właśnie był on. – Tak, Bastien, o którym sądziłeś, że go zamordowałeś, a który jednak żyje…! Bastien, którego Kozacy znaleźli leżącego w kałuży swej krwi godzinę po twojej podwójnej zbrodni i ucieczce i któremu uratowali życie… Bastien, przez cztery lata więzień Rosjan, wreszcie wolny, przybywa żądać od ciebie rachunku za przelaną krew pułkownika, jaką pokryte się twoje dłonie…! Kiedy Felipone, porażony, cofał się ciągle przed tym strasznym zjawiskiem, Bastien, zwracając się do hrabiny, powiedział: – Ten człowiek, proszę pani, ten nędznik zabił ci dziecię, tak jak zabił jego ojca. Hrabina zrozumiała. Wtedy to matka, wcześniej zrozpaczona i prawie oszalała, zmie- niła się nagle w tygrysicę względem mordercy swojego dziecka. Rzu- ciła się w jego stronę, by rozedrzeć go swymi paznokciami, krzycząc: – Morderco…! Zbrodniarzu…! Czeka cię szafot! Ja sama oddam cię w ręce kata! A gdy ów nędznik ciągle się cofał, nieszczęsna kobieta, poczuw- szy w swoim brzuchu nagły ruch, głośno krzyknęła i zatrzymała się, zbladła, zachwiała się, całkowicie załamana… Człowiek, którego chciała oskarżyć przed sądem, którego pra- gnęła zawlec na stopnie szafotu, ów nędznik, ten nikczemnik był ojcem jej drugiego dziecka, jakie dawało oznaki życia w jej łonie. 26 ROCAMBOLE | Część pierwsza VI Pod koniec października 1840 roku, to znaczy dwadzieścia czte- ry lata po wyżej opisanych wypadkach, wieczorem ulicami Rzymu szedł mężczyzna, w którym po ubiorze i zachowaniu można było rozpoznać Francuza. Minąwszy Tyber24, lekkim i szybkim zwinnym krokiem dążył ku Trastevere25. Ten człowiek był młody i mógł mieć jakieś dwadzieścia siedem lat. Oblicze jego cechowała męska uroda i odwaga. Czarne oczy błyszczały zarówno dumą, jak i tkliwością. Miał wysokie czoło, na którym zarysowywała się przedwczesna i głęboka fałda, wcale niebędąca zmarszczką, ale zdradzająca jakieś przedwczesne troski i tajemnicze smutki myśliciela i artysty, tę godną uwielbienia miesza- ninę; krótko mówiąc tkwiącą w nim młodzieńczą energię i melan- cholię, co przyciągało ciekawość, uwagę i tajony podziw trastewera- nek, tych kobiet rzymskiego ludu, znanych z piękności i cnoty. Tymczasem zapadał zmierzch, ale nie była to jeszcze noc. Ostat- nie blaski słońca, gasnąc w falach Tybru, ślizgały się po wierzchoł- kach budowli Wiecznego Miasta, oblewając purpurowymi i złoci- stymi refleksami pałace i witraże kościołów. Ciepłe i łagodne powietrze wyciągnęło trasteweranów przed drzwi ich mieszkań. Kobiety przędły na wrzecionach, na ulicach bawiły się dzieci, mężczyźni w powagą palili tytoń, słuchając piosenki docho- dzącej z Błot Pontyjskich26, mimowolnie przekazywanej z ust do ust, z przyjaznym wietrzykiem docierając do artysty, który w tym 24 Tyber (Tevere, rzym. Tiberis) – rzeka w środkowej części Włoch, najdłuższa na Płw. Apenińskim (405 km); uchodzi do Morza Tyrreńskiego. 25 Trastevere – włoska nazwa Zatybrza, dzielnicy Rzymu położonej na prawym brzegu Tybru, na równinie zalewowej u stóp Janikulum, połączonej z miastem stałymi mo- stami; miejsce licznych ogrodów. 26 Błota Pontyjskie (właśc. Pola Pontyjskie, wł. Agro Pontino, łac. Paludes Pontinae) – region w środkowych Włoszech, równina rozciągająca się pomiędzy Morzem Tyrreńskim na południowym zachodzie i przedgórzem Apeninów (Monti Lepini i Monti Ausoni) na wschodzie; od północy ogranicza ją środkowy bieg rzeki Astury i Góry Albańskie; Błota Pontyjskie obejmowały teren ok. 775 km²; w starożytności przez Pola Pontyjskie przechodziła Via Appia; tereny te były do XX wieku pokryte malarycznymi bagnami i już w II wieku p.n.e. podejmowano próby ich osuszenia, lecz udało się to dopiero rządowi włoskiemu w latach 20. XX wieku. 27 Tajemniczy spadek momencie podnosił z ziemi kilka baiocchi27 na wąskiej i krętej uliczce, na którą wcześniej wkroczył bohater. Na tej uliczce wznosił się mały domek o ujmującym wyglądzie, dachu w kształcie tarasu, po ścianach którego wspinał się bluszcz irlandzki28, a jego zielone gałązki u dołu przeplatały się z winoroślą, gdzie złociły się dojrzewające już winogrona. W tym domku, szczelnie zamkniętym od strony ulicy, panowała głęboka cisza. Najmniejszy szmer dosłyszeć się nie dawał poza opusz- czonymi na stałe żaluzjami, tak na parterze, jak i na pierwszym pię- trze. Można było sądzić, że był niezamieszkały. Młody Francuz zatrzymał się przed drzwiami, wyciągnął z kiesze- ni klucz, przy pomocy którego otworzył je i wszedł do domku. Mały przedsionek, wykładany białym i różowym marmurem, wiódł na krę- te schody, po których przybysz wspiął się zwinnie. – Gdzie jest Fornarina? – zapytywał siebie, kierując się na pierwsze piętro domu. – Pomimo moich nakazów, ciągle opuszcza swoją panią. Mam w niej smoka strzegącego skarbu… bezcennego skarbu! Zapukał dyskretnie do małych drzwiczek wychodzących na po- dest schodów. – Proszę wejść! – rozległ się z wnętrza łagodny głos kobiecy. Przybysz pchnął drzwi i znalazł się w ładnym buduarze29 wyło- żonym perską materią o perłowym tle, umeblowanym sprzęcikami z różanego drzewa, zapełnionym skrzyneczkami z kwiatami wy- dzielającymi przenikliwe wonie. 27 Baiocco – średniowieczna moneta wprowadzona za czasów Merowingów, pierwot- nie srebrna, w 1725 roku papież Benedykt XIII zmienił ją na miedzianą; późniejsze znaczenie tego słowa to „mała moneta”. 28 Bluszcz irlandzki (bluszcz atlantycki, Hedera hibernica) – tetropoidalna forma blusz- czu zwykłego; zimozielona roślina pnąca, osiągająca 20-30 m wysokości, na odpo- wiednich powierzchniach (drzewa, klify, ściany ), rosnąca także pokrywowo, gdy nie ma pionowych powierzchni; wspina się za pomocą korzeni powietrznych, które przywierają do podłoża; pochodzi z regionu atlantyckiego, jest hodowana i występu- je w stanie dzikim poza swoim pierwotnym obszarem, wzdłuż wybrzeża Atlantyku z Portugalii, Hiszpanii, Francji, Irlandii, Wysp Brytyjskich, Niemiec, krajów skandy- nawskich i Morza Bałtyckiego. 29 Buduar (fr. boudoir) – wytwornie umeblowany i wykwintnie ozdobiony niewielki pokój zajmowany przez panią domu, umieszczony był zazwyczaj między salonem a sypialnią; pełnił rolę gotowalni i miejsca wypoczynku pani domu; pierwsze budu- ary powstały we francuskich pałacach w XVIII wieku. 28 ROCAMBOLE | Część pierwsza W głębi tego buduaru na tureckiej otomanie na wpół rozcią- gnięta leżała czarująca istota, przed którą młodzieniec stanął jak porażony, mimo że widział ją już nie po raz pierwszy. Była to kobieta mogąca mieć około dwudziestu dwóch lat, drobna i delikatna, o jasnej, nieco bladej cerze, z blond włosami mającymi lekko popielaty odcień i o błękitnych oczach. Można by powiedzieć, że to kwiat rozwinięty gdzieś przy słońcu północy, przeniesiony chwilowo pod gorące włoskie niebo. Piękność tej młodej kobiety była wprost zdumiewająca i ci z mieszkańców Zatybrza, którzy dostrzegli ją poza uniesionymi ża- luzjami w zmierzchu wieczora lub przy porannych brzaskach dnia, stawali oniemieli z zachwytu. Na widok wchodzącego Francuza młoda kobieta zerwała się z okrzykiem radości. – Ach! – zawołała. – Jakże czekałam na ciebie, Armandzie! Wy- daje mi się, że spóźniłeś się dziś bardziej niż zwykle. – Wyszedłem z mojej pracowni o tej samej godzinie – odpowie- dział – i byłbym wcześniej przyszedł do ciebie, kochana Marthe, gdybym nie musiał przyjąć kardynała Stenio Landy’ego, który chciał nabyć posąg. Kardynał pozostał u mnie przez kilka godzin, ale jest to prawdziwy znawca sztuki rzeźbiarskiej. – Lecz – dodał – wydajesz mi się, Marthe, bardziej blada i smutna, jak gdyby za- trwożona… Lekko zadrżała i zapytała: – Tak sądzisz? – Tak – odrzekł, siadając obok niej i ujmując obie jej dłonie, ści- skał je z uczuciem miłości i szacunku. – Ogarnia cię jakiś nieznany mi strach, moja biedna Marthe. Bałaś się… Coś ci się przydarzyło… Powiedz mi, proszę, odpowiedz na pytanie! – No cóż, masz rację, Armandzie! – odrzekła z wysiłkiem. – Boję się… i dlatego z niecierpliwością na ciebie czekałam. – Czego się obawiasz? – Posłuchaj! Musimy opuścić Rzym… to konieczne! – zawołała żywo. – Na próżno starałeś się mnie ukryć na tym odludnym przed- mieściu wielkiego miasta, gdzie żaden z cudzoziemców nie ośmieli się ukazać… Na próżno sądziłeś, że tu uniknę prześladowań mego 29 Tajemniczy spadek złego ducha, który ściga mnie tak tu, jak we Florencji, jak i gdzie in- dziej. Trzeba wyjechać! Kiedy tak mówiła, śmiertelna bladość pokryła twarz młodej kobiety. – Gdzie jest Fornarina? – zapytał żywo rzeźbiarz. – Właśnie posłałam ją, by cię odszukała. Ona poszła główną uli- cą, ty zaułkiem i dlatego się minęliście. – Umieściłem ją przy tobie z zaleceniem, aby na chwilę cię nie od- stępowała, kochany aniele – odrzekł artysta. – Kto wie, czy ta kobieta… – Och, Armandzie, nie oceniaj jej tak źle! Fornarina raczej by umarła, niż miałaby mnie zdradzić! Armand zerwał się na nogi i zaczął spacerować w tę i z powro- tem nierównym i gwałtownym krokiem, w którym objawiało się jego wzburzenie. – Ależ powiedz wreszcie, co ci się przydarzyło…? – wykrzyknął. – Co zobaczyłaś, moja kochana, że chcesz zaraz wyjechać? – Widziałam go! – Kogo? – Jego…! Marthe podeszła do okna i przez uniesione żaluzje wskazała rękę pewne miejsce na ulicy. – Tam! – rzekła. – Wczoraj wieczorem, o dziesiątej, zaraz po twoim odejściu… Stał, skulony przy narożniku tej bramy, a jego ogniste spojrzenie zwrócone było na moje mieszkanie. Można by powiedzieć, że on mnie widzi, choć tu było zupełnie ciemno, pod- czas gdy on sam był widoczny przy świetle księżyca. Cofnęłam się, przerażona… i sądzę, że wydałam okrzyk, po czym zdusiłam go w sobie… Ech! Tak wiele wycierpiałam… Armand podszedł do Marthe, usadził ją na otomanie, ujął obie jej ręce w swoje dłonie i klęknął przed nią. – Marthe, zechcesz mnie wysłuchać? – powiedział. – Zechcesz mi zaufać jak ojcu, jak staremu i wypróbowanemu przyjacielowi, jak samemu Bogu? – Och, tak! – odparła. – Mów, opiekuj się mną, broń mnie… bo ja nikogo prócz ciebie nie mam już na tym świecie… – Spotkałem cię – mówił dalej artysta – przed sześcioma mie- siącami klęczącą i płaczącą o północy na zewnętrznych schodach 30 ROCAMBOLE | Część pierwsza kościoła, tak zrozpaczoną i tak piękną w tym momencie, iż wy- dawało mi się, że ujrzałem niebiańskiego anioła bolejącego nad utratą ziemskiej duszy, powierzonej jego opiece, którą porwało mu piekło. Płakałaś wtedy, Marthe, płakałaś rzewnie i prosiłaś Boga o zesłanie ci śmierci, która pozwoliłaby ci wrócić do niego. Zbliżyłem się, a ująwszy twą rękę, wyszeptałem ci do ucha kilka słów nadziei. Nie wiem, czy mój głos wydawał ci się przekonujący i czy trafił do twej duszy, ale nagle podniosłaś się i wsparłaś się na moim ramieniu jak na ramieniu opiekuna. Chciałaś umrzeć, a ja cię uratowałem, mówiłaś o utracie nadziei, a ja dałem ci taką nadzieję. Twoje serce było obtłuczone, a ja spróbowałem je uzdro- wić. Od tamtego dnia, kochana, jestem najszczęśliwszym z ludzi, a może ty mniej cierpiałaś, prawda? – Tak, Armandzie, jesteś szlachetny oraz dobry – szepnęła młoda kobieta – i ja cię kocham! – Niestety! – odrzekł Francuz. – Jestem biednym artystą bez nazwiska i może bez ojczyzny, ponieważ kiedy miałem pięć lat, znaleziono mnie na pełnym morzu, uczepionego kawałka deski z rozbitego statku. Mimo tak młodego wieku, dzielnie walczyłem ze śmiercią. Nie posiadam innego bogactwa jak tylko moje dłuto i innej przyszłości niż zdobycie odrobiny sławy, jednak od kiedy cię zobaczyłem, to pragnę, byś została moją żoną, może już w naj- bliższym czasie, i dobrze będę wiedział, jak cię bronić i sprawić, by wszyscy na ziemi cię respektowali. Aby cię skutecznie bronić – ciągnął młodzieniec po dłuższej chwili milczenia, kiedy to Marthe spuściła wzrok – czyż nie muszę jednak poznać twej tajemnicy? Czy teraz powiesz mi jeszcze, jak w Wiedniu i we Florencji: „Jedźmy! Jedźmy… ale już mnie nie wypytuj…”? Kim jest zatem ten straszli- wy i przeklęty człowiek, który nieustannie cię ściga? Czy uważasz, że nie jestem dość silny, dość odważny, by cię bronić? Marthe była blada, drżała na całym ciele, wzrok wbiła w podłogę. – Niechże się dowiem – kontynuował Armand smutnym, a za- razem łagodnym i pełnym pieszczoty głosem – niech poznam, uko- chana, twoją przeszłość, której wspomnienie tak cię zadręcza. Czy sądzisz, że potem moja miłość do ciebie mogłaby ustać…? Młoda kobieta dumnie podniosła głowę. 31 Tajemniczy spadek – Och! – rzekła. – Dopóki miłość nie będzie uważana za zbrod- nię, dopóty za moją przeszłość nie będę zmuszona się rumienić. Pokochałam gorąco, świątobliwie, z całą łatwowiernością moich osiemnastu lat, człowieka o czartowskim uśmiechu, o haniebnym sercu, o nikczemnej i podłej duszy, którego uważałam za uczciwego i dobrego. Ten człowiek mnie uwiódł, wyrwał z ojcowskiego domu, a potem stał się dla mnie katem. Bóg mi jednak świadkiem, że w dniu, w którym się na nim poznałam, uciekłam od niego. Armand ponownie ukląkł przed dziewczyną. – Opowiedz mi wszystko… – szepnął. – Opowiedz mi, a ja cię obronię i zabiję tego nędznika! – Dobrze, zatem posłuchaj – odparła i ze spojrzeniem pełnym zaufania, napełnionym miłością i dumną odwagą, jakim ogarnęła francuskiego artystę, zaczęła mówić: – Urodziłam się w Blois30, w tym dobrym i starym mieście z porosłymi mchem wieżami zamku i pagórkami porośniętymi winoroślą. Ojciec mój był poważanym kupcem, matka pochodziła z drobnej prowincjonalnej szlachty. Straciłam matkę w dziesiątym roku życia i aż do siedemnaste- go roku życia byłam zamknięta w klasztorze w Tours31. Właśnie po opuszczeniu klasztoru spotkałam mego uwodziciela. Ojciec porzu- cił handel i posiadał małą, ale uczciwie zdobytą fortunę, więc kupił małą posiadłość ziemską położoną sześć lig od Blois, w górze Loary, w stronę Orleanu, gdzie przywiózł mnie po moim przybyciu z Tours. O godzinę drogi od Marnière, gdyż tak nazywała się nasza po- siadłość, znajdował się zamek Haut-Coin32. Ów piękny majątek był własnością generała dywizji, hrabiego Felipone, włoskiego oficera, naturalizowanego we Francji. 30 Blois – miejscowość i gmina we Francji, w Regionie Centralnym, w departamencie Loir-et-Cher nad rzeką Loarą; Blois było przez wiele wieków siedzibą królewską, a tym samym zamek w Blois, górujący nad miastem, był świadkiem wielu histo- rycznych wydarzeń, także narodzin wielu potomków królewskich i śmierci człon- ków rodzin królewskich. 31 Tours – miasto i gmina w środkowej Francji, nad rzeką Loarą, w Regionie Central- nym, prefektura departamentu Indre i Loara, w krainie historyczno-geograficznej Turenia; ośrodek kultu św. Marcina. 32 Haut-Coin (fr.) – Wyniesiony Zakątek. 32 ROCAMBOLE | Część pierwsza Hrabia spędzał lato w Haut-Coin wraz ze swoją żoną i synem, wi- cehrabią Andreą. Hrabia był człowiekiem nieprzystępnym, gwałtow- nym, opryskliwym, który musiał dręczyć swą żonę i być jej katem, ponieważ biedna hrabina była blada, chorowita i pochylona jak osiem- dziesięcioletnia staruszka, chociaż miała zaledwie pięćdziesiąt lat. Po naszym przybyciu do Marnière pewne kłopoty z leśnymi granicami zmusiły mojego ojca do nawiązania znajomości z hrabią. Zostałam przedstawiona na zamku. Młodego hrabiego Andrei nie było w posiadłości. Miał powrócić z Paryża dopiero pod koniec miesiąca. Hrabina mnie polubiła, a wkrótce mnie pokochała, gdyż stałam się dla niej towarzyszką w jej osamotnieniu. Tę nieszczęśliwą ko- bietę dręczyła jakaś ponura tajemnica, której sekret bez wątpienia był znany tylko jej i hrabiemu. Obaj małżonkowie nigdy nie pozo- stawali ze sobą sam na sam, nawet na krótką chwilę. Wobec obcych osób wymieniali kilka czułych słówek, ale gdy zostawali sami, ni- gdy ze sobą nie rozmawiali. Pod koniec miesiąca, kiedy przybył wicehrabia, byłam już stałą bywalczynią na zamku Haut-Coin. Był to piękny mężczyzna, o go- rącym i zarazem kpiącym spojrzeniu rasy południowców, tempe- rowanym przez zachowawczy sposób bycia ludzi z północy. Na jego wargach błąkał się bezustannie jakiś drwiący uśmiech i już w cią- gu pierwszych dni dostrzegłam, że swej matce okazywał jedynie chłodne przywiązanie. Począwszy od dnia jego powrotu, hrabina, już tak blada i cier- piąca, stawała się coraz słabsza i pewnego dnia, z niezwykłą ser- decznością ściskając moją rękę, powiedziała do mnie: – Sądzę, że już odchodzę… Rzeczywiście, kilka dni później wśród nocy do Marnière przybył posłaniec z Haut-Coin i chciał się ze mną zobaczyć. „Hrabina jest umierająca i pragnie panią widzieć” – powiedział. Wyruszyliśmy w drogę razem ze służącym i w towarzystwie mego ojca. Do zamku dotarliśmy przy pierwszych brzaskach dnia. Było to jesienią. Szare pochmurne niebo i zimne powietrze sprawiały, że można było po- wiedzieć, iż był to dzień konania. 33 Tajemniczy spadek Zastaliśmy panią Felipone leżącą w łóżku z oczami błyszczącymi od gorączki i pobladłymi wargami. U wezgłowia ksiądz odmawiał modlitwy za konających, a słudzy, klęcząc, płakali. Daremnie jednak szukaliśmy wzrokiem hrabiego i jego syna. „Od dwóch dni przebywają na polowaniu – szepnęła umie- rająca. – Już ich nie zobaczę…”. Faktycznie, hrabia i jego syn już od dwóch dni przebywali u swych krewnych w pobliżu Orleanu, o dziesięć lig od Blois. Smutno było patrzeć, że ta kobieta, mająca syna i małżonka, będzie musiała zgasnąć pośród obcych i że ręka dziecka nie zamknie jej powiek… Skonała o dziesiątej rano, a jej ostanie słowa brzmiały: „Andreo, niewdzięczny synu!”. Usłyszałam też, jak jeden ze starych służą- cych cichutko szepcze: „To pan wicehrabia zabił swoją matkę”. No więc, czy uwierzysz, mój przyjacielu, że wtedy już kochałam tego człowieka, a on sam ośmielił się wyznać namiętność, którą w nim wywołałam…? Jak on to zrobił, jakim piekielnie uwodziciel- skim czarem mnie otoczył podczas tych trzech miesięcy, jakie upły- nęły po śmierci jego matki? Nie jestem w stanie tego powiedzieć… ale zjawił się pewnego razu, kiedy wierzyłam mu tak, jak aniołowie wierzą Bogu, i w ciągu jednej godziny uzyskał nade mną dziwaczną i czarującą moc, kiedy do mnie mówił: „Marthe, przysięgam ci, że zostaniesz moją żoną, ale ponieważ mój ojciec nigdy nie zgodzi się na nasz związek, gdyż ja jestem bogaty, a ty biedna, to czy zechcesz ze mną uciec? Wyjedziemy do Italii, tam się pobierzemy, a czas – miejmy taką nadzieję – ułagodzi mego ojca. – A mój ojciec? – spytałam przerażona. – Przyjedzie do nas – odrzekł. – Ale dlaczego już nie teraz wszystko mu wyznać?”. To pytanie wprawiło go w kłopot, ale po chwili odrzekł: „Twój ojciec jest skrupulatny jak jakiś średniowieczny ryce
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Rocambole. Tajemniczy spadek. Część 1
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: