Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00486 012707 21033465 na godz. na dobę w sumie
Szklanka na pająki - ebook/pdf R
Szklanka na pająki - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 78
Wydawca: Nowy Świat Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7386-378-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Szklanka na pająki to powieść o Gdańsku, w której nie ma ani jednego Niemca. Główna bohaterka, malarka Aleksandra, opisuje świat takim, jak go widzi – przez poezję i barwę. Żyje w momentach historycznych, mieszka w latach 80. w bloku razem z Lechem Wałęsą, chodzi z jego dziećmi do podstawówki; choruje, maluje, dojrzewa w czasach przemian politycznych. Ale trochę to nieważne – najważniejsza jest podróż wewnętrzna Aleksandry – od samotnej dziewczynki do dorosłej kobiety z ustaloną tożsamością. W rozwoju bohaterce towarzyszą postaci metafizyczne – niezdarny Julek oraz tajemniczy S. – którzy mącą, przygadują, namawiają do złego i dobrego, a Julek nawet wymiotuje kolorami. Wszystko, co się tu zdarza, ma sens, ale można go odkryć dopiero z pewnej perspektywy, którą tworzą ukraińskie korzenie rodziny Aleksandry. BARBARA PIÓRKOWSKA (1974 r.) – poetka, dziennikarka, krytyczka literacka, autorka opowiadań, performerka w show teatralno-poetyckich. Polonistka z doświadczeniem dziennikarskim („Gazeta Wyborcza Gdańsk”, polska edycja „The Sun' w Londynie, kwartalnik literacki „Migotania, przejaśnienia...”). Pracuje z młodzieżą, m. in. w pracowni dziennikarstwa prasowego i literatury w Pałacu Młodzieży w Gdańsku. Prowadzi zajęcia twórczego pisania dla dorosłych, m. in. na kolejnych edycjach Festiwalu Rozwoju Osobistego dla Kobiet Progressteron. Laureatka Nagrody Prezydenta Miasta Gdańska dla Młodych Twórców za rok 2004, stypendystka Marszałka Województwa Pomorskiego (2004 r., 2005 r.). Szklanka na pająki jest jej powieściowym debiutem.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Recenzje na blogach:

naostrzuksiazki.pl Szklanka na pająki – Barbara Piórkowska

Darmowy fragment publikacji:

Barbara Piórkowska SZKLANKA NA PAJ(cid:260)KI WYDAWNICTWO NOWY (cid:285)WIAT WARSZAWA 2010 Dzi(cid:266)kuj(cid:266) Jakubowi Dudzie za mecenat psychiczny, który sprawował nade mn(cid:261) przez trudny czas – od momentu powstania tej ksi(cid:261)(cid:298)ki – do jej wydania. Dzi(cid:266)kuj(cid:266) Przodkom, poniewa(cid:298) mog(cid:266) opowiadać tylko dzi(cid:266)ki temu, (cid:298)e przekazali mi (cid:298)ycie. DZIE(cid:275) DOBRY Najpierw byłam m(cid:266)(cid:298)czyzn(cid:261). Nazywałam si(cid:266) Wołodymir Switłyczko i miałam ogromne stopy. I takie same r(cid:266)ce, którymi łatwiej ni(cid:298) innym ci(cid:266)ło si(cid:266) zimne bale drewna. Umarłam w roku tysi(cid:261)c dziewi(cid:266)ćset pi(cid:266)ćdziesi(cid:261)tym drugim, ale niewiele z tego pami(cid:266)tam, choć znam takich, co potrafi(cid:261) opowiedzieć wiele o ka(cid:298)dej swojej (cid:286)mierci. Potem wybrałam sobie miasto, którego zupełnie nie znałam. Z wiekiem rosła we mnie pewno(cid:286)ć, (cid:298)e nigdy wcze(cid:286)niej w nim nie byłam. A(cid:298) wreszcie nabrałam co do tego takiego przekonania, (cid:298)e zacz(cid:266)łam malować domy, parki i miejskie ptaki. (cid:297)eby pó(cid:296)niej, kiedy znowu umr(cid:266) i znowu si(cid:266) urodz(cid:266), móc sobie łatwiej przypomnieć wszystko to, co wa(cid:298)ne. W naszej rodzinie wszyscy si(cid:266) odradzali i nie ma w tym nic niezwykłego. Co trzecie pokolenie przychodzili(cid:286)my na (cid:286)wiat dokładnie w tym samym zestawie, tylko pozamieniani miejscami: dziadek stawał si(cid:266) prawnukiem, a prawnuk – kolejnym pradziadkiem. Czasem do układu doł(cid:261)czał kto(cid:286) z zewn(cid:261)trz, przyjaciel albo wróg. Dzi(cid:266)ki nim rodzina mogła p(cid:261)czkować tak(cid:298)e w ró(cid:298)nych mniej typowych kombinacjach. To samo dotyczyło te(cid:298) miejsca pobytu. Kiedy dom w górach si(cid:266) opatrzył, zamieniali(cid:286)my go na nadmorski kurort. I tak, w wielu przestrzeniach i odmiennych czasach, toczyli(cid:286)my te same rozgrywki i zawierali(cid:286)my podobne maria(cid:298)e. My(cid:286)l(cid:266), (cid:298)e je(cid:286)li si(cid:266) o tym wie, kalendarz traci swoje twarde znaczenie. Na ziemi przewa(cid:298)nie nikt nic nie pami(cid:266)tał. Zdarzały si(cid:266) jednak wyj(cid:261)tki. Moja babka na przykład doskonale wyczuła, w czym rzecz, w trzecim roku (cid:298)ycia i osi(cid:261)gn(cid:266)ła mistrzostwo w zapami(cid:266)tywaniu. W tamtych czasach nie dawało si(cid:266) o tym mówić gło(cid:286)no, całe (cid:298)ycie wi(cid:266)c milczała i cicho przekwitła. Zreszt(cid:261) cz(cid:266)sto zdarzało si(cid:266) tak, (cid:298)e starsi nie umieli przekazać swojej wiedzy. I młodzi, w mozole i trudzie, zdobywali do(cid:286)wiadczenie z delikatnym tylko przeczuciem, (cid:298)e za ich niepokojem kryje si(cid:266) co(cid:286) jeszcze. Tak było i ze mn(cid:261). Moja (cid:286)wiadoma babka zmarła zbyt wcze(cid:286)nie, by mi cokolwiek opowiedzieć, a list, który napisała, zanim wypadła z okna, zagin(cid:261)ł gdzie(cid:286) podczas przeprowadzek. Teraz ju(cid:298) wiem, (cid:298)e człowiek rodzi si(cid:266) kobiet(cid:261), je(cid:286)li w poprzednim (cid:298)yciu nie zachowywał si(cid:266) godnie jako m(cid:266)(cid:298)czyzna. Nabrzmiewanie piersi i comiesi(cid:266)czny szturm krwi zdarzaj(cid:261) si(cid:266) tym, którzy wzgardzili kiedy(cid:286) kobietami. Jako Wołodymir Switłyczko zlekcewa(cid:298)yłam intuicj(cid:266), wpływ ksi(cid:266)(cid:298)yca i głosy z wn(cid:266)trza ziemi. Nie przyszły te(cid:298) jeszcze czasy, w których m(cid:266)skie i (cid:298)e(cid:276)skie dopełnia si(cid:266) i przenika zamiast (cid:286)cierać. I dlatego wróciłam, (cid:298)eby naprawić nieprzebrane szkody. Jestem tym, kim chciałam być. Jestem jedynym dzieckiem mej obecnej matki. Na dzie(cid:276) przed porodem poczuła ch(cid:266)ć na kiełbas(cid:266). Ojciec załatwił mi(cid:266)so. Przyniesione do szpitala przy ulicy Klinicznej p(cid:266)ta rozrzewniły rodzicielk(cid:266) i zanim spo(cid:298)yła je chciwie, wylała na łó(cid:298)ko – i ojca – kilka litrów łez. Od tamtej pory nie lubi(cid:266) ani kiełbasy, ani słonej wody. Przyjaciół z Południa dziwi zwłaszcza to drugie, bo przecie(cid:298) nadal mieszkam nad samym morzem. Matka zlekcewa(cid:298)yła wszystkie znaki, jakie w dniu moich urodzin dostała od nieba. Nie zauwa(cid:298)yła sroki w szpitalnym oknie i herbaty rozlanej w kształt serca. Ani tego, (cid:298)e jej ulubiona ksi(cid:261)(cid:298)ka spadła sama z nocnego stolika i otworzyła si(cid:266) na rozdziale pierwszym. Pa(cid:296)dziernikowe niebo roku tysi(cid:261)c dziewi(cid:266)ćset siedemdziesi(cid:261)tego czwartego roz(cid:286)wietliło si(cid:266) sło(cid:276)cem – to jednak tak(cid:298)e uszło powszechnej uwadze. Piel(cid:266)gniarki i lekarze skupieni nad ciałem rodz(cid:261)cej ratowali moje, (cid:286)wie(cid:298)e jeszcze, (cid:298)ycie. Wydostałam si(cid:266) z brzucha cała sina. P(cid:266)powina oplotła mnie tak szczelnie, (cid:298)e potem przez trzydzie(cid:286)ci lat znajdowałam jej kawałki w ró(cid:298)nych własnych my(cid:286)lach. Pi(cid:266)kna siostra z pieprzykiem na lewym policzku zaniosła mnie do inkubatora, gdzie pierwsze dni sp(cid:266)dziłam w oderwaniu od tego (cid:286)wiata. Nie dane mi było poznać ani miłosnego głosu, ani dotyku. W szklanej kuli prze(cid:298)yłam sze(cid:286)ć dni w całkowitej izolacji od wszystkiego, co zazwyczaj dziecko poznaje zaraz po urodzeniu. Nie miałam nawet imienia. Obok siedział tylko miniaturowy anioł stró(cid:298). Tak mały, jak muszka owocówka, tylko zupełnie przezroczysty. Pó(cid:296)niej babka powiedziała mi, (cid:298)e nie ma co si(cid:266) dziwić, anioły te(cid:298) si(cid:266) rodz(cid:261) małe, a potem rosn(cid:261) wraz z nami. Tak naprawd(cid:266) miałam dwie p(cid:266)powiny. Pierwsza to ta darowana od matki. Przez całe dzieci(cid:276)stwo i wiek nastoletni ci(cid:266)(cid:298)ko mi było oddychać. Powietrze wchłaniałam trudniej ni(cid:298) inne dzieci, alergia i astma dusiły mnie wspomnieniem z porodu. Druga – tak cienka i delikatna, (cid:298)e zupełnie niewidoczna, ł(cid:261)czyła mnie z lodowcem na Północy. Ale poniewa(cid:298) jej nie widziałam, nie pytałam si(cid:266) nigdy o to, jaki wpływ na (cid:298)ycie mo(cid:298)e mieć (cid:286)nieg, zima i minusowe temperatury w mojej dzielnicy. Anioł nazywał si(cid:266) Julek. Wszystko, co udało mi si(cid:266) poznać przez ten niepełny pierwszy tydzie(cid:276), to wła(cid:286)nie d(cid:296)wi(cid:266)k jego imienia. W inkubatorze było ciepło, ale bardzo niewygodnie. Siódmego dnia zacz(cid:266)łam krzyczeć i wtedy matka zrozumiała, (cid:298)e b(cid:266)d(cid:266) dzieckiem towarzyskim i wbrew zaleceniom lekarzy wzi(cid:266)ła mnie na r(cid:266)ce. Całe powietrze Gda(cid:276)ska przyszło w tamtej chwili do mnie i w dwadzie(cid:286)cia minut nabrałam kolorów zdrowej, du(cid:298)ej dziewczynki. Dziewi(cid:266)tnastego pa(cid:296)dziernika wieczorem, z rodzicami i Julkiem, opu(cid:286)cili(cid:286)my szpital. Taksówka wiozła nas dług(cid:261) jak g(cid:261)sienica ulic(cid:261), a(cid:298) do nowych bloków z płyty. Na czwartym pi(cid:266)trze mieszkali babka i dziadek. Rok wcze(cid:286)niej z rado(cid:286)ci(cid:261) porzucili pokoje w kamienicy, w których codziennie trzeba było palić w piecu. Gdy otworzyli drzwi, u(cid:286)miechn(cid:266)łam si(cid:266) do nich. Chwil(cid:266) pó(cid:296)niej przekroczyła próg mama, a za ni(cid:261) obładowany pieluchami ojciec. Odwróciłam głow(cid:266) i u(cid:286)miechn(cid:266)łam si(cid:266) tak(cid:298)e do rodziców. Do dzi(cid:286) si(cid:266) u(cid:286)miecham, gdy zobacz(cid:266) u kogo(cid:286) dywan w kolorze pomara(cid:276)czy, taki jak w tamtym przedpokoju. Moi rodzice nie zrozumieli jednak, (cid:298)e to do(cid:286)ć wa(cid:298)ny moment w naszym (cid:298)yciu. Wa(cid:298)ny, bo przecie(cid:298) w tamtej sekundzie jasne si(cid:266) stało, (cid:298)e znam t(cid:266) rodzin(cid:266) i (cid:298)e po latach przerwy wróciłam do niezałatwionych spraw. Moja babka pewnie ju(cid:298) k(cid:261)tem oka podejrzała, (cid:298)e historia potoczy si(cid:266) zgodnie ze swymi odwiecznymi regułami. Ale w tamtej chwili nie mogła opanować emocji. Tak zachwyciła si(cid:266) u(cid:286)miechem wnuczki, (cid:298)e wchodz(cid:261)c do kuchni, stłukła ulubiony kubek. Herbata z granulek wylała si(cid:266) na podłog(cid:266). Babka upadła, rozci(cid:266)ła sobie głow(cid:266) i nabiła guza. Dziadek wezwał pogotowie. I oto w zamieszaniu znów nie po(cid:286)wi(cid:266)cono mi dostatecznej uwagi, co pó(cid:296)niej stało si(cid:266) reguł(cid:261) i przyczyn(cid:261) wszystkich kłopotów w moim wychowywaniu. Julek te(cid:298) ju(cid:298) to wiedział. Kubek, który sko(cid:276)czył (cid:298)ywot tamtego ciekawego dnia, babka dostała od matki. Był br(cid:261)zowy, bo babka lubiła kolory ziemi. Przywieziony z egzotycznej podró(cid:298)y do Krynicy Zdroju stał si(cid:266) jednym z niewielu oczywistych wyrazów miło(cid:286)ci młodszej kobiety do starszej. Albowiem moja matka wyra(cid:298)ała uczucia na m(cid:266)ski sposób, tylko poprzez symbol. Ceramiczne naczynie wr(cid:266)czone po powrocie z wczasów miało oznaczać oddanie, pami(cid:266)ć i nierozerwaln(cid:261) wi(cid:266)(cid:296) mi(cid:266)dzy członkami rodziny. A tak(cid:298)e miło(cid:286)ć. Babka (cid:298)ałowała, (cid:298)e nie miała czasu nauczyć córki mówienia. Słowa przecie(cid:298) mog(cid:261) wyra(cid:298)ać to samo. Ale milczała z własnych powodów; gdy dorastała podczas wojny i w trudnych latach po jej zako(cid:276)czeniu, widziała, (cid:298)e to co kto(cid:286) powiedział, cz(cid:266)sto nie zgadza si(cid:266) z tym, co naprawd(cid:266) czuje. Przyj(cid:266)ła nieufno(cid:286)ć ogólnie do wszystkiego. Bez słów wpoiła j(cid:261) dziecku. A dziecko chciało j(cid:261) wpoić nast(cid:266)pnemu dziecku. I gdybym nie przerwała tego ła(cid:276)cuszka swoim urodzeniem, nie wiem, dok(cid:261)d moja rodzina by doszła. Rozbicie kubka oznaczało, (cid:298)e trzeba wszystko zmienić, bo posklejana ceramika nie ma sensu. Ju(cid:298) dzie(cid:276) po tym, jak przybyłam do domu dziadków, zacz(cid:266)ła si(cid:266) pierwsza kłótnia. – Chc(cid:266), by dziewczynka nazywała si(cid:266) Ola – powiedział ojciec. – Tak do niej mówili(cid:286)my w szpitalu. „Aleksandra” oznacza obro(cid:276)czyni(cid:266) i pomocniczk(cid:266) m(cid:266)(cid:298)ów, ale ojciec o tym nie wiedział, bo tam, gdzie pracował, czyli w Marynarce Wojennej, podobnych rzeczy nie uczyli. – Wykluczone – odparła babka. – Powinna mieć na imi(cid:266) Anna! Anna oznacza „łaska”. – To łaska boska, (cid:298)e dziecko przetrwało i czuje si(cid:266) dobrze – tłumaczyła. Ojcu si(cid:266) to nie zgadzało. – Nie mieszajmy Boga do takich spraw – oznajmił. – Mnie si(cid:266) podoba Ola i mojej (cid:298)onie te(cid:298). Niech si(cid:266) mama nie wtr(cid:261)ca. (cid:297)ona nie lubiła jednak imienia Ola, wolałaby nazwać córk(cid:266) tak, jak nazywały swoje dzieci kole(cid:298)anki. Wioletta, Patrycja albo Paulina brzmiało wtedy lepiej, bardziej (cid:286)wiatowo. Ale moja matka w tamtym dokładnie momencie poczuła si(cid:266) zupełnie bezwolna. Przestało jej zale(cid:298)eć na czymkolwiek. Ogarn(cid:261)ł j(cid:261) smutek i ogromna, niemieszcz(cid:261)ca si(cid:266) w (cid:298)adnej przestrzeni – t(cid:266)sknota. – Nazwijcie j(cid:261), jak chcecie – powiedziała zebranym. I zamkn(cid:266)ła si(cid:266) w pokoju, by przez kilkadziesi(cid:261)t nast(cid:266)pnych dni ogl(cid:261)dać sopocki hipodrom, którego widok wypełniał i koił jej dusz(cid:266). Tak wi(cid:266)c ostateczna walka o moj(cid:261) to(cid:298)samo(cid:286)ć rozegrała si(cid:266) mi(cid:266)dzy babk(cid:261) i ojcem. Rano to on poszedł do urz(cid:266)du i kazał wpisać do dokumentów słowo „Aleksandra”. I była to jego pierwsza i jedyna decyzja dotycz(cid:261)ca mego (cid:298)ycia. Pó(cid:296)niej babka wzi(cid:266)ła na m(cid:266)(cid:298)czyznach odwet i nie pozwoliła mieszać si(cid:266) w sprawy, których nie rozumiej(cid:261). Na znak zemsty zrobiła gorzkie kotlety mielone, po których ojciec cał(cid:261) noc wymiotował. Nie wzi(cid:266)ła pod uwag(cid:266) tego, (cid:298)e choć jest bardzo (cid:286)wiatła, sama jeszcze nie rozumie wszystkiego. Osob(cid:261), której ewidentnie nie umiała poj(cid:261)ć, był na pewno dziadek. Kiedy matka zamkni(cid:266)ta w pokoju patrzyła na ostatnie spó(cid:296)nione zawody konne, ojciec zagniewany rejestrował mnie w spisie narodzonych Polaków, a babka w kuchni knuła, jak skomplikować (cid:298)yciorys zi(cid:266)cia – dziadek przypomniał sobie o mnie. Po cichu załatwił mleko dla niemowl(cid:261)t i nakarmił. Wtedy wszystko mi si(cid:266) pomieszało. Na jaki(cid:286) czas uznałam, (cid:298)e to on jest moj(cid:261) matk(cid:261). W tej samej chwili dziadek pomy(cid:286)lał, (cid:298)e w tak skomplikowanej sytuacji rodzinnej on b (cid:266) d z i e moj(cid:261) matk(cid:261). Dlatego pó(cid:296)niej na ró(cid:298)ne sposoby stale mnie dokarmiał i gromadził dla wnuczki zapasy po(cid:298)ywienia. Nazywam si(cid:266) wi(cid:266)c Ola, do dzi(cid:286) na brzuchu mam pi(cid:266)kn(cid:261) tłust(cid:261) fałd(cid:266), pami(cid:261)tk(cid:266) po jego miło(cid:286)ci. ZIMA Cienka p(cid:266)powina, poł(cid:261)czenie ciała z lodowcem, nie mo(cid:298)e być w moim przypadku zerwana. Tak jak ja wchłaniam powietrze, by utrzymać mój organizm przy (cid:298)yciu, tak na Północy lodowiec oddycha dla Ziemi. Te dwie rzeczy uzupełniaj(cid:261) si(cid:266) wzajemnie. On jest dla (cid:286)wiata, ja jestem lodowcem dla siebie. Wieczny (cid:286)nieg ma tylko jedno płuco: doskonale białe. Do tego organu id(cid:261) miliony nici, równie niewidocznych dla ludzkiego oka, co spokojny oddech lodu. Pod skorup(cid:261) zamarzni(cid:266)tej wody mie(cid:286)ci si(cid:266) przezroczyste serce. Wielki lodowiec bije, wpuszcza i wypuszcza wiatr nieustannie. Lekkimi drganiami nasyca krwioobieg Ziemi wolnym, ale nieustannym t(cid:266)tnem. Gdyby mi Julek tego nie powiedział, nie zniosłabym swojej pierwszej zimy. Co prawda dziadek dzie(cid:276) w dzie(cid:276) przynosił mi pokarm i miałam nawet własne imi(cid:266), ale przy minusowych temperaturach na zewn(cid:261)trz (cid:296)le znosiłam chłodn(cid:261) atmosfer(cid:266) w mieszkaniu. Padaj(cid:261)cy przez trzy dni bez przerwy (cid:286)nieg zasłonił matce widok na hipodrom. I chc(cid:261)c nie chc(cid:261)c – musiała zwrócić uwag(cid:266) do swojego (cid:286)rodka. A w domu trwała wojna babki z ojcem. Tata schudł od zjadliwych potraw te(cid:286)ciowej i zacz(cid:261)ł stołować si(cid:266) w mie(cid:286)cie. Wracał z Gdyni pó(cid:296)nym wieczorem, wyczerpany podró(cid:298)(cid:261) w zimnej Szybkiej Kolei Miejskiej, która tego roku miała wyj(cid:261)tkowo du(cid:298)o przestojów. Matka pozostawała oboj(cid:266)tna na jego nieobecno(cid:286)ć. Siedziała tylko w kuchni przy stole i obserwowała, co babka dodaje do jedzenia. A babka do wszystkiego sypała pieprz i ostr(cid:261) papryk(cid:266). Wyjmowała te(cid:298) z półki w kredensie przypraw(cid:266) uniwersaln(cid:261), umieszczon(cid:261) w słoiczku z napisem Głód Ukrai(cid:276)ski. Ciemnoczerwona, prawie br(cid:261)zowa barwa specjału gryzła si(cid:266) z pastelami kuchni. Przypominała przeszło(cid:286)ć. Nigdy nie sprawdziłam, co tak naprawd(cid:266) mie(cid:286)ci si(cid:266) w słoiku, choć w dzieci(cid:276)stwie wiele razy buszowałam w tym celu po szafkach. Przyprawa nie dawała si(cid:266) odkr(cid:266)cić r(cid:266)kami dziewczynki. A kiedy babka zmarła, nie odnalazłam ju(cid:298) Głodu na (cid:298)adnej z kuchennych półek. Zbli(cid:298)ało si(cid:266) Bo(cid:298)e Narodzenie. Na kamiennym osiedlu (cid:297)abianka, gdzie mi(cid:266)dzy blokami ganiał wiatr od morza, znów nie posypano chodników piaskiem. Dziadek szedł do sklepu i po(cid:286)lizgn(cid:261)ł si(cid:266) przed nasz(cid:261) klatk(cid:261). Obił sobie biodro i rozpłakał si(cid:266). Łzy nie popłyn(cid:266)ły z bólu. Płakał, poniewa(cid:298) u(cid:286)wiadomił sobie, (cid:298)e je(cid:286)li on mnie nie nakarmi, to w rodzinie nie b(cid:266)dzie miał kto tego zrobić. Na trzecim pi(cid:266)trze mieszkali s(cid:261)siedzi z młod(cid:261) suk(cid:261) rasy seter. Cierpi(cid:261)cy dziadek zapukał do nich i poprosił, by zaj(cid:266)li si(cid:266) wnuczk(cid:261). Pod pretekstem po(cid:298)yczenia cukru s(cid:261)siadka cicho wykradła mnie z mieszkania obok. A na dworze zaczynała si(cid:266) wła(cid:286)nie kolejna zadymka. Miałam ju(cid:298) szczerze do(cid:286)ć ignorowania. Mimo bardzo młodego wieku widziałam ka(cid:298)dy ruch mebli po domowej podłodze i sama si(cid:266) czułam mniej wi(cid:266)cej tak, jak gazetnik przestawiany z miejsca na miejsce. Na (cid:297)abiance był taki sprz(cid:266)t domowy – ojciec wkładał tam „Trybun(cid:266) Ludu” i „Dziennik Bałtycki”, matka z babk(cid:261) za(cid:286) „Przekrój” i magazyny dla pa(cid:276). W gazetniku stale toczyła si(cid:266) walka mi(cid:266)dzy tym, co m(cid:266)skie, a tym, co (cid:298)e(cid:276)skie. Raz wysypywały si(cid:266) z niego relacje ze zjazdu partii oraz informacje o wizytach notabli, kiedy indziej – sposoby na usuni(cid:266)cie plam z odzie(cid:298)y i przedruki z pokazów mody za granic(cid:261). Poniewa(cid:298) nikt nie kontrolował wysypu słów, zwłaszcza w „Kobiecie i (cid:298)yciu” nie znali umiaru i drukowali wszystko – cały dywan w du(cid:298)ym pokoju pokrywały cz(cid:266)sto bez ładu pomieszane litery. Matka stawała nad nimi sztywno i próbowała cokolwiek odczytać: – Boz wgryty my – mówiła do babki. – Angle krypy tamtruf! Babka patrzyła wtedy na matk(cid:266) współczuj(cid:261)co, zbierała cały papier z podłogi i wyrzucała przez balkon. Litery wyfruwały daleko w mro(cid:296)ne powietrze, zataczały ogromne kr(cid:266)gi nad zbudowanym pod blokiem przedszkolem, po czym gin(cid:266)ły z oczu. Babka zamykała drzwi, bo w pokoju błyskawicznie si(cid:266) wychładzało, prowadziła córk(cid:266) do kuchni i robiła jej herbat(cid:266) z melisy. I zaraz wracała pod okno, by przestawić gazetnik za firan(cid:266) i w ten sposób choć na chwil(cid:266) uczynić go niewidzialnym. Tak wi(cid:266)c dziadek znów uratował mi (cid:298)ycie. S(cid:261)siadka nazywała si(cid:266) Helena, miała brzuchatego m(cid:266)(cid:298)a Henryka i dwójk(cid:266) dzieci. Pasj(cid:261) Heleny było robienie przetworów. Latem godzinami przesiadywała na swojej działce pełnej ogórków i pomidorów, czere(cid:286)ni, gruszek i jabłek. Kiedy owoce lub warzywa dojrzewały, zabierała je do domu, by umyć, czasem obrać ze skórek i zamarynować, zapeklować, zalać wódk(cid:261). Przy stole nakrytym cerat(cid:261) w kwiaty pomagała jej cała rodzina. W mieszkaniu s(cid:261)siadów stale siedzieli bowiem jacy(cid:286) kuzyni, wujkowie czy stryjeczne siostry, stale kto(cid:286) odwiedzał Helen(cid:266), bo przecie(cid:298) (cid:298)yła nad morzem, które w tamtych czasach było narodowym bogactwem. A je(cid:286)li przyje(cid:298)d(cid:298)ali – to z dowodami wdzi(cid:266)czno(cid:286)ci, na które składały si(cid:266) kolejne słoiki i butelki z zawarto(cid:286)ci(cid:261). W pokojach wi(cid:266)c, zamiast ksi(cid:261)(cid:298)ek albo kryształów, stały tłuste rz(cid:266)dy szkła z dobrami słowia(cid:276)skiej ziemi – z d(cid:298)emami truskawkowymi z Tarnobrzega, kompotem rabarbarowym z Koła czy marynowan(cid:261) dyni(cid:261) z podkrakowskiej wsi, której nazwy dzi(cid:286) ju(cid:298), niestety, nie pami(cid:266)tam. Uło(cid:298)ono mnie w tej obfito(cid:286)ci na pstrokatym kocu z resztek włóczki, zrobionym własnor(cid:266)cznie przez gospodyni(cid:266). Helena posiadała wszystkie domowe talenty, szyła wi(cid:266)c tak(cid:298)e, haftowała i robiła na drutach. Uło(cid:298)ono mnie i w jednej chwili nad zmarzni(cid:266)tym niemowlakiem stan(cid:266)ło kilka twarzy rozpromienionych mym widokiem. Patrzyłam uwa(cid:298)nie na s(cid:261)siadów, nie wiedziałam przecie(cid:298), kim s(cid:261) ci kolejni u(cid:286)miechni(cid:266)ci ludzie, podobała mi si(cid:266) wokół tylko wielo(cid:286)ć kolorów, gdy(cid:298) wła(cid:286)nie zaczynałam rozró(cid:298)niać poszczególne barwy (cid:286)wiata. – To dziecko jest du(cid:298)e, ale bardzo blade! – oznajmiła chrypi(cid:261)cym głosem Helena. – I jakie(cid:286) troch(cid:266) ospałe – dodała jej wy(cid:298)sza o trzy tony siostra. – Dzieci si(cid:266) raczej ch(cid:266)tnie ruszaj(cid:261), a ta dziewczynka tylko oczami wodzi. Panie Adamie – zwróciły si(cid:266) do dziadka, który siedział w k(cid:261)cie z ziołowym okładem na obitym biodrze i popalał papierosa, choć babka kategorycznie mu tego zakazała. – Panie Adamie, ma pan racj(cid:266), tu trzeba koniecznie interweniować. Dziadek zostawił wi(cid:266)c dziecko w tym nawet zim(cid:261) pachn(cid:261)cym przyrod(cid:261) domu, gdzie wdychaj(cid:261)c zapachy przetworów od(cid:298)yłam, nabrałam smaku i gracji ruchów. S(cid:261)siadka nastawiła mnie jak wi(cid:286)niówk(cid:266). Tak przygotowana mogłam spokojnie wrócić do własnej rodziny na (cid:286)wi(cid:266)ta, a siniaki dziadka si(cid:266) zagoiły i znów był w stanie wykarmić wnuczk(cid:266). Ludzie prze(cid:298)ywaj(cid:261) wiele istotnych rzeczy. Prze(cid:298)yć głód, to zostawić w pami(cid:266)ci rozsypane górskie kamienie. Na ka(cid:298)dej (cid:286)cie(cid:298)ce, przy ka(cid:298)dym ruchu b(cid:266)dziesz si(cid:266) potykać o tajemnic(cid:266) szar(cid:261) jak one. Głód jest jednak w (cid:286)rodku pusty. Zamienić poszarpane granitowe płyty w bochenki chleba, w utoczone z pieszczot(cid:261) spo(cid:298)ywcze elipsy na ziarnie mi(cid:266)kkim i błogosławionym – to zadanie dla magów. Nie zawsze od razu stajesz si(cid:266) Bogiem. Niektórzy wcze(cid:286)niej umieraj(cid:261). W sobotni wigilijny ranek babka pakowała prezenty. Na dworze padał (cid:286)nieg. Najpierw leniwie, powoli, pokazuj(cid:261)c kształty ka(cid:298)dego ze swych płatków, pó(cid:296)niej rozp(cid:266)dził si(cid:266) jak atakuj(cid:261)ca konnica. Babka lubiła porównania do armii. Dziadek te(cid:298) był kiedy(cid:286) oficerem. W chwili, w której (cid:286)nieg wsypał si(cid:266) do kuchni przez lufcik, spojrzała na ilo(cid:286)ć stoj(cid:261)cych przed ni(cid:261) paczek i poczuła dziwn(cid:261) dysharmoni(cid:266). Przeliczyła dokładnie pakunki, odwróciła si(cid:266) do siedz(cid:261)cej, jak co dzie(cid:276), przy kuchennym stole matki, upu(cid:286)ciła no(cid:298)yce do ci(cid:266)cia papieru, które zamiast zadzwonić, mi(cid:266)kko spadły na wykładzin(cid:266) PCV i sprawdziła, czy jestem: – Ola!? Matka westchn(cid:266)ła i odpowiedziała: – Gub stiram pumpur. Babka nie dała za wygran(cid:261). – No mów, gdzie? – wrzasn(cid:266)ła na córk(cid:266) wystarczaj(cid:261)co gło(cid:286)no, by zatrzasn(cid:261)ć o(cid:286)nie(cid:298)one ju(cid:298) okno, na co zrezygnowana matka odpowiedziała po ludzku, (cid:298)e w małym pokoju. Babka pobiegła tam czym pr(cid:266)dzej i znalazła mnie tu(cid:298) obok swego m(cid:266)(cid:298)a, który spokojnie układał pasjansa. Le(cid:298)eli(cid:286)my oboje na tapczanie, po(cid:286)ród pustych opakowa(cid:276) po mleku Bebiko i zu(cid:298)ytych pieluch z tetry, uło(cid:298)onych przy regale w egipsk(cid:261) piramid(cid:266). Babk(cid:266) ogarn(cid:261)ł wstyd i gniew, ale nie dała nic po sobie poznać. Zebrała (cid:286)mieci i wysłała z nimi ojca do (cid:286)mietnika przy bloku. Błyskawicznie przewietrzyła i wypucowała pokój, urz(cid:261)dziła k(cid:261)piel i mnie, i dziadkowi, upiekła dodatkowe ciasto, posmarowała r(cid:266)ce kremem, a kiedy nastał wieczór, poło(cid:298)yła nowe dziecko pod choink(cid:261) jak najwa(cid:298)niejszy rodzinny prezent. WZROST (cid:285)wi(cid:266)ta min(cid:266)ły spokojnie, na jaki(cid:286) czas wszyscy zachowali równowag(cid:266). Matka dała babce w prezencie pomara(cid:276)cz(cid:266). Pomara(cid:276)cza symbolizuje ciepło, doskonał(cid:261) form(cid:266) i mnogo(cid:286)ć pozytywnej energii. W pomara(cid:276)czowej kuli istnieje (cid:298)ycie, które po przekrojeniu wypływa sokiem i parzy w r(cid:266)ce, je(cid:286)li kroj(cid:261)cy wcze(cid:286)niej si(cid:266) zaci(cid:261)ł no(cid:298)em. Ojciec dał matce mydełka z Pewexu. Dziadek dał mi zabawk(cid:266), pluszowego pieska. Julek poprosił, (cid:298)eby j(cid:261) nazwać, wi(cid:266)c dałam jej imi(cid:266) Monia, które jest zdrobnieniem od Monika. Monika oznacza „samotna, jedyna”. Ja dałam wszystkim wrzask o pi(cid:261)tej nad ranem, wydało mi si(cid:266) bowiem, (cid:298)e Julek znikn(cid:261)ł. A on tylko na chwil(cid:266) wrócił do nieba, zło(cid:298)yć (cid:298)yczenia Jezusowi. Poniewa(cid:298) dalej karmił mnie dziadek, w Sylwestra tata mógł zabrać mam(cid:266) do kantyny wojskowej. Matka spodobała mi si(cid:266) bardzo tego wieczoru przed wyj(cid:286)ciem, mimo kilogramów, które wci(cid:261)(cid:298) opływały jej sylwetk(cid:266) po ci(cid:261)(cid:298)y. Natapirowała włosy i zrobiła makija(cid:298). Zało(cid:298)yła przetykan(cid:261) srebrem spódnic(cid:266) i zielony top. Spódnica si(cid:266)gała do samej ziemi. Przed (cid:286)wi(cid:266)tami z szafy w przedpokoju babka wyj(cid:266)ła maszyn(cid:266) do szycia i z kupionego okazyjnie dwa lata wcze(cid:286)niej materiału wykroiła cz(cid:266)(cid:286)ci na obecne ciało matki. I poł(cid:261)czyła je dokładnie jednym ze swoich tajemnych szwów. – Azonkli germundro – podzi(cid:266)kowała matka, gdy znalazła spódnic(cid:266) pod choink(cid:261). Ostatniego dnia roku narzuciła podane przez ojca palto i zeszli razem cztery pi(cid:266)tra w dół, gdy(cid:298) pod domem czekał ju(cid:298) samochód z wojskowym kierowc(cid:261). Babka szyła rzadko, na wyj(cid:261)tkowe okazje. Nie tworzyła nowych ubra(cid:276) w tempie przemysłowym, jak czyniła to Helena z mieszkania ni(cid:298)ej. U nas nie istniały przypływy i odpływy licznej rodziny. W rzeczach babki wygl(cid:261)dało si(cid:266) jednak wyj(cid:261)tkowo. I pi(cid:266)knie tak(cid:298)e si(cid:266) czuło. I zyskiwało (cid:286)wiadomo(cid:286)ć, i(cid:298) tak si(cid:266) wygl(cid:261)da. Tego Sylwestra matka miała wi(cid:266)c niezwykłe powodzenie w ta(cid:276)cu. Mimo nadwagi i niezrozumiałych dla nikogo wypowiedzi, koledzy ojca oszaleli dla niej, co w ko(cid:276)cu wywołało krótk(cid:261) sprzeczk(cid:266) mi(cid:266)dzy rodzicami. Krótk(cid:261), bo matka nie przestawała mówić we własnym j(cid:266)zyku, a ojciec, nie pojmuj(cid:261)c jej ani w z(cid:261)b, oddał si(cid:266) przyspieszonej konsumpcji alkoholu. Sko(cid:276)czyło si(cid:266) to dla niego chwil(cid:261) orze(cid:296)wienia na (cid:286)niegu, po diecie babki miał bowiem wci(cid:261)(cid:298) bardzo czuły (cid:298)oł(cid:261)dek. Tymczasem w domu dziadek otworzył szampana. A kiedy błyszcz(cid:261)cy telewizor oznajmił dwunast(cid:261), b(cid:261)belki trafiły do dwóch kieliszków. Babka ruszyła do kuchni, (cid:298)eby przynie(cid:286)ć sałatk(cid:266) warzywn(cid:261). Jedzenie sałatki miało zapobiegać uderzeniom mocnych trunków do głowy. Wtedy dziadek odmierzył ły(cid:298)k(cid:266) musuj(cid:261)cej cieczy i dolał mi do butelki z mlekiem. Babka te(cid:298) miała swój plan: ulała na podłog(cid:266) nieco ze swego kieliszka. Po pierwsze dla katolickiego Boga. Po drugie dla innych domowych cichych bogów. Po trzecie dla przewodnicz(cid:261)cego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Zawsze my(cid:286)lała dyplomatycznie, co pozwoliło jej przetrwać ju(cid:298) tyle trudnych sytuacji, (cid:298)e stosowała si(cid:266) do swoich zasad z pełnym zaufaniem. Szybko wróciła z misk(cid:261) i talerzami. Ja za(cid:286) wtedy, ju(cid:298) pod wpływem sylwestrowego napoju, (cid:286)miałam si(cid:266) serdecznie, coraz mocniej i coraz gło(cid:286)niej. I trwało to tak a(cid:298) do samego rana. Zima, jak wszystkie zimy w Gda(cid:276)sku, mijała powoli. Matka wróciła do swojego punktu obserwacji przy oknie. Zasypany (cid:286)niegiem hipodrom napełniał j(cid:261) spokojem, choć tylko pozornie nic si(cid:266) tam nie działo. Na drzewach wokół płotu figlowały wróble i gile, odstraszane czasem przez g(cid:266)ste wizytacje gawronów. Siwki i kasztany wyprowadzane na powietrze przez osowiałych pracowników znaczyły (cid:286)lady przechadzki paruj(cid:261)cymi kupami. Niekiedy powiał wiatr i układał na (cid:286)pi(cid:261)cym polu kopczyki w kształcie liter alfabetu. Matk(cid:266) bawiło odczytywanie (cid:286)nie(cid:298)nych słów, bo układały si(cid:266) w hasła zupełnie pozbawione sensu, na przykład: „Nie dla zielonych (cid:296)rebaków morskich!” albo „(cid:297)uj wi(cid:266)cej kokosów – b(cid:266)dziesz matk(cid:261) nerwali!”. Babka cieszyła si(cid:266) jednak z nowego hobby córki, gdy(cid:298) oddanie si(cid:266) tej pasji oznaczało, (cid:298)e ju(cid:298) niedługo znów b(cid:266)dzie budować normalne zdania. Obowi(cid:261)zki rodzicielskie dalej spełniał dziadek. Układał mnie w (cid:298)ółtym, jak(cid:298)e niepasuj(cid:261)cym kolorystycznie do zimowej stylistyki, wózku. Wychodzili(cid:286)my na długie spacery. Babka pakowała mu kanapki i termos z kaw(cid:261), w drugim termosie zostawiała ciepłe mleko dla wnuczki. Dokładała do tego smoczek, który wystarczyło zamontować na górze pojemnika, by zrobiła si(cid:266) z niego butelka dla dziecka. Okutan(cid:261) w ciepłe ciuszki i dwie dodatkowe kołderki znosił mnie dziadek razem z wózkiem na parter. A kiedy znajdowali(cid:286)my si(cid:266) ju(cid:298) na poziomie ziemi, natychmiast zaczynał i(cid:286)ć. Z bloków na (cid:297)abiance wsz(cid:266)dzie było blisko. Chodzili(cid:286)my nad morze, przez martwe o tej porze roku działki. Je(cid:296)dzili(cid:286)my do Parku Oliwskiego, do katedry, gdzie w prawej nawie bocznej dziadek wyjmował termos i zr(cid:266)cznym ruchem zamieniał go w butelk(cid:266) z mlekiem. Do Sopotu na molo, bo tam najwi(cid:266)cej wiało i najbardziej si(cid:266) chichrałam. Patrzyłam, jak Julek broni si(cid:266) przed wci(cid:261)gni(cid:266)ciem w wir powietrzny, który chce go wessać chyba do samego nieba. Na spacerach dziadek mógł spokojnie palić. Wyjmował z wózka podkładk(cid:266) pod pup(cid:266) i zakamuflowan(cid:261) przed babci(cid:261) paczk(cid:266) sportów. Siadał na murku przy bulwarze w Jelitkowie i jedn(cid:261) dłoni(cid:261) kołysz(cid:261)c wnuczk(cid:266), a drug(cid:261) mistrzowsko trzymaj(cid:261)c cigareta, zaci(cid:261)gał si(cid:266) do samych płuc. Usypiałam spokojnie zanurzona w zapach nikotyny. St(cid:261)d si(cid:266) zreszt(cid:261) wzi(cid:266)ło pó(cid:296)niejsze moje zamiłowanie do ciasnych pomieszcze(cid:276) i knajpianych wn(cid:266)trz oznaczonych dymem. Po ka(cid:298)dej takiej przechadzce rosłam. Pół centymetra, centymetr. A (cid:298)e wychodzili(cid:286)my cz(cid:266)sto, szybko przybywało mi ciała. Zima przeszła we wczesn(cid:261) wiosn(cid:266), (cid:286)wie(cid:298)a ziele(cid:276) wiosny zamieniła si(cid:266) w ciemne li(cid:286)cie lata, potem drzewa stały si(cid:266) czerwonosuche, a pó(cid:296)niej znów zupełnie puste. Ptaki przylatywały i odlatywały. Matka uwa(cid:298)nie (cid:286)ledziła ich migracje nad hipodromem i nauczyła si(cid:266) odczytywać hasła równie(cid:298) z tych powietrznych ewolucji. Wkrótce umiałam ju(cid:298) je(cid:286)ć co(cid:286) wi(cid:266)cej ni(cid:298) tylko bebiko, zacz(cid:266)łam tak(cid:298)e stawiać kroki na deptaku w (cid:286)rodku dzielnicy. Wózek trzeba było wi(cid:266)c zmienić. W tym czasie zacz(cid:266)łam dostrzegać te(cid:298), jak bardzo (cid:286)wiat si(cid:266) zmienia wraz z porami dnia i wła(cid:286)cicielami kolorów. Wtaczałam si(cid:266) niezdarnie na coraz to nowe barwy, a dziadek z Julkiem podpowiadali mi, jak je okre(cid:286)lić. – To jest goł(cid:261)b – mówił dziadek. – Ciemnoszary, jasnoszary, brudnozielonoszary – podpowiadał cicho Julek. – To jest niebo, to morze, to kwiatek – nazywał człowiek. – Jasnoniebieski, naftowy, chaber – ko(cid:276)czył anioł. Zwłaszcza kolory morza trudno mi było opanować. Na ka(cid:298)dej wycieczce na pla(cid:298)(cid:266) woda miała inny odcie(cid:276). Zapisywałam jednak wszystkie ujrzane widoki w dzieci(cid:266)cej główce, wierz(cid:261)c, (cid:298)e kiedy(cid:286) uda mi si(cid:266) ka(cid:298)dy z nich ogarn(cid:261)ć i odtworzyć. Kolekcjonowałam barwy muszli, patyków i zagubionych mewich piór, przygl(cid:261)dałam si(cid:266) oddzielnie ka(cid:298)dej cegle pobliskiej katedry, łapałam wzory mozaik na rabatach kwiatowych przed domem. Nawet zima była biała na ró(cid:298)ne sposoby. Wydawało mi si(cid:266) to bardzo niezwykłe, w liceum prze(cid:298)yłam wi(cid:266)c szok, (cid:298)e kto(cid:286) odkrył ów cud przede mn(cid:261). W roku tysi(cid:261)c dziewi(cid:266)ćset siedemdziesi(cid:261)tym szóstym, w porze dnia i roku, któr(cid:261) nazwałam ciemnorudo-granatow(cid:261), do drzwi mieszkania przy ulicy Rybackiej zastukał młody (cid:298)ołnierz. Ojciec przebrał si(cid:266) w mundur i wyszedł z nim w po(cid:286)piechu, nic nie mówi(cid:261)c. RYSUNKI (cid:298)e według powszechnie uznawanej Z zachwytem spostrzegłam, (cid:298)e mój dom składa si(cid:266) teraz z samych kobiet. Jako kobiety policzyłam oczywi(cid:286)cie karmi(cid:261)cego dziadka i – z rozp(cid:266)du – Julka. Julek stanowczo wyja(cid:286)nił mi jednak, anioły nie posiadaj(cid:261) płci. Przyporz(cid:261)dkowywanie go do którejkolwiek z nich jest zatem ogromnym nietaktem i nonsensem. Nie chciałam wkurzać Julka, tote(cid:298) zgodziłam si(cid:266) w tej kwestii ust(cid:261)pić, ale przez kilka nast(cid:266)pnych tygodni uporczywie podpatrywałam go, gdy chodził do toalety. tradycji, Z tamtych ustale(cid:276) nic nie wynikło, dałam wi(cid:266)c spokój, zwłaszcza (cid:298)e moj(cid:261) uwag(cid:266) przykuło stworzenie b(cid:266)d(cid:261)ce antytez(cid:261) anielskiego przyjaciela, a które pojawiło si(cid:266) u s(cid:261)siadów pi(cid:266)tro ni(cid:298)ej. I przychodziło do nas cz(cid:266)sto wraz ze spo(cid:298)ywcz(cid:261) Helen(cid:261). Był to pies. Cały czarny, do(cid:286)ć młody i zupełnie nierasowy. Przypl(cid:261)tał si(cid:266) s(cid:261)siadom wiosn(cid:261), gdy na działce uło(cid:298)yli ognisko z połamanych badyli. Ju(cid:298) podpalali ogie(cid:276) pod gał(cid:266)ziami z zimy, ju(cid:298) (cid:298)egnali si(cid:266) rytualnie z ciemnymi miesi(cid:261)cami, kiedy z kupki li(cid:286)ci co(cid:286) zawyło i wydostało si(cid:266) niezgrabnie ku sło(cid:276)cu. Zdumiona Helena zaniemówiła, a zaraz potem zakrztusiła si(cid:266) dymem, brzuchaty Henryk wykazał jednak przytomno(cid:286)ć umysłu i zd(cid:261)(cid:298)ył złapać brudnego szczeniaka. Zreszt(cid:261) kundel nie miał zamiaru uciekać, pragn(cid:261)ł jedynie umkn(cid:261)ć wyrokom inkwizycji. Helena i mał(cid:298)onek z rado(cid:286)ci(cid:261) przygarn(cid:266)li szczeni(cid:266), zwłaszcza (cid:298)e oboje tydzie(cid:276) wcze(cid:286)niej prze(cid:298)yli (cid:286)mierć starej seterki, a młode zwierz(cid:266) uznali za udan(cid:261) jej inkarnacj(cid:266). Na pami(cid:261)tk(cid:266) tego wydarzenia i w zwi(cid:261)zku z do(cid:286)ć specyficznym wygl(cid:261)dem pies otrzymał imi(cid:266) Boruta. Nie dziwi wi(cid:266)c, (cid:298)e Julek serdecznie go pó(cid:296)niej nie znosił. Pies oznacza m(cid:261)dro(cid:286)ć, wierno(cid:286)ć, rado(cid:286)ć i przyja(cid:296)(cid:276). Pies jest stró(cid:298)em, my(cid:286)liwym i pasterzem. Pies jest przy człowieku od dawna. Ale ma tak(cid:298)e swoj(cid:261) mroczn(cid:261) symbolik(cid:266), bo przeprowadza zmarłych przez granatowe strumyki (cid:286)mierci. Po drugiej stronie mieszka pełno psów, które poprowadziły swoich wła(cid:286)cicieli – z ziemi do miejsc poza mierzonym godzinami czasem. I które nie miały jak wrócić, wi(cid:266)c bł(cid:261)kaj(cid:261) si(cid:266) o zmroku pod domami ludzi i patrz(cid:261)c w (cid:286)wiatła, niewidzialnie nadal si(cid:266) łasz(cid:261) do stóp. Pojawienie si(cid:266) psa oznaczało dla nas i pocz(cid:261)tek, i koniec. Boruta cz(cid:266)sto uciekał s(cid:261)siadom i wpadał do mieszkania dziadków z i(cid:286)cie diabelsk(cid:261) figlarno(cid:286)ci(cid:261). Rzucał si(cid:266) na dywan w przedpokoju, zwijał go i przewracał stoj(cid:261)ce tam buty, wpl(cid:261)tywał w kabel telefonu i ku w(cid:286)ciekło(cid:286)ci babki zostawiał wsz(cid:266)dzie kłaki sier(cid:286)ci. Machał przy tym swoim czarnym ogonem, całkowicie zadowolony z ta(cid:276)ca, który wykonał. Potem kładł si(cid:266) do góry brzuchem i czekał, a(cid:298) dziadek go posmyra. W dziadku budziła si(cid:266) wtedy cała energia Ukrainy i smyrał Borut(cid:266) w(cid:286)ród pisków rado(cid:286)ci, udawanych k(cid:261)(cid:286)ni(cid:266)ć i na niby warcze(cid:276). Na t(cid:266) powa(cid:298)n(cid:261) walk(cid:266) wpadał zazwyczaj zasapany Henryk i posyłał psu kilka ostrze(cid:298)e(cid:276). Boruta wstawał, ale nie przestawał machać ogonem, czasem nawet przyja(cid:296)nie szczekn(cid:261)ł na obu m(cid:266)(cid:298)czyzn. A ja stałam w przedpokoju z rozdziawionymi ustami i w głowie mi si(cid:266) zaczynało kr(cid:266)cić od takiej ilo(cid:286)ci pierwiastka m(cid:266)skiego, zgromadzonej naraz w jednym miejscu. Były to bowiem momenty, w których kobieco(cid:286)ć dziadka ulegała dla mnie zachwianiu i przestawałam rozumieć porz(cid:261)dek rzeczy w naszej rodzinie. Całe szcz(cid:266)(cid:286)cie za Borut(cid:261) i swoim m(cid:266)(cid:298)em do mieszkania docierała te(cid:298) Helena. Wi(cid:266)c spokojnie, we czwórk(cid:266), razem z babk(cid:261), a bez matki, która nadal tkwiła zapatrzona w konie na l(cid:261)(cid:298)y, siadali w kuchni i popijali herbat(cid:266). Babka wyjmowała reprezentacyjny zestaw szklanek, takich z metalow(cid:261) ruchom(cid:261) obudow(cid:261), nastawiała wod(cid:266) w czajniku, sypała br(cid:261)zowy granulat i zalewała go wrz(cid:261)tkiem. Na powierzchni płynu robił si(cid:266) biały osad, ale nikomu to nie przeszkadzało, bo herbat(cid:266) tylko tej jako(cid:286)ci w ogóle mo(cid:298)na było kupić. W takiej chwili ja stawałam oko w oko z wcieleniem Lucyfera na ziemi. Boruta chwil(cid:266) łasił si(cid:266) do nóg domowników, a potem uciekał mnie straszyć zza firanki w pokoju. Zale(cid:298)nie od nastroju na przemian kamieniałam, zamieniałam si(cid:266) w cichy słup soli lub w drzewo kołysz(cid:261)ce gał(cid:266)ziami. Palce dłoni stawały si(cid:266) gał(cid:266)ziami, kiedy w strachu nimi poruszałam. A(cid:298) pewnego dnia, pełnego (cid:286)wiatła z balkonu i (cid:286)wiergocz(cid:261)cych wróbli, pacn(cid:266)łam psa w głow(cid:266) tak mocno, (cid:298)e a(cid:298) z zaskoczenia usiadł. Od tego momentu pokochali(cid:286)my si(cid:266) z sił(cid:261) owego uderzenia i nasze zabawy cechowała wi(cid:266)ksza ilo(cid:286)ć ruchu. Gdzie(cid:286) tak(cid:298)e wtedy wła(cid:286)nie zachorowała babka. Z r(cid:261)k zacz(cid:266)ły jej wypadać sztućce, talerze i inne naczynia kuchenne. Niedokładnie zbierała kurz ze sterylnych dot(cid:261)d powierzchni regału. Szminka z k(cid:261)cików ust uciekała jej najpierw delikatnie, potem coraz ostrzej, poza wyznaczone rejony. Dr(cid:298)ały nawet potrawy, jakie przygotowywała na niedzielny obiad. Wkrótce choroba babki rozedrgała mieszkanie przy ulicy Rybackiej do tego stopnia, (cid:298)e obraz hipodromu w oknie stał si(cid:266) bardzo niewyra(cid:296)ny. Tak rozmazany, jakby(cid:286)my mieszkali w towarzystwie czynnego wulkanu albo w obszarze stałych ruchów sejsmicznych. Matka zniech(cid:266)cona ruchomym krajobrazem wróciła po raz drugi. Wrócił te(cid:298) ojciec, ale nic nie mówił. Był to czas, kiedy w sklepach nie mo(cid:298)na ju(cid:298) było kupić mi(cid:266)sa, wi(cid:266)c stołował si(cid:266) w wojskowej kantynie. Po południu czytał. Gazetnik nap(cid:266)czniał w tym okresie wyj(cid:261)tkowo, poniewa(cid:298) babka wyrzucała pisma nie tak daleko, jak niegdy(cid:286). Dr(cid:298)enie r(cid:261)k pozwalało jej trafiać najdalej w okolice parapetu. Wczołgiwałam si(cid:266) niekiedy pod stert(cid:266) makulatury i czekałam, a(cid:298) ojciec mnie tam znajdzie. Po jakim(cid:286) czasie przychodził z kolacj(cid:261) dziadek i budził mnie odwijaj(cid:261)c z kolejnych stron papieru, umazan(cid:261) farb(cid:261) drukarsk(cid:261), z odci(cid:286)ni(cid:266)tymi na buzi tytułami artykułów. Wieczorne posiłki składały si(cid:266) z fili(cid:298)anki z kogutkiem, ły(cid:298)eczki i jajecznicy. W lecie babka dodawała do niej drobno pokrojonego pomidora. Je(cid:286)li zjadłam wszystko, na dnie fili(cid:298)anki pojawiał si(cid:266) obrazek – zadziorna kurka z rozdziawionym dziobem. Zawsze zjadałam wszystko i to nie z powodu tej dzieci(cid:266)cej sztuki u(cid:298)ytkowej, po prostu co(cid:286) mi podpowiadało, (cid:298)e nale(cid:298)y gromadzić zapasy tak wyra(cid:298)anej przez jedzenie miło(cid:286)ci. Gdzie(cid:286) pomi(cid:266)dzy jajecznic(cid:261) bez pomidorów i jajecznic(cid:261) z ich dodatkiem matka poszła do pracy. Zaj(cid:266)ła si(cid:266) składaniem wa(cid:298)nych liter w sekretariacie szefów ojca, a j(cid:266)zyk tych pism tak był podobny do u(cid:298)ywanego przez ni(cid:261) sam(cid:261), (cid:298)e została przyj(cid:266)ta z otwartymi ramionami. Wkrótce opu(cid:286)cili(cid:286)my dom dziadków, bo ojciec dostał mieszkanie w nowym bloku, zbudowanym dwie dzielnice dalej. A ja poszłam do przedszkola w Gdyni, gdzie dowiedziałam si(cid:266), (cid:298)e istniej(cid:261) inne dzieci marynarzy. Jednak zanim to wszystko ostatecznie si(cid:266) stało, pierwszy raz namalowałam swoje zdanie na ten temat. Rysunek pierwszy uwieczniał Borut(cid:266) (szesna(cid:286)cie drapie(cid:298)nych czarnych kresek z (cid:298)ółt(cid:261) plam(cid:261) w (cid:286)rodku). Drugi przedstawiał gazety ojca (te same ciemne kreski, tylko porozrzucane po całej kartce). Na trzecim narysowałam mam(cid:266) wraz z babk(cid:261), siedz(cid:261)ce przy roztrz(cid:266)sionym oknie (niebieskie i czerwone linie układały si(cid:266) w niesko(cid:276)czone sfalowane spirale, w prawym górnym rogu (cid:286)wieciło równie dr(cid:298)(cid:261)ce sło(cid:276)ce w kolorze pomara(cid:276)czy – zapewne uchwyciłam jego zachód nad morzem). Czwarty obrazek pokazywał moment, w którym dziadek przynosi mi kogutka (trzy ró(cid:298)nobarwne plamy na samym (cid:286)rodku, zł(cid:261)czone ze sob(cid:261) w malarskiej komitywie). Ta kartka zachowała si(cid:266) zreszt(cid:261) do dzisiaj, nadgryziona jednak znacznie przez z(cid:266)by moje, a mo(cid:298)e paszcz(cid:266) Boruty. Na pi(cid:261)tym rysunku znalazła si(cid:266) tylko jedna blada kropka. To był mój nowy dom i (cid:298)ycie w przedszkolu. S. Kiedy przygl(cid:261)dam si(cid:266) starym zdj(cid:266)ciom, czarno-białym albo ledwie mu(cid:286)ni(cid:266)tym oddechem koloru, widz(cid:266) mał(cid:261) dziewczynk(cid:266) z demonem. Na portretach z czasów staro(cid:298)ytnych ludzie i bogowie wyst(cid:266)powali zawsze z jakim(cid:286) atrybutem. Z sow(cid:261), z lwem, z w(cid:266)(cid:298)em. Z kołem garncarskim, z mieczem, z wie(cid:298)(cid:261). Z w(cid:266)dzidłem, z czaszk(cid:261). A ja – uchwycona w dzieci(cid:266)cej rado(cid:286)ci czy niedojrzałym jeszcze smutku, na fotografiach z lat siedemdziesi(cid:261)tych zeszłego wieku – ja mam przy boku zło(cid:286)liwy cie(cid:276) wczepiony pazurem w znienawidzon(cid:261) fryzur(cid:266) „na pazia”. Wyrywam płatki go(cid:296)dzikom, w(cid:286)ciekły dentysta kwiatów na imieninach mamy – cie(cid:276) ukrywa si(cid:266) w (cid:286)rodku bukietu. Płacz(cid:266) na chodniku przy trójkołowym rowerku – choinka z ogródka obok obrzuca mnie ciemnymi igłami. Dziadek ci(cid:261)gnie sanki – a za sankami brudn(cid:261) (cid:298)yj(cid:261)c(cid:261) plam(cid:266), któr(cid:261) trudno dostrzec w topniej(cid:261)cym (cid:286)niegu. Mój demon jest jednak nieuwa(cid:298)ny. Dzisiaj potrafi(cid:266) go wychwycić w jego najpierwszych przejawach. Dzi(cid:286) go (cid:286)cigam na ka(cid:298)dej z zat(cid:266)chłych fotografii. I na tych cyfrowych obrazach nowego tysi(cid:261)clecia, wrzucanych lekko w gardziel komputera i obracanych w prawo lub w lewo, powi(cid:266)ksz-pomniejsz – te(cid:298). Mój demon jest ju(cid:298) troch(cid:266) z tyłu. Ale je(cid:286)li na zdj(cid:266)ciu widać wył(cid:261)cznie sło(cid:276)ce i miło(cid:286)ć, wiem, (cid:298)e po prostu gdzie(cid:286) si(cid:266) w tym krajobrazie przyczaił. Podł(cid:261)czam si(cid:266) wtedy do mojego lodowca. Wdech--wydech. U(cid:286)miech t(cid:266)tna. Zimny i spokojny podpowiada mi, jak w nowy sposób oddychać. Pokazuje mi opó(cid:296)nienia, te mikrosekundy zgubionego przez mnie w panice czasu, te dramatyczne hausty, które nigdzie nie dotarły. (cid:297)ycie jest tylko oddychaniem – przypomina – i niezale(cid:298)nie od istnienia cienia nale(cid:298)y ufać powietrzu. To wszystko, tylko tyle. Niestety w przedszkolu Marynarki Wojennej nie umiałam oddychać. Rodzice pracowali w Gdyni i umie(cid:286)cili mnie w miejscu, które wygodne było jedynie dla nich. Pierwszego dnia pobiłam trzech chłopców ze starszej grupy, poniewa(cid:298) schowali mi zabawk(cid:266). Wyplułam te(cid:298) kiełbas(cid:266) na talerz. Nachalna wychowawczyni próbowała j(cid:261) we mnie wmusić. Zjadłam za to trzy nie swoje porcje budyniu i zwymiotowałam je w ubikacji do zlewu. Obrzuciłam dzieci kredkami, bo powiedziały, (cid:298)e Julek, którego narysowałam, jest tak brzydki, (cid:298)e musi być chyba czarownic(cid:261). Wtedy te(cid:298) uszczypn(cid:266)ła mnie przedszkolna pi(cid:266)kno(cid:286)ć Eliza z warkoczami, uszczypn(cid:266)ła do krwi, wi(cid:266)c jej oddałam i obie przesadnie szlochaj(cid:261)c znalazły(cid:286)my si(cid:266) u piel(cid:266)gniarki. Dowiedziałam si(cid:266) wi(cid:266)c, (cid:298)e społeczne reguły zachowania to dziwactwa, i wrzaskiem za(cid:298)(cid:261)dałam powrotu do dziadka i spi(cid:298)arni Heleny. Lecz jak to z powrotami bywa, stał si(cid:266) on ju(cid:298) niemo(cid:298)liwy. Budynek przy ulicy Rybackiej tak rozchybotał si(cid:266) od choroby babki, (cid:298)e nawet Boruta nie mógł utrzymać w nim pionu, a goł(cid:266)bie przestały siadać na dachu. Musiałam zostać w przedszkolu, w miejscu, w którym ka(cid:298)dy mały człowiek zadawał mi rany i gdzie mój demon szybko spasł si(cid:266) do tego stopnia, (cid:298)e nale(cid:298)ało mu nadać imi(cid:266). Którego(cid:286) dnia sam rozsiadł si(cid:266) przede mn(cid:261) podczas le(cid:298)akowania i po prostu si(cid:266) przedstawił. – Jestem S. – powiedział z wrednym u(cid:286)miechem, a ja rzuciłam w niego poduszk(cid:261) i zbiłam wazon w kaszubskie wzory. Za kar(cid:266) nie dostałam podwieczorku. Kiedy m(cid:266)czyłam si(cid:266) przy przedszkolnych posiłkach, na (cid:297)abiank(cid:266) zacz(cid:266)li przyje(cid:298)d(cid:298)ać reporterzy. Niemal codziennie kto(cid:286) wypytywał o sytuacj(cid:266), kr(cid:266)cił materiał do Dziennika Telewizyjnego albo nagrywał wypowiedzi lokatorów do radia. Blok dziadków drgał i wprawiał w drganie inne budynki. Babka w (cid:286)rodku wygl(cid:261)dała raz przez balkon, raz przez okno na hipodrom. Tylko my wiedzieli(cid:286)my, (cid:298)e dom przechylał si(cid:266) w tym kierunku, w którym wła(cid:286)nie ci(cid:261)gn(cid:266)ła j(cid:261) ciekawo(cid:286)ć. Dla obcych blok stał si(cid:266) fenomenem socjalistycznego budownictwa, gdy(cid:298) mimo nieustaj(cid:261)cych przechyłów, nadal stał. Oprócz mediów przyjechali tak(cid:298)e naukowcy. Robili pomiary. Ulica przed blokiem była cała rozkopana i upstrzona metalowymi pr(cid:266)tami. Badano, czy w tej dzielnicy Gda(cid:276)ska nie ma trz(cid:266)sienia ziemi, sprawdzano tak(cid:298)e, czy pod fundamenty nie wdarło si(cid:266) pobliskie morze. Ale nikomu nie udało si(cid:266) niczego ustalić. Milicja przez kilkadziesi(cid:261)t tygodni czuwała przy klatkach nad snem mieszka(cid:276)ców, najpierw sama, a pó(cid:296)niej wspólnie z miło(cid:286)nikami zdarze(cid:276) pozazmysłowych. S(cid:261)siad Henryk widział nawet, jak razem popijali co(cid:286) z piersiówek. (cid:285)miałam si(cid:266) z gda(cid:276)skich ezoteryków, bo szukali w złym miejscu. To do przedszkola w Gdyni przyleciało UFO. Nikt, oprócz jednego kolegi, Mateusza, oprócz niego nikt nie wierzył, (cid:298)e rozrosło si(cid:266) na chodniku. Codziennie moja grupa wychodziła na dwór i codziennie beton w miejscu obok hu(cid:286)tawek zmieniał kształt, wybrzuszał si(cid:266) i p(cid:266)czniał. Rodziły si(cid:266) kolejne tajne kanały, powstawały kryjówki oznaczone numerami od jeden do dziesi(cid:266)ć – i dalsze, ale tych jeszcze nie umieli(cid:286)my policzyć. Godzinami wpatrywali(cid:286)my si(cid:266) w szare płyty i widzieli(cid:286)my, jak obcy przeprowadzaj(cid:261) inwazj(cid:266) na mrówki. Owady wchodziły w specjaln(cid:261) dziur(cid:266), skuszone zapewne czym(cid:286) smacznym – i ju(cid:298) z niej nie wychodziły. A potem mama z jakiego(cid:286) powodu zabrała Mateusza i nigdy wi(cid:266)cej nie pojawił si(cid:266), by potwierdzić moje straszne podejrzenia. Mieszkałam wtedy ju(cid:298) na Zaspie. Na starym lotnisku powstawało kolejne osiedle z wielkiej płyty. W pokoju na dziewi(cid:261)tym pi(cid:266)trze miałam kilka zabawek, czerwony stolik z dwoma figlarnie zaokr(cid:261)glonymi krzesełkami i łó(cid:298)ko. I pomara(cid:276)czowe zasłonki w motyle. Matka powiesiła te(cid:298) reprodukcj(cid:266) Wyspia(cid:276)skiego – na portrecie widniał Sta(cid:286), który miał dłu(cid:298)sze blond loki i cały naburmuszony grzebał sobie r(cid:266)k(cid:261) w nosie. Dziwiło mnie, (cid:298)e chłopiec wygl(cid:261)da jak dziewczynka, ale wkrótce okazało si(cid:266), (cid:298)e to nic niezwykłego. Ja mianowicie wygl(cid:261)dałam jak chłopiec. Zacz(cid:266)ło si(cid:266) od ksero. Ojciec miał do niego dost(cid:266)p – otrzymywał wi(cid:266)c od wychowawczy(cid:276) obrazki. Obrysowane jedynie czarnym konturem Pszczółk(cid:266) Maj(cid:266), Misia Uszatka czy Sierotk(cid:266) Marysi(cid:266) i siedmiu Krasnoludków – powielał wielokrotnie, korzystaj(cid:261)c z przywileju w pracy. Nast(cid:266)pnie te puste, ale zwielokrotnione w wielu papierowych kopiach postaci z bajek przynosił z powrotem do przedszkola, by mo(cid:298)na je było wypełnić barwami. Mimo ogromnego pragnienia, nigdy nie dostałam do kolorowania tych naj(cid:286)liczniejszych bohaterek. Nadaremnie płakałam za Kopciuszkiem w balowej sukni czy alabastrow(cid:261) Królewn(cid:261) (cid:285)nie(cid:298)k(cid:261), moja wyci(cid:261)gni(cid:266)ta po bohaterki r(cid:266)ka zawisała w powietrzu w cichej pro(cid:286)bie i musiałam si(cid:266) zadowolić kosmonaut(cid:261) lub samochodem wy(cid:286)cigowym. Albo strachem na wróble. Omijały mnie dobre kopie, gdy(cid:298) nauczycielki s(cid:261)dziły, (cid:298)e nie interesuj(cid:266) si(cid:266) drogimi kamieniami, brokatem i złotem pałaców. W (cid:286)wietle przedszkolnych jarzeniówek byłam praktyczna i uzdolniona technicznie. Pó(cid:296)niej dziewczynki w przedszkolu ju(cid:298) (cid:286)miało mówiły, (cid:298)e jestem wielka wzdłu(cid:298) i wszerz, i mam włosy tak cienkie i tak krótkie, (cid:298)e nie da si(cid:266) z nich zrobić warkoczy zwi(cid:261)zanych kokardami. Zabrały mi wi(cid:266)c kolorowe spinki z Myszk(cid:261) Miki. (cid:297)e pcham si(cid:266) na rytmice z sił(cid:261), która mo(cid:298)e odkruszyć kawałek (cid:286)ciany. Mog(cid:266) wi(cid:266)c w przedstawieniu grać rol(cid:266) pyzatego słoneczka, ale bro(cid:276) Bo(cid:298)e – pi(cid:266)knej ksi(cid:266)(cid:298)niczki. (cid:297)e w czasie le(cid:298)akowania kr(cid:266)c(cid:266) si(cid:266) na łó(cid:298)ku zupełnie bez wdzi(cid:266)ku. Nie b(cid:266)d(cid:261) wi(cid:266)c spały obok mnie, bo gruboskórnie im przeszkadzam. I naprawd(cid:266) okazało si(cid:266), (cid:298)e nie pasuj(cid:266) do nikogo i niczego, co wcze(cid:286)niej widziały. A ja przecie(cid:298) tylko zbierałam zapasy – wiedz(cid:261)c, (cid:298)e je(cid:286)li nie schomikuje si(cid:266) dostatecznie wiele miło(cid:286)ci przedtem, to potem nie dostanie si(cid:266) jej za długo(cid:286)ć warkocza. Co rano matka budziła mnie o szóstej. Zaspana nie chciałam wstawać, wi(cid:266)c ojciec brał mnie na r(cid:266)ce i wynosił z łó(cid:298)ka prosto w otwarte drzwi łazienki. Poranne (cid:286)wiatło raziło mnie, nie lubiłam tych rytuałów, nie lubiłam przedszkola, zimy na zewn(cid:261)trz ani kolejki SKM jad(cid:261)cej pół godziny do Gdyni – i mazgaiłam si(cid:266), ćwicz(cid:261)c cierpliwo(cid:286)ć rodziców na kilkunastu ró(cid:298)nych tonach. S. natomiast wstawał ra(cid:296)no, chichotał mi do ucha, ci(cid:261)gn(cid:261)ł za niebiesk(cid:261) pi(cid:298)am(cid:266) i pokazywał j(cid:266)zyk. Byłam bezbronna wobec bestii, choć zazwyczaj mogłam liczyć na anielsk(cid:261) interwencj(cid:266). Jednak Julek te(cid:298) długo dochodził do siebie, w rzeczywisto(cid:286)ci snów w ko(cid:276)cu poruszał si(cid:266) z wi(cid:266)ksz(cid:261) ch(cid:266)ci(cid:261) i o niebo lepiej. Przej(cid:286)cie od jednego (cid:286)wiata do drugiego u mnie te(cid:298) do tej pory odbywa si(cid:266) do(cid:286)ć opieszale i konsekwentnie odmawiam radzenia sobie z rze(cid:286)ko(cid:286)ci(cid:261) poranków. Matka, prawd(cid:266) mówi(cid:261)c, te(cid:298) nie znosiła tego rannego przedstawienia. Siedziała przy kawie w kuchni i patrzyła, jak ja, pomarszczona z niech(cid:266)ci, siedz(cid:266) przy mleku. Wydawałam si(cid:266) jej wtedy najbrzydszym dzieckiem na (cid:286)wiecie. Brzydszym od nieustaj(cid:261)cej budowy na zewn(cid:261)trz, brzydszym od błota, przez które zaraz b(cid:266)dziemy si(cid:266) przebijać do przystanku kolei w brzydkich, ale ciepłych kozaczkach. Wiedziała te(cid:298), (cid:298)e za dwadzie(cid:286)cia minut w SKM-ce nieładnie si(cid:266) zachowam, (cid:298)(cid:261)daj(cid:261)c jedzenia, mimo (cid:298)e w domu nie tkn(cid:266)łam nawet kanapki. M(cid:266)czyła j(cid:261) ta ponura dzieci(cid:266)ca zło(cid:286)liwo(cid:286)ć, ale nie mogła nic zrobić i dawała si(cid:266) wygryzać jej niezdarnie od (cid:286)rodka. Wzdychała i ubierała mnie w ko(cid:276)cu w ko(cid:298)uszek, a kiedy ojciec zamykał na klucz drzwi, wkładała mi na głow(cid:266) czerwon(cid:261) czapk(cid:266), zrobion(cid:261) przez babk(cid:266) w czasach, kiedy jeszcze przy robótkach r(cid:266)cznych nie kłuła si(cid:266) drutami – i okutywała szczelnie takim samym czerwonym szalikiem. Zje(cid:298)d(cid:298)ali(cid:286)my wind(cid:261) w ciemnym milczeniu i wychodzili(cid:286)my w północ, w szarug(cid:266), w której jedynym znakiem orientacyjnym stawała si(cid:266) moja głowa we włóczkowej aureoli. TKANIE Julek najbardziej lubił je(cid:286)ć obrazki w pismach dla dzieci. Siadał na ilustracji przedstawiaj(cid:261)cej na przykład je(cid:298)a w(cid:286)ród li(cid:286)ci i wpatrywał si(cid:266) w ni(cid:261) tak długo, a(cid:298) wyblakła. Doceniał te(cid:298) sztuk(cid:266) dzieci(cid:266)c(cid:261) – te niesko(cid:276)czone ilo(cid:286)ci wystaw na Dzie(cid:276) Matki i Ojca, bazgroły przedstawiaj(cid:261)ce jesie(cid:276), zim(cid:266), wiosn(cid:266), lato i znów jesie(cid:276), prace z ulubionymi zwierz(cid:266)tami domowymi – psem, kotem i nast(cid:266)pnym psem, bo psy s(cid:261) tak ró(cid:298)ne jak dzieci i warto je malować. Nigdy nie wisiały dostatecznie krótko, by nie zd(cid:261)(cid:298)ył ich skosztować. Cz(cid:266)sto byłam zła na Julka, bo zabierał kolory moim kredkom, tym zwykłym, w opakowaniu z rysunkiem misia oraz tym lepszym, chi(cid:276)skim i (cid:286)wiecowym, o wi(cid:266)kszej ilo(cid:286)ci odcieni. Po jedzeniu sam robił si(cid:266) kolorowy, nie mogłam znie(cid:286)ć widoku mojego przyjaciela w odcieniu buraczkowej surówki albo ochrowego bigosu. Czasami najadał si(cid:266) tak bardzo, (cid:298)e wymiotował mi na kartk(cid:266) i wtedy zamiast ogrodu z kwiatami wychodziła mi rozmemłana barwna zupa, podobna do potraw w barze mlecznym. Trzeba si(cid:266) jednak było cieszyć nawet z anielskich kolorowych rzygowin, (cid:286)wiat wokół bowiem był tak bardzo szary, (cid:298)e cokolwiek, co zapełniało jego plastry barw(cid:261), zasługiwało na szacunek. Bloki wokół rosły nieubłaganie w swe pot(cid:266)(cid:298)ne pi(cid:266)tra, koparki zrzucały nowe kopy piasku na przyszłe place zabaw, drzewa dopiero miano zasadzić w czynie społecznym, a dachu ko(cid:286)cioła nie było nawet jeszcze w planie zagospodarowania dzielnicy. Nie narodziły si(cid:266) te(cid:298) jeszcze dzieci nowej epoki, które dwadzie(cid:286)cia lat pó(cid:296)niej b(cid:266)d(cid:261) chodzić po trawnikach w jaskrawych, ró(cid:298)owych i niebieskich ubrankach. Wtedy wła(cid:286)nie, w marcow(cid:261) niedziel(cid:266) roku tysi(cid:261)c dziewi(cid:266)ćset siedemdziesi(cid:261)tego dziewi(cid:261)tego, wykonałam swój pierwszy naprawd(cid:266) du(cid:298)y fresk. (cid:285)cisn(cid:266)łam ob(cid:298)artego kredkami i nieruchawego Julka w r(cid:266)ce, a to, co zaskoczony wypluł, skierowałam na (cid:286)cian(cid:266) mojego pokoju. Efekt przeszedł moje oczekiwania – w bladym (cid:286)wietle poranka sama narysowała si(cid:266) ró(cid:298)a. Domalowałam jej tylko łodyg(cid:266) i li(cid:286)cie. Zadowolona usiadłam, by popatrzeć na dzieło z lekkiej perspektywy, a wtedy odezwał si(cid:266) S.: – Nie s(cid:261)dz(cid:266), aby to było perfekcyjne przedstawienie ro(cid:286)liny. Jest sztuczna i płaska. Nie ma gł(cid:266)bi wrodzonej wszystkim ró(cid:298)om w naturze. Nie podoba mi si(cid:266). Nie podoba mi si(cid:266) tak bardzo, (cid:298)e pójd(cid:266) po twoich rodziców – oznajmił i znikn(cid:261)ł. A chwil(cid:266) pó(cid:296)niej do pokoju wszedł ojciec. I to co pó(cid:296)niej nast(cid:261)piło, nazwałam – ju(cid:298) w liceum – mieszcza(cid:276)sk(cid:261) krytyk(cid:261) awangardy. Tata wrzeszczał przez jakie(cid:286) siedem minut bez przerwy. Dziwiło mnie to niepomiernie, bo po co wła(cid:286)ciwie krzyczeć na ró(cid:298)(cid:266). Kiedy zrozumiałam, (cid:298)e podnosi głos na co(cid:286), co jest kwiatem jego (cid:298)ycia, a nie po prostu kwiatem, wpadłam w gniew i tak(cid:298)e zacz(cid:266)łam wrzeszczeć. Mój l(cid:266)k objawił si(cid:266) jak wcze(cid:286)niej obraz na (cid:286)cianie – od razu w doskonałej, sko(cid:276)czonej formie, barwny i lekki, wystarczyło dorysować szczegóły. Krzyczeli(cid:286)my zatem oboje: na siebie, na (cid:286)cian(cid:266), na zim(cid:266), która tamtego roku przedłu(cid:298)ała si(cid:266) w niesko(cid:276)czono(cid:286)ć i nie dawała nadziei. Nasze głosy splatały si(cid:266) w(cid:261)tkiem i osnow(cid:261) w ludow(cid:261) makat(cid:266), na której nieszkolony w akademii twórca przedstawił rodzinny dramat w postaci wilka i umykaj(cid:261)cej sarny. Sarna leciała przez wiosn(cid:266): przez pole zasiane dopiero wschodz(cid:261)c(cid:261) pszenic(cid:261), przez (cid:286)cie(cid:298)k(cid:266) prowadz(cid:261)c(cid:261) do jakiego(cid:286) celu, przez tory kolejowe zarosłe pi(cid:266)ćdziesi(cid:261)t lat temu traw(cid:261) i prawie dzisiaj niewidoczne. Wilk był du(cid:298)y, a sarna r(cid:261)cza i tak sobie biegli a(cid:298) do ko(cid:276)ca makaty, a(cid:298) do ostatniego rz(cid:266)du nitek, a dalej ju(cid:298) tylko fr(cid:266)dzle powiewały nad pust(cid:261) przestrzeni(cid:261) i zaczynał si(cid:266) du(cid:298)y pokój z fotelami i stołem, a pó(cid:296)niej szafa w przedpokoju i br(cid:261)zowa sztuczna wykładzina, a jeszcze pó(cid:296)niej drzwi na klatk(cid:266) schodow(cid:261) i dziewi(cid:266)ć pi(cid:266)ter schodów, a ju(cid:298) zupełnie potem nowa dzielnica Gda(cid:276)ska – Zaspa i samo stare miasto Gda(cid:276)sk, i wszystkie drogi do niego prowadz(cid:261)ce, i malownicze, choć czasem zupełnie płaskie krajobrazy regionalne, i stolica kraju, której wtedy jeszcze nie dane mi było odwiedzić, i inne, bardziej górzyste strony Polski, i dzikie szlaki przez przeł(cid:266)cze Karpat, i wreszcie Ukraina dziadków za poszarpan(cid:261) granic(cid:261). A tam, w małym zawini(cid:261)tku pod ziemi(cid:261), czekała na nasz krzyk ikona Matki Boskiej, w któr(cid:261) ojciec jako wojskowy nie wierzył, a której ja jeszcze nie do(cid:286)wiadczyłam, bo ze (cid:286)wi(cid:266)tych znałam t
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Szklanka na pająki
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: