Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00129 002982 22414550 na godz. na dobę w sumie
Tabu i niewinność - ebook/pdf
Tabu i niewinność - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 390
Wydawca: UNIVERSITAS Język publikacji: polski
ISBN: 97883-242-1429-7 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Aleksander Smolar wie, że „słowo ma znaczenie decydujące”, by zacytować Jerzego Giedroycia z zamieszczonej w tym tomie rozmowy. Dlatego używa słów nie jak polityk, dla którego są one instrumentem walki o władzę, tylko jak intelektualista, któremu pomagają w dochodzeniu do prawdy. W tym sensie był zawsze spectateur engagé, by użyć klasycznej formuły kojarzącej się z innym jego rozmówcą, Raymondem Aronem.

W przypadku Smolara'ów decydujący krytyczny dystans to nie tylko postawa duchowa – także fakt geograficzny. Ostatnie 20 lat spędził między Paryżem a Warszawą. Zarówno w długofalowym, biograficznym sensie, jak i doraźnym – z tygodnia na tydzień – można nazwać jego życie nieprzerwaną podróżą z Warszawy do Warszawy.
Timothy Garton Ash

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

ISBN 97883-242-1429-7 Spis rzeczy Timothy Garton Ash, Wstęp  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 7 Jechałem w pustkę, wracałem z radością  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 15 Polska rewolucja KOR  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 27 Między ugodą a powstaniem . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 45 Potrzeba rozmowy . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 61 Co będzie, jeśli wygra SLD? . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 65 Polska rewolucja . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 75 Przygody społeczeństwa obywatelskiego  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 93 Lustracja na naszą miarę . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 107 Rewolucja bez utopii  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 121 Melduję się z życzeniami, Panie Prezydencie  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 137 Radykałowie u władzy  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 149 Od rewolucji do apatii  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 173 Pamięć i wspólnota narodów Tabu i niewinność  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 185 Polityka zagraniczna i jej przeciwnicy . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 227 Mit Francji niepokalanej  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  243 Bicz na dyktatorów  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  255 Paryski Maj i polski Marzec  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 265 Rosja w Nowym Świecie  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 277 Pamięć i wspólnota narodów . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 287 6 Tabu i niewinność Rozmowy i pożegnania Rozmowa z Raymondem Aronem . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 301 Rozmowa z Jerzym Giedroyciem  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 313 Pożegnanie Kota Jeleńskiego  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 341 Uczynić świat znośnym. Jacek Kuroń  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 347 Hołd antybohaterowi. Marek Edelman  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 355 Nota wydawcy. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 365 Indeks nazwisk . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 367 Wstęp Timothy Garton Ash S łowo „analiza” ma starogreckie korzenie i pierwotnie znaczyło roz- kładanie czegoś na części, celem lepszego zrozumienia. W różnych znaczeniach pojawia się w matematyce, gramatyce, chemii i opty- ce. W filozofii słowo to ma dalsze konotacje: „poszukiwanie źródeł bada- nej rzeczy”, odkrywanie ogólnych zasad tkwiących u podłoża określonych zjawisk. Aleksander Smolar jest znakomitym analitykiem polskiej polityki, moim zdaniem najlepszym z żyjących. Można spytać, jaki zestaw cech o tym de- cyduje. Odpowiedzi dostarczają zebrane tu eseje. Analizując jego analizy, dostrzegamy elementy składowe. Po pierwsze, można powiedzieć o nim w czasie teraźniejszym to, co on sam mówi tu w przeszłym o Marku Edelmanie: „pasjonował się polityką”. Znajomy Anglik powiada, że brytyjska polityka jest dla niego jak grany co- dziennie teatralny spektakl. Budzi się rano i myśli: „co też zdarzy się dzisiaj na scenie?” Sądzę, że tak jest z autorem tych esejów. Wielu dzielących z nim tę pasję wybrało karierę polityka, angażując się bezpośrednio w partyjną rywalizację o władzę. Smolar, owszem, włączył się czynnie we wspieranie KOR-u i całej polskiej opozycji demokratycznej, a po roku 1989 partycypował w narodzinach, życiu doczesnym i wreszcie pozagrobowym Unii Wolności i Unii Demokratycznej. Jednak zawsze za- chowywał tak potrzebny dobremu analitykowi krytyczny dystans. Wiedział, że „słowo ma znaczenie decydujące”, by zacytować Jerzego Giedroycia z za- mieszczonej w tym tomie rozmowy. Dlatego używał słów nie jak polityk, 8 Tabu i niewinność dla którego są one instrumentem walki o władzę, tylko jak intelektualista, któremu pomagają w dochodzeniu do prawdy. W tym sensie był zawsze spe- ctateur engagé, by użyć klasycznej formuły kojarzącej się z innym jego roz- mówcą, Raymondem Aronem. W przypadku Smolara ów decydujący krytyczny dystans to nie tylko po- stawa duchowa – także fakt geograficzny. Opuściwszy Polskę w 1971 roku wskutek niesławnych wydarzeń Marca 1968 i ich konsekwencji, które snują się po tej książce jak duch ojca Hamleta, przez blisko 40 lat mieszkał w Pa- ryżu. Ostatnie 20 spędził między Paryżem a Warszawą. Zarówno w długo- falowym, biograficznym sensie, jak i doraźnym – z tygodnia na tydzień – można nazwać jego życie nieprzerwaną podróżą z Warszawy do Warszawy. Smolar zna najświeższe szczegóły każdego, jakkolwiek błahego wydarzenia w polskiej nieraz przygnębiającej polityce, lecz zarazem potrafi z paryskie- go dystansu ujrzeć szerszy obraz. Szczególnie wzbogacające, co widać wy- raźnie w tej książce, okazują się międzynarodowe porównania – z Euro- pą Środkowo-Wschodnią, lecz i dużo dalsze. Słychać w niej niemilknące echa autorytarnych i post-autorytarnych doświadczeń Hiszpanii, Portuga- lii i Ameryki Łacińskiej. Te geograficzne obserwacje przenoszą się na literaturę. Jak jego przyja- ciel Pierre Hassner – aronowskiego chowu analityk stosunków międzyna- rodowych – tak i Smolar robi wrażenie, że wszystko przeczytał i każdego wysłuchał. Jego teksty roją się od odniesień do innych autorów i my- ślicieli, których spostrzeżenia często kondensuje w jedną zwięzłą i cel- ną formułę. Jego teksty, a zwłaszcza rozmowy z nim są niczym szkatułka z klejnotami wyjmowanymi z oszałamiającą szybkością. Tyle jest do powie- dzenia, tak mało czasu. Jednak zrozumienie subtelności, złożoności i niu- ansów nie przesłania Smolarowi szerszego widoku – patrząc na drzewa, widzi i las. Smolar ma dar reportażysty uchwycenia istotnych szczegółów (talent w pełni rozwinięty w opisach postkomunistycznej Europy jego syna Pio- tra). Zauważa na przykład, że w latach 1976–1977 datki na KOR zbierano w niektórych ministerstwach albo że w Bolonii w 1971 roku spotkał wię- cej komunistów niż dotąd przez całe życie w Polsce. Lubi też termin „ol- szewicy” oznaczający polską radykalną prawicę po 1989 roku. Jednak nie zatrzymuje się długo na powierzchni zjawisk. W odróżnieniu od reporta- żysty, dla którego pierwszym celem jest oddanie odczuć, klimatu, kolory- tu czy emocji, jako analityk chce niczym osiemnastowieczny anatom sięg- Wstęp 9 nąć skalpelem pod skórę, zobaczyć mięśnie, ścięgna, kości. Dobrym tego przykładem jest esej Polska rewolucja, którą dzieli Smolar na trzy klasyczne nurty: umiarkowanych, radykałów i ludzi ancien régime’u, których w spe- cyficznym kontekście postkomunistycznej Polski nazywa „staro-nowymi”. To oczywiście uproszczenie, ale jakże pouczające. Dwa inne niezbędne elementy uzupełniają tę krótką analizę analiz Alek- sandra Smolara. Pierwszy to klarowny, ostry styl, daleki od pompatyczne- go mętniactwa większości tekstów naukowych, lecz nigdy nie ześlizgujący się w dziennikarską powierzchowność. Autor nie boi się śmiałych, czasem szokujących tez, ale zawsze wspiera je faktami i argumentami. Po drugie, jak wszystkie dobre analizy polityczne, i jego opierają się na znajomości historii. Związki między pamięcią i historią – indywidualną i zbiorową – są bowiem drugim ważnym wątkiem jego pisarstwa, również tego tomu. Interesuje Smolara pamięć jako taka, vide jego pouczające eseje o Francji. Ale najbardziej interesują go dwie tożsamości zbiorowe, własne by tak rzec prawe i lewe ramię – tożsamości polska i żydowska. Nie byłoby chyba błędem powiedzieć, że oba te ramiona są obolałe, jak u kogoś (autor wie to najlepiej), kto doznał w wypadku bolesnej kontuzji. Jest fascynujący moment w rozmowie z Jerzym Giedroyciem z połowy lat 70., opublikowanej po raz pierwszy w 1986 roku, teraz tu przedruko- wanej i do dziś wypełnionej żywymi treściami. Rozważając bolesne zawi- łości stosunków polsko-żydowskich, Giedroyc mówi: „Tak, to jest trudna sprawa, która zresztą ogromnie nam szkodzi i bardzo nas zatruwa. No ale, wie pan, to jest straszny naród”. Na to Smolar wtrąca jedno słowo: „Któ- ry?” A Giedroyc: „No, Polacy”. W tym miejscu czuję się w obowiązku, parafrazując sławne słowa Rai- nera Marii Rilkego (ein jeder Engel ist schrecklich, każdy anioł jest strasz- ny), rzec: każdy naród jest straszny. Mówiąc dokładniej, każdy jest strasz- ny na swój sposób. Niemcy, Francja, Anglia, Ameryka – każdy z tych krajów w jakiejś straszności się specjalizuje (Ameryka na przykład w pa- ranoicznym polowaniu na czarownice: w XVII wieku Massachusetts, w latach 50. mccarthyzm, wreszcie po 11 września 2001). Straszna na- rodowa specyfika pojawia się i wchodzi w fazę ostrą w czasach rosną- cego napięcia, wojny, ekonomicznych załamań i w innych sytuacjach wyjątkowych. Wiele jest pól minowych i krętych ścieżek w relacjach między europej- skimi narodami – wystarczy pomyśleć o stosunkach angielsko-irlandzkich, 10 Tabu i niewinność niemiecko-rosyjskich czy kastylijsko-baskijskich w Hiszpanii. Ale z peł- nym przekonaniem stwierdzić mogę, że żadne miny nie są bardziej wybu- chowe ani żadne ścieżki bardziej (także emocjonalnie) splątane niż to, co nazywane bywa stosunkami polsko-żydowskimi. Lasciate ogni speranza, voi ch’entrate! Z równym przekonaniem dodam, że nie ma lepszego niż Aleksander Smolar przewodnika po tym labiryncie. Nie omijając żadnych trudności, jasno ukazuje on całą złożoność sytuacji. Jego wczesny esej Tabu i nie- winność (1986) pozostaje – przy wszystkim, co potem napisano – jedną z najbardziej zniuansowanych i przenikliwych analiz traum lat 30. i 40. W późniejszym, zatytułowanym Paryski Maj i polski Marzec, zauważa z nutą rozmyślnej przesady, że absurdem jest mówić o dialogu polsko-ży- dowskim we współczesnej Polsce, bo nie ma już strony żydowskiej. W re- zultacie „Polska prowadzi dialog ze sobą”. Analizując to, co wydarzyło się w Marcu 1968, pisze: „Władze rozpoczęły bowiem »odżydzanie PRL-u« dlatego, że liczyły na popularność, a przynajmniej na bierną przychylność dla takiej polityki części społeczeństwa”. Jego komentarz liczy cztery sło- wa: „I nie przeliczyły się”. Następnie stawia wprost pytanie, nad którym sam nieraz się zastana- wiałem: „skąd tylu Żydów, Żydów-Polaków, Polaków żydowskiego po- chodzenia, Polaków o żydowskich korzeniach – och, jakie język polski ma z Żydami problemy! – wśród inicjatorów ruchu 1968 roku?” (w tej licz- bie, rzecz jasna, on sam). Odpowiada wstępną hipotezą: „Czy więc zaan- gażowanie w rewolty 1968 roku nie może być interpretowane jako bunt postholokaustowej generacji przeciwko tragicznemu ciężarowi historii po- kolenia rodziców?” Rozszerzyłbym tę argumentację. Jest tezą czysto empiryczną, której za- przeczyłoby niewielu (jeśli w ogóle) zagranicznych badaczy polskiej histo- rii, że ta niewielka grupa (jakkolwiek dokładnie by ją zdefiniować) odegra- ła ogromną, nieproporcjonalną do liczebności rolę w bezprecedensowym, rozciągniętym na lata 1968–1989, pokojowym wyzwoleniu Polski, a po- tem, w następnym dwudziestoleciu, w demokratyzacji i integracji kraju z Europą. Godnym uwagi faktem, jawnie sprzecznym z odruchem koja- rzenia Polski z antysemityzmem (ciągle jakże częstym w Ameryce, Francji czy Wielkiej Brytanii) jest to, że przez ledwie dwie dekady niepodległa Pol- ska miała trzech szefów dyplomacji żydowskiego pochodzenia. Czyli wię- cej przez 20 lat niż Ameryka przez lat 200. Nie ma jednego, prostego wy- Wstęp 11 jaśnienia tego wyjątkowego polsko-żydowskiego wkładu w odrodzenie się wolnej Polski. Każdy kroczył nieco inną ścieżką, tylko indywidualne bio- grafie kryją więc przekonującą odpowiedź. Eseje Smolara na ten temat są chyba najgłębsze w całym zbiorze, należą też do najbardziej osobistych. Ale żaden nie jest głębszy ani bardziej osobi- sty niż hołd Markowi Edelmanowi – mowa pogrzebowa, trafnie zamykająca ten tom. W tym uczciwym i poruszającym eseju autor pyta: „Jak być Pola- kiem, nie przestając być Żydem?” Pisze o „autentycznym żydostwie” Edel- mana, od którego sam został „odcięty przez historię, wybory rodziców, i też (…) własne decyzje na rzecz Polski i polskości”. W tym miejscu, z dystansem insidera–outsidera, chciałbym pokusić się o uwagę, która – jak sądzę – tu pasuje. Wiele czołowych postaci brytyj- skiego życia umysłowego i publicznego uznać można według niektórych kryteriów za Żydów. W ściśle określonych kontekstach można ich okre- ślić mianem „brytyjskich Żydów”. W większości sytuacji nazwałoby się ich po prostu Brytyjczykami. W obszerniejszych biograficznych opracowa- niach byliby nazwani „żydowsko-brytyjskimi” albo też „brytyjsko-żydow- skimi” pisarzami, prawnikami, dziennikarzami, politykami itp. Z wszyst- kimi stosownymi zastrzeżeniami uznać to chyba wolno za semantyczną oznakę pewnej cywilizowanej normalności. Przez swoje życiowe wybory, osobowość, sposób myślenia, oddanie sprawie polskiej wolności i odwa- gę intelektualnej klarowności, z jaką patrzy na polsko-żydowską historię, Aleksander Smolar przyczynił się walnie do zbliżenia wolnej Polski do owego cywilizowanego stanu. Jego udział w budowaniu w Polsce nowoczesnej normalności wykracza jednak daleko poza tę szczególną kwestię. Kiedy mówimy o „normalności”, a zwłaszcza „normalizacji”, wskazana jest ostrożność. W XIX i na począt- ku XX wieku Wielka Brytania stawiana była w wielu europejskich krajach (także w Niemczech) za wzór nowoczesnej normalności, jednak Brytyjczy- cy szczycili się swą wyjątkowością. Mówiąc o „normalizacji” Czechosło- wacji po inwazji w sierpniu 1968 roku, Związek Radziecki miał na myśli powrót do komunistycznej normy. Po zjednoczeniu Niemiec w 1990 roku konserwatywni niemieccy intelektualiści mówili o „normalizacji” kraju. Chodziło im o to, żeby Niemcy jako naród i państwo bardziej przypomi- nały dzisiejszą Francję. Ale czy Francję początku XXI wieku można nazwać normalną? Co do Polski, to, że jest ona krajem suwerennym, niepodle- głym i samorządnym, że należy do wspólnoty bezpieczeństwa i współpracy 12 Tabu i niewinność gospodarczo-politycznej na równych prawach ze swymi zachodnimi, północnymi i południowymi sąsiadami, należy historycznie rzecz biorąc uznać za stan z gruntu nienormalny – zupełnie nieznany w jej nowożyt- nych dziejach. Jednak w Europie początku XXI stulecia wiemy mniej więcej, co mamy na myśli – nawet jeśli nasze normy były w przeszłości (i mogą, niestety, oka- zać się w przyszłości) od normalności dalekie. W zakres tej nowoczesnej, europejskiej normalności wchodzi prawno-polityczna suwerenność dobro- wolnie delegowana w ramach Unii Europejskiej i NATO. Ale należy do niej też swoista suwerenność psychologiczna i intelektualna w odniesieniu do zarówno przeszłości, jak przyszłości. W pierwszym przypadku ozna- cza ona stan, który nazwałem mezomnezją. Nie jest to hipermnezja miejsc takich, jak Jugosławia lat 90., z ich obsesyjnym rozpamiętywaniem prze- szłości i brakiem jasnej granicy między nią a teraźniejszością. Ale nie jest to też amnezja Niemiec lat 50. czy Hiszpanii lat 70. Historia jest znana, ze swymi jasnymi i ciemnymi stronami. Została publicznie udokumentowa- na i uznana. Ale nie przyprawia o traumatyczną udrękę społeczeństwa ani jego zbiorowej świadomości. Uważam, że dopiero po 1989 roku Polska zy- skała szansę wypracowania sobie „normalnego” albo może raczej zdrowe- go podejścia do historii. Nie będąc już jej ofiarą – ostatecznie od 20 lat na- leży do obozu zwycięzców – winna móc spokojnie uznać zarówno dobro, jak i zło własnej przeszłości. Suwerenność psychologiczno-intelektualna odnosi się również do przy- szłości. W kilku miejscach tego tomu mówi Smolar, że Polacy muszą na- uczyć się myśleć o sobie nie tylko „my, Polacy”, ale i „my, Europejczycy”. Polska jako liczący się europejski kraj ma teraz szansę kształtować nie tyl- ko własne losy, ale i losy całego kontynentu, a także Europy w coraz mniej europejskim świecie. (Do wielu publicznych działań Smolara należy udział w gronie zarządzającym Europejską Radą Stosunków Zagranicznych, któ- ra zajmuje się budowaniem europejskiej polityki zagranicznej). Polska jest przecież jednym z sześciu największych krajów Unii Europejskiej i jedynym regionalnym mocarstwem w jej wschodniej połowie. Kiedy Polacy mówią „Zachód”, nadal często myślą, że jest on gdzie indziej. Dziś Polska jest częś- cią Zachodu – albo tego, co z niego w sensie geopolitycznym zostało w co- raz bardziej post-zachodnim świecie. Zachód to my. Jako pisarz i komentator, jako analityk polskiej polityki szanowany przez polskich polityków z lewicy i prawicy, a także przez czytelników z całego Wstęp 13 świata, wreszcie jako prezes Fundacji im. Stefana Batorego, odgrywającej w Polsce doniosłą rolę jako forum cywilizowanej debaty o polityce i spra- wach publicznych, Aleksander Smolar przyczynił się jak mało kto do po- wstania nowoczesnej, europejskiej Polski suwerennej psychologicznie i poli- tycznie w relacjach ze Wschodem i Zachodem, z przeszłością i przyszłością. O tym świadczy ten wybór esejów, szkiców i wywiadów z ostatnich 30 lat. Przełożył Sergiusz Kowalski Oksford, luty 2010 Jechałem w pustkę, wracałem z radością Andrzej W. Pawluczuk: Proszę przypomnieć czytelnikom „Tygla Kultury”, w jakich okolicznościach udawał się Pan na emigrację. Aleksander Smolar: Wyjechałem w lutym 1971 roku, można powiedzieć, że była to opóźniona emigracja marcowa. Wyrzucono mnie z Uniwersyte- tu Warszawskiego, gdzie byłem asystentem. Po rocznym pobycie w więzie- niu imałem się różnych zajęć, gdyż nie miałem możliwości kontynuowania pracy akademickiej. Zdecydowałem się więc na emigrację. Pojechałem najpierw do Włoch; przez pierwszy rok byłem na amerykań- skiej uczelni w Bolonii, Johns Hopkins University (szkoła stosunków mię- dzynarodowych), a później szukałem pracy w pięciu różnych krajach, nie wiedząc, gdzie będę ostatecznie mieszkać. Potem dostałem pracę w Paryżu, w Krajowym Centrum Badań Naukowych (CNRS), co w polskich katego- riach byłoby odpowiednikiem akademii nauk. Powiedział Pan, że była to spóźniona emigracja marcowa. Czy to znaczy, że nie czuł Pan wcześniej presji, nie zmuszano Pana do wyjazdu? Nikt mnie do wyjazdu nie zmuszał, to była decyzja, z którą zmagałem się długo, a która została podjęta z opóźnieniem ze względu na ogólną sytua- cję, w której się znalazłem. Jaka to była sytuacja? Osobista, zawodowa, poczucie marginalizacji zarówno w sferze osobistej, jak i zawodowej. 16 Tabu i niewinność Z jakim nastawieniem wyjeżdżał Pan z Polski? Przede wszystkim z dużą dozą niepewności. Zawsze, poza pracą akademi- cką, były dla mnie ważne sprawy publiczne. Od wielu lat byłem zaangażo- wany w ówczesną, skromną działalność opozycyjną – to był dla mnie istot- ny wymiar, ale emigrując, nie wiedziałem, jaki będę mógł wybrać model życia. Niczego nie byłem pewien, gdyż wyjeżdżając, nie miałem niczego za- łatwionego, a przede wszystkim – pracy. Jechałem w kompletną pustkę. Nie wiedziałem także, jakie tam, za granicą, będą możliwości działania na rzecz Polski. Innymi słowy, mając wtedy lat prawie trzydzieści, jechałem w świat, nie mając żadnych punktów orientacyjnych. Ale bardzo szybko, bo zale- dwie pół roku później z rodziną, która mieszkała w Szwecji, i wraz z gro- nem przyjaciół podjęliśmy decyzję o wydawaniu pisma. To był kwartalnik „Aneks”? Tak, „Aneks”, który ukazywał się przez siedemnaście lat, od 1973 roku. Jak Europa przyjmowała w tamtym czasie polską emigrację? Polska emigracja nie była wówczas masowym zjawiskiem. Oczywiście to wszystko, co wydarzyło się w Polsce w związku z tak zwanym Marcem, wywołało duży rezonans, toteż ci, którzy wyjeżdżali w 1968 i 1969 roku, spotykali się z daleko idącą pomocą. Ja wyjeżdżałem już w innym okresie i moim priorytetem było kontynuowanie pracy akademickiej, czego nie mogłem robić w Polsce. Toteż w moim przypadku nie odgrywało roli, ja- kie było ogólne nastawienie do emigracji, ale istotna była decyzja kon- kretnej uczelni: czy mnie chcą, czy nie. Przez rok byłem na uniwersytecie w Bolonii, ale na bardzo specyficznych warunkach. W zasadzie przyjęto mnie tam jako studenta, a ja przecież byłem już po studiach, a na Uni- wersytecie Warszawskim pracowałem jako asystent. Ale chodziło o to, by dać mi szansę przeżycia roku za bardzo skromne stypendium, które wy- nosiło 100 dolarów miesięcznie. A kiedy ten rok dobiegł końca, złoży- łem podania do uczelni w pięciu różnych państwach. Jak Pan więc widzi, nie można mówić o żadnych ogólnych regułach, dotyczących przyjmo- wania emigrantów. Ale traktowano Was chyba jednoznacznie jako wychodźstwo polityczne? Byliśmy postrzegani jako ofiary różnego rodzaju dyskryminacji, jako uchodźcy z kraju niedemokratycznego. Zdarzyło się nawet raz, że mój sta- Jechałem w pustkę, wracałem z radością 17 tus uchodźcy z Europy komunistycznej pomógł mi w staraniach o pracę. Kiedy ubiegałem się o stałe zatrudnienie w Krajowym Centrum Badań Na- ukowych w Paryżu, były tylko dwa wolne miejsca, a kandydatów, jak co roku, kilkudziesięciu. Wygrałem dzięki pewnego rodzaju kontraktowi, któ- ry został zawarty w komisji naukowej CNRS pomiędzy lewicą a prawicą. Otóż akurat napłynęła w tym czasie, po obaleniu prezydenta Allende, duża emigracja z Chile – oczywiście – lewicowa. Prawica zgodziła się na przy- jęcie Chilijczyka pod warunkiem, że lewica zgodzi się, by przyjęto mnie – emigranta z Polski. Nie bez znaczenia było też poparcie Raymonda Arona, który mnie – mogę tak powiedzieć – przygarnął od pierwszych dni mojego pobytu we Francji. I to był jedyny przypadek, kiedy skorzystałem ze statu- su uchodźcy politycznego. A jakie było samopoczucie polskich emigrantów? Czy można mówić, że mniej lub bardziej świadomie nawiązywaliście do tradycji Wielkiej Emi- gracji? Myślę, że ostatnim pokoleniem, które miało takie poczucie, była emi- gracja wojenna, która utrzymała instytucje niepodległej Rzeczpospolitej; miała ona silne poczucie legitymacji narodowej. Żywa była w niej trady- cja romantyczna i bezpośrednie odwoływanie się do doświadczeń Wiel- kiej Emigracji. Później wyjazdy z Polski były już – powiedzmy – wąskim strumyczkiem, nie było masowego zjawiska uchodźstwa, które daje legitymację do repre- zentowania kraju. Natomiast w naszym przypadku jakiekolwiek aspirowanie do tworzenia za granicą polskiego Piemontu byłoby dowodem megaloma- nii i wyglądałoby śmiesznie. Mieliśmy oczywiście poczucie, że to, co robi- my na obczyźnie, powinno służyć krajowi, ale bez megalomańskich aspi- racji. Na ten temat wiodłem spór z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim. Środowisko „Kultury” uznało, że po 13 grudnia 1981 roku punkt ciężko- ści polskiego życia narodowego znowu przenosi się na emigrację. Była to fałszywa diagnoza, ale rozumiałem, że pokolenie Herlinga-Grudzińskiego mogło tak myśleć. Nie było przypadkiem, że nasze pismo nazwaliśmy „Aneks”, co jed- nocześnie było skromnym programem. Nasza działalność była pomyślana właśnie jako aneks, dodatek, uzupełnienie niezależnych działań podejmo- wanych w Polsce. 18 Tabu i niewinność A oczywiste było dla Was, że należy od razu przystąpić do pracy na rzecz kra- ju? To jest wszak tradycja każdego pokolenia polskiej emigracji politycznej. Tak, oczywiście, ale z poczuciem dużej skromności i z uważnym wsłuchi- waniem się w głos środowisk i grup aktywnych intelektualnie i politycznie w Polsce. My przecież, a mówię o nielicznym środowisku skupionym wo- kół kwartalnika „Aneks”, nie forsowaliśmy żadnego konkretnego progra- mu politycznego, nie narzucaliśmy żadnej idei. Chcieliśmy raczej dostar- czać strawy duchowej, stąd publikowaliśmy analizy polityczne „z różnych stron”. Mieliśmy bowiem poczucie, że nie mamy żadnej odpowiedzi na polskie problemy. Szukaliśmy, a nie przekonywaliśmy. Był to więc bardziej rodzaj pośrednictwa między tym, co dzieje się na Zachodzie, a Polakami w kraju i na emigracji. Dzięki temu, że wrastaliśmy w tamtejsze środowi- ska naukowe i opiniotwórcze, angażowaliśmy do występowania w polskich sprawach, dla obrony środowisk opozycyjnych wielu wybitnych ludzi Za- chodu. Mieliśmy także bardzo rozbudowane kontakty z prasą zagraniczną, radiem, telewizją. Nie zdarzyło mi się, na przykład, aby „Le Monde” odmó- wił opublikowania wiadomości bądź artykułu, który uznawałem za ważny. Stosunki były dobre i było zaufanie do tego, co im przynosiłem. Tak więc te nasze związki intelektualne z tamtejszymi środowiskami dawały dwie rze- czy: mieliśmy dostęp do wpływowych ludzi, a ponadto byliśmy niezależni materialnie. Nie żyliśmy i nie musieliśmy żyć z działania dla Polski, a zresz- tą takich pieniędzy wtedy nie było. Czy z tamtej, zagranicznej perspektywy, istnienie i działalność emigracji miały jakieś znaczenie dla sytuacji w kraju? Myślę, że miały, chociaż było to znaczenie ograniczone. Po pierwsze, istotne dla Polaków w kraju było, że w ogóle istniało niezależne słowo, niekontrolowane przez peerelowską władzę. Później, w latach 80., kiedy w Polsce rozwija się żywiołowo niezależny ruch wydawniczy, to znaczenie pism emigracyjnych gwałtownie spada. Po drugie – istotną rzeczą było informowanie kraju o tym, co w samej Polsce się dzieje; integrowało to rozproszone grupy opozycyjne. Za naszym pośrednictwem radio Wolna Europa informowało ludzi w Mławie czy Koninie o działalności opozy- cyjnej w innych miastach. To sprawiało, że ci ludzie nie czuli się samotni, w swoim oporze widzieli sens, grupowali się wokół wspólnej idei. W sy- tuacji, kiedy władza blokowała kanały przepływu informacji, było to nie- słychanie ważne. Jechałem w pustkę, wracałem z radością 19 A po trzecie – dzięki naszym kontaktom mogliśmy wpływać na mię- dzynarodową opinię publiczną. Udawało nam się nawet mobilizować in- telektualne środowiska na Zachodzie, inspirować listy z protestami podpi- sane przez znane osobistości polityki, nauki i kultury. Ta forma zużyła się ostatnimi laty, ale wówczas, w latach 70. i 80. miała jeszcze swoje znacze- nie i taki list bardzo denerwował ówczesną władzę w Peerelu. Mieliśmy także bardzo dobre kontakty polityczne z wieloma partiami demokratycznymi na Zachodzie. Toteż jeżeli zaistniała potrzeba, można było łatwo uzyskać spotkanie z najwybitniejszymi politykami w tych kra- jach i przedstawić im nasz punkt widzenia. W ten sposób poznałem na przy- kład Mitterranda, który później został prezydentem Francji. Czy tej znajomości spraw Polski przez Mitterranda generał Jaruzelski „za- wdzięczał” bardzo chłodne przyjęcie w Paryżu w 1985 roku? Może warto przypomnieć tamte wydarzenia, gdyż były one tematem wielu dowcipów. Otóż Jaruzelski wracał wtedy z oficjalnej wizyty w Libii, gdzie – ma się rozumieć – przyjmowany był z pełnymi honorami. W drodze powrotnej do Polski koniecznie chciał złożyć wizytę prezydentowi Francji. Nie było jednak żadnego oficjalnego, z honorami powitania. Francuzi potraktowa- li jego przyjazd jako wizytę prywatną, Mitterrand przyjął go wprawdzie, ale Jaruzelski wszedł do Pałacu Elizejskiego nie głównym wejściem, ale – jak mawiali paryżanie – kuchennym, czyli wejściem dla służby. Mitter- rand musiał też później wysłuchać wiele krytycznych uwag ze strony inte- lektualistów i polityków. Nawet premier Fabius miał mu za złe, że przyjął generała. Nie przeceniałbym roli polskiej emigracji, chociaż nasze kontakty z francu- skimi politykami były żywe i przyjazne. Poza Mitterrandem kontaktowa- łem się także z późniejszym premierem Francji Lionelem Jospin i dzisiejszą czołówką tamtejszego życia politycznego. Aż tak poważnie traktowano nad Sekwaną polskich uchodźców? Nie w tym rzecz. W kraju demokratycznym, jeśli ktoś bardzo chce spot- kać się z przywódcą dużej partii, to w końcu zostanie przyjęty. A po dru- gie – kiedy ma się pewne kontakty, ma się wpływowych przyjaciół, to za- wsze można ich poprosić o ułatwienie kontaktu. Znałem bardzo wybitnych naukowców francuskich, a skoro mieli do mnie zaufanie, wówczas ułatwienie mi kontaktu z wpływowym politykiem 20 Tabu i niewinność było dla nich kwestią jednego telefonu. Nie znaczy to oczywiście, że za każdym razem wynikały z takich spotkań konkretne skutki. Najważniej- sze było jednak, że do takich spotkań dochodziło i mogłem wyjaśnić nasz punkt widzenia; także w Stanach Zjednoczonych, Hiszpanii, Anglii, kra- jach skandynawskich i we Włoszech polska emigracja miała dobre i żywe kontakty z tamtejszymi przywódcami politycznymi. Trochę gorzej było z tym w Niemczech. Po czwarte wreszcie – nasza rola polegała także na organizowaniu po- mocy materialnej dla osób prześladowanych w Polsce. Zanim ruszyła duża pomoc ze strony tamtejszych związków zawodowych, to w latach 70. my w dużym stopniu zbieraliśmy pieniądze i przekazywaliśmy do kraju, na po- moc dla KOR-u i osób represjonowanych przez reżim. Nikt jeszcze wtedy nie wierzył w rychły upadek komunizmu, rozpad ZSRR i wybicie się Polski na niepodległość. Czy nie rzutowało to na Pana zaan- gażowanie w sprawy kraju? Nie, chociaż przyznam, że nie wyobrażałem sobie wtedy powrotu do Polski. Tak więc, poświęcając masę czasu sprawom polskim, często kosztem pracy akademickiej, nie miałem w sobie takiego optymizmu, jak emigracja wo- jenna. Oni wierzyli, że za parę lat będzie kolejna wojna i wrócą do wolnej Polski. Spośród nas nikt sobie nie wyobrażał, że zmiany nadejdą tak błyska- wicznie. Ówczesny świat i układ polityczny wydawał się stabilny na wiele dziesięcioleci. Nawet jeżeli ktoś wierzył, że komunizm musi się zawalić, to jednak nikt nie umiał powiedzieć, kiedy to nastąpi. Musieliście jednak mieć poczucie sensu swojej pracy? Tak, oczywiście, ale to poczucie sensu nie było związane z jakimiś odległy- mi, maksymalnymi celami. Ten sens widzieliśmy raczej w samym tworze- niu wysp wolności w Polsce, czy choćby pomocy ludziom, z którymi byli- śmy w Polsce zaprzyjaźnieni. Było to nie tylko poczucie obowiązku wobec zasadniczych wartości, ale i wobec konkretnych ludzi, którzy byli prześla- dowani. Była to z naszej strony już nie polityka, ale zwykła przyzwoitość. A czy pamięta Pan, w którym roku zaczęło się myśleć i mówić, że lata pa- nowania komunizmu są już policzone? Zawsze byli ludzie, którzy to przepowiadali. Na przykład Amalrik, który postawił pytanie, czy Związek Radziecki przetrwa rok 1984, niewiele się Jechałem w pustkę, wracałem z radością 21 pomylił. Emmanuel Todd, młody i błyskotliwy historyk francuski, napisał w latach 70. książkę La chute finale1, czyli „Ostateczny upadek”, gdzie bar- dzo realistycznie, jak się później okazało, opisał rozpad Związku Radzie- ckiego. Ale te książki nie odzwierciedlały powszechnego sposobu myślenia o przyszłości ZSRR. Tak naprawdę zaczęto dostrzegać szansę upadku ko- munizmu niemal w ostatniej chwili. Wrócił Pan do kraju w 1989? Tak naprawdę, to trochę później, w 1990. Jak Pan po tylu latach znalazł Polskę? Pierwszy raz od wyjazdu byłem w Polsce w 1987 roku, dostałem wizę specjalną i przyjechałem na pogrzeb. To był dla mnie szok, coś niewia- rygodnego. Wracałem po szesnastu latach i odnosiłem wrażenie, że nic, kompletnie nic się nie zmieniło. Znajdywałem te same dziury w tych sa- mych miejscach, te same zepsute neony i rozwalone płoty, te same puste wystawy i zakurzone szyby, słowem, nadal trwała niewzruszona ta sama brzydota świata materialnego. Nawet po zapachu poznawało się wschod- nią Europę, gdyż benzyna pachniała tu zupełnie inaczej niż na Zacho- dzie, gdzie właściwie się jej nie czuje. Z zamkniętymi oczami można było rozpoznać, gdzie się przekraczało granicę dwóch systemów. Po szesnastu latach znalazłem się dokładnie w tym samym miejscu, z którego wyje- chałem. To było niesamowite i przygnębiające uczucie. Kiedy przyjecha- łem już w 1990 roku, było zupełnie inaczej. Widać było ogromny pęd do zmian. A czy dostrzegł Pan zmiany w ludziach? Przyznam się, że na początku miałem wątpliwości co do przebiegu prze- mian w Polsce, nie sądziłem, że będą tak szybkie i gruntowne, że w ludziach będzie tyle energii. Przecież społeczeństwo zostało tak straszliwie przeora- ne przez okupację, wojnę, zmianę granic, później doświadczone koszmar- nymi latami stalinizmu i późniejszym socjalizmem. Toteż obawiałem się, że w Polakach będzie znacznie mniej dynamizmu niż w Czechach czy Wę- grach. A okazało się, że jest całkowicie przeciwnie. 1 Emmanuel Todd, La chute finale, Robert Laffont, Paris 1976. 22 Tabu i niewinność Nadal pozostaje dla mnie nieodgadnioną tajemnicą, jak nasze społeczeń- stwo, pozbawione klas wyższych, średnich, właściwie chłopskie społeczeń- stwo z tradycjonalizmem, konserwatyzmem kulturowym, znalazło w sobie tę brutalną dynamikę, która jest źródłem rozwoju ostatnich dziesięciu lat. Jest to dla mnie czymś fascynującym. Po powrocie objął Pan od razu ważne stanowisko rządowe jako doradca pre- miera Mazowieckiego, a potem szef zespołu doradców. Proszę powiedzieć, czy była to trudna praca? Czy często Pański punkt widzenia nie był rozu- miany i brany pod uwagę? Miałem wyczucie granic własnej kompetencji. To znaczy tam, gdzie wi- działem, że moja kilkunastoletnia nieobecność w kraju może być przeszko- dą w rozumieniu złożonych problemów, byłem bardzo ostrożny w formu- łowaniu sądów. Natomiast w sprawach, na przykład, polityki zagranicznej moje doświadczenie emigracyjne było bardzo przydatne. Wracał Pan z radością do Polski? Absolutnie tak! Po pierwsze – przyjeżdżałem do kraju wolnego, suweren- nego, a więc innego niż ten, z jakiego wyjeżdżałem. Ale w sensie głębszym wracałem jednak do tej samej Polski. Było to uczucie znalezienia się na po- wrót u siebie. Czuję się w Paryżu znakomicie, wrosłem w tamtejsze życie, środowisko, klimat społeczny i intelektualny, współpracuję nadal z redak- cjami kilku czasopism, podtrzymuję związki z niektórymi partiami poli- tycznymi, ale po pięciu minutach w Polsce rozumiałem znowu każdy kod kulturowy, każdą reakcję. Więc to było wspaniałe, że tak długa, kilkunasto- letnia nieobecność przestaje istnieć w ciągu paru minut. Bardzo cenny jest ten Pański optymizm i wiara w Polskę i Polaków. Ale na przykład Jerzy Giedroyc, którego przecież zasługi dla Polski są niepodwa- żalne, nie chce przyjechać do kraju, a niedawno, w wywiadzie dla „Wprost” powiedział wręcz, że „społeczeństwo polskie jest zdziczałe”. Ja nie miałbym odwagi tak powiedzieć, tak uogólniać. Ale przecież ostat- nie zajścia z młodzieżą w Słupsku i Katowicach dowodzą, że dzieje się nie- dobrze. Jest to ogromny problem kulturowy i nie wiadomo, jak go roz- wiązać. Rozumiem, że to skutek bardzo wielu zjawisk i tego, co działo się w Polsce przez poprzednie dziesięciolecia, ba – to są nawet skutki czasów wojny, wielkich migracji, rozbijania więzi społecznych, a także skutki prze- Jechałem w pustkę, wracałem z radością 23 mian ostatnich lat, gdzie było wiele straszliwych dramatów ludzkich. Weź- my chociażby ogromny szok bezrobocia dla kilku pokoleń, które w ogó- le nie miało o bezrobociu pojęcia, czy wreszcie – wystawną, ostentacyjną konsumpcję niektórych grup, która drażni młodych ludzi, zwłaszcza tych, co nie widzą przed sobą żadnych szans i perspektyw na lepsze życie. Moż- na więc powiedzieć, że istnieją dostrzegalne elementy zdziczenia społeczne- go, jest to w tej chwili największy problem w Polsce, ale to samo – pamię- tajmy – występuje też na Zachodzie, częstokroć w skali nie mniejszej niż u nas. Tak że jeżeli oceniamy przemiany po 1989 roku, to uważam, że Pol- ska przechodzi ten okres w sposób cywilizowany. Nie zmarnowaliśmy tych dziesięciu lat? Wręcz przeciwnie! Oczywiście można, jak właśnie Jerzy Giedroyc, stawiać poprzeczkę jeszcze wyżej, a nawet jest ważne, by ludzie z dużym autory- tetem stawiali wyższe wymagania. Ja jednak, ze swojej pozycji obserwato- ra i analityka rzeczywistości, widzę mnóstwo rzeczy wspaniałych, pozytyw- nych, które zostały zrobione po 1989 roku. Jak Pan dzisiaj ocenia swoje doświadczenia emigracyjne? Z punktu widzenia egzystencjalnego emigracja jest przeżyciem niepowtarzal- nym. To doświadczenie ma oczywiście różne wymiary. Jeden rok we Wło- szech, rok w Stanach Zjednoczonych, prawie rok w Anglii i długi pobyt we Francji dały mi doświadczenia, które bardzo człowieka wzbogacają. Poza tym istotne było doświadczenie kulturowe, poznanie innych świa- tów, a to znowu dawało możliwość spojrzenia na swój kraj z innej, odmien- nej perspektywy. Często przeżywałem też ból nieobecności, ale to jest uczu- cie, o którym nie umiem opowiadać. Czy na koniec tej rozmowy da się Pan skusić na przepowiednię co do przy- szłości Europy? Co nas czeka w najbliższym czasie? Będziemy mieli dłuż- szy okres spokoju i pokoju? Myślę, że tak. Po raz pierwszy od setek lat Polska znalazła się w bezpiecz- nej przystani, co naturalnie nie znaczy, że nie będzie problemów. Ogrom- na niepewność wiąże się z rozwojem wydarzeń na Wschodzie. Już w marcu będą wybory na Ukrainie, a ich wynik, którego nikt dzisiaj nie zna, może zmienić nie tylko sytuację w tym wielkim kraju, ale może też rzutować na atmosferę w Polsce. Nie sądzę, aby coś nam z tamtej strony zagrażało, ale 24 Tabu i niewinność może pojawić się u nas element niepokoju i pewnej destabilizacji. Dalej – nie wiadomo, co będzie z Rosją, a jest to kraj, który jeszcze przez dziesiąt- ki lat będzie przeżywał wstrząsy i z trudem dostosowywał się do nowoczes- ności, co także będzie wpływało na sytuację w Polsce. Natomiast Polska będzie integrowała się z Europą i wspólnotą euro- atlantycką, chociaż zapewne nie tak szybko, jak to powiada się w różnych oficjalnych deklaracjach. Dziękuję za rozmowę. 1998 Polska rewolucja KOR Z apada zmierzch. W stosunkowo dużym mieszkaniu Edwarda Li- pińskiego odbywa się zebranie Komitetu Samoobrony Społecznej KOR. Większości członków udało się dotrzeć na miejsce. Mili- cja wyjątkowo nie interweniuje. Tylko na schodach kilku tajniaków spisu- je przybywających. Inni kręcą się po okolicznych ulicach. Około trzydziestu osób rozmawia o represjach w różnych regionach Pol- ski, aresztowaniach, pobiciach, zwolnieniach z pracy. O najnowszych wyczy- nach cenzury, o jakiejś nadchodzącej rocznicy, która pozwoli przypomnieć historyczne tradycje narodu. Dyskutują o nowej, niesprawiedliwej ustawie dotyczącej emerytur dla chłopów, o warunkach pracy górników. Komitet redakcyjny odczytuje najnowsze oświadczenia, apele i analizy KOR-u. Ze- branie trwa wiele godzin. Uczestnicy zachowują się jak wolni ludzie. „Wolni ludzie w wolnym kra- ju”, mówi ironicznie Adam Michnik. Jakby nie groziło im na każdym kroku aresztowanie czy prześladowania, pobicie w korytarzach sądowych, w trakcie wykładu dla Uniwersytetu Latającego albo po prostu w ciemnej ulicy. Czło- wiek się szybko przyzwyczaja do oddychania wolnym powietrzem, nawet jeżeli towarzyszy mu ustawiczne ryzyko. Także miliony Polaków przyzwy- czaiły się, że żyją wśród nich wolni ludzie. Śledzą ich działalność, protesty, apele i inicjatywy społeczne w krzepnącej prasie podziemnej, w wiadomoś- ciach zagranicznych radiostacji i nawet w oficjalnej propagandzie. Równie zdumiewająca jak wolność, z jaką postępują, jest różnorodność obecnych. Gospodarz, senior KOR-u, ma ponad dziewięćdziesiąt lat. Tuż za nim na skali wieku plasuje się kilka innych postaci: ksiądz Zieja, An- toni Pajdak, Adam Szczypiorski. Na przeciwnym krańcu trzydziestolatki: 28 Tabu i niewinność Andrzej Celiński, Piotr Naimski czy Konrad Bieliński, którzy w dorosłe ży- cie weszli w latach 70. Ludzie ci wykonują różne zawody, pochodzą z różnych sfer społecznych. Jedni, jak gospodarz, profesor ekonomii, albo Jan Kielanowski, biolog, są szeroko znani w Polsce i za granicą. Obaj są członkami Polskiej Akademii Nauk i doktorami honoris causa licznych zagranicznych placówek nauko- wych. Obok nich wielka aktorka, Halina Mikołajska, laureatka Nagrody Państwowej, i pisarz Jerzy Andrzejewski. Są poeci: Stanisław Barańczak, Je- rzy Ficowski, Anka Kowalska. Ludzie znani z działalności społecznej przed wojną, w czasie wojny i po niej. Ksiądz Zieja był kapelanem wojskowym podczas wojny 1920 roku przeciwko bolszewikom, potem w 1939 roku i w czasie Powstania Warszawskiego. Antoni Pajdak i Józef Rybicki to sztan- darowe postacie ruchu oporu. Aniela Steinsbergowa, adwokatka, broniła w niezliczonych procesach politycznych przed wojną i po wojnie. Jan Józef Lipski jest pracownikiem Akademii Nauk, byłym powstańcem warszaw- skim 1944 roku, prezesem Klubu Krzywego Koła po 1956 roku. Odegrał w tamtym okresie względnej liberalizacji ogromną rolę. Liczniejsi są młodzi. Wyróżniają się nie tylko wiekiem, ale i statusem spo- łecznym. Zaangażowali się w działalność opozycyjną po 1968 roku, więk- szość z nich utraciła wszelkie możliwości pracy i normalnej kariery. Zarabia- ją na życie jako malarze pokojowi, piszą pod pseudonimami. Wśród nich wybija się Jacek Kuroń, wielka postać opozycji, sześć lat więzienia w latach sześćdziesiątych. Obok niego Mirosław Chojecki, twórca Niezależnej Oficy- ny Wydawniczej NOWa. Nieco dalej Adam Michnik, jeden z trzech Pola- ków najczęściej wymienianych w prasie międzynarodowej, jeśli wierzyć son- dażom polskiej prasy. Bogdan Borusewicz, którego już w wieku licealnym poszukiwała milicja, człowiek wyjątkowo odważny i pomysłowy; stanie się później jedną z kluczowych postaci strajku w Stoczni Gdańskiej. Jest też An- drzej Celiński, sekretarz Uniwersytetu Latającego, przezywany Jego Magni- ficencją. Są Henryk Wujec i Jan Lityński, redaktorzy „Robotnika”, pisma, którego rolę w rozwoju polskiego ruchu robotniczego trudno przecenić. Ja- cyż to różni ludzie! Edward Lipiński, socjalista od 1905 roku, nadal uważa się za marksistę. Właśnie wyrzucono go z partii. Antoni Pajdak, stary przy- wódca socjalistów, przestawiciel Rządu Londyńskiego w czasie wojny, upro- wadzony następnie przez KGB i skazany w procesie moskiewskim na długie lata więzienia. Inny stary socjał, Ludwik Cohn, skazany został w Polsce, kie- dy zawiodły wszystkie próby pozyskania go dla nowej władzy. Ksiądz Zieja KOR 29 z kolei skazany został po protestach przeciwko aresztowaniu prymasa Wy- szyńskiego w 1953 roku. Większość Episkopatu wtedy milczała. On nie. Jerzy Andrzejewski, przedwojenny pisarz katolicki, związał się w młodości na krótko ze skrajnie prawicowym pismem; po wojnie wstąpił do partii. Jego książka Popiół i diament, podobnie jak film, który na jej podstawie nakrę- cił Andrzej Wajda, nie podważały jeszcze legitymacji nowej władzy. Po 1956 roku Andrzejewski wystąpił z partii i odważnie przyłączył się do niezależnej opozycji. Jako jeden z nielicznych Polaków zaprotestował przeciwko inwa- zji na Czechosłowację w 1968 roku. Anka Kowalska, poetka, pracowała naj- pierw w katolickim PAX-ie, organizacji kierowanej przez przedwojennych faszystów. Wystąpiła z niej po 68 roku, oburzona antysemicką i antyinteligen- cką kampanią, do której PAX przyłączył się z entuzjazmem. Znajdziemy jed- nak wśród korowców i inne drogi życiowe: poeta Stanisław Barańczak wstą- pił do partii w 68 roku, by natychmiast z niej wystąpić. Jest jedną z wielkich postaci swego pokolenia, kariera stoi przed nim otworem. Wybiera niebyt, KOR i podziemne pisemka. Józef Rybicki nigdy nie splamił się współpracą z reżymem. Kiedy w 1968 roku przedstawiciele władz w poszukiwaniu alibi dla zrównoważenia kampanii antysemickiej zwrócili się do niego, aby złożył świadectwo o ratowaniu Żydów w czasie wojny (w którym sam brał udział), odparł z pogardą: „Nie myślę, aby moje świadectwo mogło panom posłużyć, sam jestem Żydem” (którym nie był). Jacek Kuroń, niegdyś młody zapalony komunista, potem zapalony rewizjonista, herold antybiurokratycznej rewo- lucji robotniczej, stał się w latach 70. ideologiem i głównym praktykiem sa- moorganizacji społeczeństwa. Są też przedstawiciele Klubu Inteligencji Ka- tolickiej Henryk Wujec i Maria Wosiek; były harcerz Antoni Macierewicz, silna osobowość, zaangażowany w ruchu studenckim 68 roku; dopiero co wy- rósł z klasycznej fazy młodzieńczej lewicowości i zafascynowania Che Gueva- rą. Jeszcze w 1972 roku, kiedy trwała wojna w Wietnamie, próbował zorga- nizować protest przeciwko wizycie Nixona w Warszawie. Obecnie jego myśl polityczna skupia się na niepodległości Polski. Historia w skrócie Obiegowy obraz dziejów KOR-u i prehistorii Solidarności, powielany przez tysiące artykułów prasowych i ekranizacje Wajdy w Człowieku z żelaza, wy- gląda w skrócie następująco: w marcu 1968 Polską wstrząsnął bunt studen- 30 Tabu i niewinność tów, którzy powstali przeciwko cenzurze, zniewoleniu kultury i bezprawiu. Ruch ten został zdławiony falą aresztowań, masowymi rugami z uniwersy- tetów i pracy i kampanią antysemicką oraz antyinteligencką. Reszta społe- czeństwa, z klasą robotniczą włącznie, przyglądała się bezczynnie manife- stacjom i represjom. W grudniu 1970 nadeszła kolej robotników. Po drastycznej podwyżce cen Wybrzeże stanęło do walki. Gdańscy, szczecińscy i gdyńscy stoczniow- cy ogłosili strajk i wyszli na ulice. Komitety partyjne stanęły w ogniu, pad- ły ofiary. Reszta społeczeństwa, z inteligencją włącznie, przyglądała się bez- czynnie tragedii. Czerwiec 1976: kolejna podwyżka cen, kolejna rewolta robotnicza. Strajki obejmują całą Polskę. Radomski komitet partyjny staje w ogniu. Chwilę później płoną komitety w Ursusie i Płocku. Władza ustępuje, ale się mści. Tysiące robotników idą na bruk, setki lądują w więzieniach, gdzie będą bici, torturowani. Wyroki sięgają dziesięciu lat. Tym razem jednak nie są pozostawieni sami sobie. Od pierwszej chwili inteligenci podnoszą głos w ich obronie. Protestują, apelują do wspólnoty międzynarodowej. Młodzież bez żadnej bazy i inspiracji organizacyjnej spontanicznie rusza z pomocą prześladowanym. We wrześniu 1976 powstaje Komitet Obro- ny Robotników. Rodzi się ruch solidarności, który błyskawicznie odnosi ogromny sukces: w 1977 wszyscy skazani są już na wolności. KOR prze- kształca się w Komitet Samopomocy Społecznej „KOR” – KSS „KOR” – i stawia sobie szersze zadania. Nie ogranicza się już do pomocy prześlado- wanym, chce współdziałać przy samoorganizacji społeczeństwa. W tym celu musi pogłębić związki ze środowiskami robotniczymi. Rewindykacje i formy działania będą opracowywane wspólnie. Tu, między innymi, znaj- dujemy zarodki Solidarności. Ten skrócony wykład historii nie jest fałszywy, więcej jednak stawia py- tań, niż udziela odpowiedzi. Na gest solidarności intelektualiści mogli teo- retycznie zdobyć się i w innych chwilach polskiej historii. Także skład gru- py, która ruszyła do działania, i okoliczności, które pozwoliły na zebranie pod jednym sztandarem tak różnorodnej gromady, wymagają zastanowie- nia. Przede wszystkim jednak należy zapytać, w jaki sposób ich akcja mo- gła wydać owoce, jakich nikt się nie spodziewał. Niełatwo wydestylować z powojennej historii Polski to, co najważniej- sze dla zrozumienia lat poprzedzających Solidarność. Tyle rzeczy wydaje się ważnych. KOR 31 Lata tuż powojenne. Miliony ofiar, Polaków i Żydow. Miliony przymuso- wych repatriantów, wygnańców z terenów zajętych przez Związek Sowiecki osiedlonych na dawnych terenach niemieckich, które alianci przyznali Polsce. Długa wojna domowa przeciwko narzuconej przez Związek Sowiecki władzy. Terror i równolegle do niego odbudowa, barbarzyńskie uprzemysło- wienie, którego cenę Polska płaci do dziś. A jednak ten batem wykrzesany wysiłek otwierał perspektywę modernizacji kraju. Setki tysięcy chłopskich i robotniczych dzieci z zapałem pięło się po drabinie społecznej, utożsa- miając własny awans z awansem kraju. Zdumiewająca mieszanka, w której barbarzyńska przemoc pozbawiła naród samodzielnego bytu, oferując mu zarazem coś cennego i pociągającego, co kazało zapytywać się, czy obrana droga nie jest przypadkiem właściwa. Zglajszachtowany przez operacje, dokonywane na jego ciele przez aro- ganckich akuszerów historii, naród był pobity, rozdzierany głębokimi kon- fliktami między wierzącymi i niewierzącymi, partyjnymi i bezpartyjnymi, zwolennikami i wrogami nowego ustroju. Linie podziału przebiegały cza- sami wewnątrz jednego i tego samego człowieka. Z czasem, powoli, sytuacja się zmieniała. Naród wracał do zdrowia. Go- iły się rany, zadane wojną i powojennym terrorem. W publicznej przestrze- ni pojawiło się nowe pokolenie. Reżym tracił swój apokaliptyczny czar. Zło spowszedniało i straciło siłę przyciągania. Codzienne absurdy, materialna i duchowa jałowość ustroju kłuły w oczy. Władza przybrała postać pasoży- ta, pozbawionego wszelkiej użyteczności społecznej. Inteligencja dzieliła doświadczenia całego narodu, jego przerażenie i fa- scynacje, akcesy i wahania. Z tą tylko różnicą, że wydawała się przeżywać je ostrzej. W tej zbiorowości wyraźniej widać fazę choroby i symptomy zdro- wienia: być może dlatego, że z natury swych zawodów intelektualiści reje- strują wahania duszy i umysłu. Jednak z okowów strachu wyzwalało się po- woli całe społeczeństwo – odbudowywało więzi społeczne, przechodziło do porządku dziennego nad dawnymi podziałami, które niekiedy ciążyły jesz- cze mocno nad świadomością społeczną. W ten brutalnie zwięzły opis należy oczywiście wpisać konwulsje spo- łeczne i konflikty, które społeczeństwo i kolejne ekipy władzy musiały roz- wiązywać. W Polsce było ich znacznie więcej aniżeli w innych krajach ko- munistycznych: 1956, 1968, 1970, 1976, 1980. Lata 70. stanowią okres przyśpieszonej integracji społeczeństwa i co- raz bardziej oczywistej bezsilności władzy. Na takim tle należy uplasować 32 Tabu i niewinność KOR, jeżeli chce się zrozumieć jego rolę w ostatnim dziesięcioleciu. Naj- pierw jednak należy zapytać, czym był KOR, nie ulega bowiem kwestii, że reprezentował znacznie więcej aniżeli trzydziestu członków komitetu sensu stricto, wymienionych jeden po drugim w podziękowaniu pierwszego Zjaz- du Solidarności. Inicjatywa wyszła od młodych, Macierewicza, Borusewicza, Wujca, Cho- jeckiego, Naimskiego i innych, zdecydowanych nieść pomoc prześladowa- nym robotnikom. Oni pierwsi biegali od sądu do sądu, aby asystować przy wytaczanych robotnikom rozprawach, oni szukali ofiar i ich rodzin, orga- nizowali zbiórki i zebrane pieniądze rozwozili potrzebującym. Bici w ko- rytarzach sądowych przez milicję albo „nieznanych sprawcow”, zatrzymy- wani, niezorganizowani i pozbawieni oparcia, byli całkowicie bezbronni. Wtedy wpadli na pomysł, aby założyć komitet złożony ze słynnych osobi- stości, które dały już wyraz swej niezależności. Jeśli wierzyć licznym świa- dectwom, ich entuzjazm nie znalazł echa u starszych. Sceptyczni, nie my- śleli, by taki komitet mógł przetrwać nieuniknione represje, jakie musiały nań spaść. Mimo to zdecydowali się w końcu nadać swej solidarności z ro- botnikami konkretny wyraz. Koncentryczne kręgi KOR od początku symbolizował ruch znacznie szerszy aniżeli ścisłe jądro komitetu. W miarę jego sukcesów i coraz liczniejszych symptomów pogłę- biającego się kryzysu, ruch rozszerzał się, by w końcu ogarnąć dziesiątki tysięcy mężczyzn i kobiet. Ile ich właściwie było? Nie sposób na to odpo- wiedzieć, bo nie ma jednego kryterium przynależności do opozycji. Ruch obejmował koncentryczne kręgi. Pierwszy krąg stanowili członkowie ko- mitetu i kilkuset najaktywniejszych działaczy, zdecydowanych działać jak wolni ludzie w wolnym kraju, z podniesioną przyłbicą, jakąkolwiek cenę przyszłoby im za to zapłacić. Wyrzucani z pracy, relegowani ze studiów, poddani codziennym policyjnym szykanom, zbierali informacje, aby bez- prawie, samowola i przemoc nie pozostawały bezimienne. Korowska siatka informacyjna, której epicentrum stanowiło mieszkanie Jacka Kuronia, była jednym z największych sukcesów KOR-u. Miała wielkie osiągnięcia i ode- grała ogromną rolę, kiedy od początku 1980 roku Polskę zaczęły zalewać kolejne fale strajków. Dzięki niej robotnicy z jednego regionu dowiadywa- KOR 33 li się, czy strajkują i jakie rewindykacje wysuwają inni. Korowcy przemie- rzali całą Polskę. Trafili do rządowego ośrodka wypoczynkowego pod Arła- mowem, żeby stwierdzić, że zwierzyna, hodowana tam dla rozrywki notabli i ich polujących gości, dewastuje uprawy okolicznych chłopów; byli na Ślą- sku, aby zbadać warunki pracy w kopalniach, i prosto stamtąd udawali się na proces wysokiego urzędnika Ministerstwa Sprawiedliwości, który jed- nym strzałem karabinu zabił chłopskie dziecko. W tym szerokim ruchu KOR odgrywał kilka odrębnych ról. Założony w dużej mierze jako parasol ochronny, stał się w rzeczywistości ośrodkiem ruchu, jego najwyższym autorytetem i inicjatorem większości jego inicjatyw. Stało się tak, bo składał się z ludzi obdarzonych nie tylko wielkim autory- tetem, reprezentujących ciągłość polskich aspiracji demokratycznych i wol- nościowych, ale też z ludzi od lat zaangażowanych w ruchu oporu, Kuronia, Lipskiego, Macierewicza, Michnika, Blumsztajna, Lityńskiego i innych. Drugi krąg stanowiły tysiące anonimowych współpracowników komi- tetu. To oni przeprowadzali sondaże, pod pseudonimami publikowali ich wyniki w prasie podziemnej, organizowali zbiórki itd. Do tego kręgu należy również przypisać licznych intelektualistów, którzy publicznie brali w obro- nę prześladowanych, podpisywali apele. Trzeci krąg stanowili ci wszyscy, którzy wspierali ruch składkami pie- niężnymi (w 1976 roku oburzenie było tak wielkie, że pieniądze na KOR zbierano nawet w niektórych ministerstwach), kupowali niezależne publi- kacje i przekazywali je innym. Filozofia społeczna KOR-u wychodziła z założenia, że nie wystarczy sprzeciwiać się złu – należy przeciwstawić mu własne inicjatywy: w ten sposób uda się odbudować społeczeństwo cywilne. Rozmaite niezależne od KORu inicjatywy społeczne rozwinęły się pod jego skrzydłami, zbroj- ne w jego siatkę informacji i często w jego wsparcie finansowe. Myślę prze- de wszystkim o prasie, o Biuletynie Informacyjnym, pismach literackich, kwartalnikach „Zapis” i „Puls”, periodykach politycznych, takich jak „Głos” (wydawany przez ludzi bliskich Macierewiczowi) i „Krytyka” (związana z Kuroniem i Michnikiem), o chłopskim czasopismie „Placówka” i o „Ro- botniku”, adresowanym do robotnikow i częściowo przez nich redagowa- nym, przy współpracy Lityńskiego, Wujca i Borusewicza. W tym samym czasie Chojecki wraz z grupą współpracowników założyli wydawnictwo NOWa, które chlubi się dziesiątkami wielkiej wagi książek, powieści i ese- jów politycznych. To NOWa wydała Sołżenicyna i Güntera Grassa, Orwella 34 Tabu i niewinność i Gombrowicza, nie mówiąc już o Miłoszu. W chwili kiedy dostał Nobla, NOWa była jedynym polskim wydawnictwem, które mogło pochwalić się jego nazwiskiem w swoim katalogu. Wiosną 1977 roku związani z KOR-em studenci wpadli na pomysł, by stworzyć Studenckie Komitety Solidarności. Z nich wywodzi się wielu póź- niejszych działaczy Solidarności i Niezależnego Zrzeszenia Studentów, za- łożonego po sierpniu 80 i rozwiązanego, jako pierwsza organizacja do roz- kurzu, po ogłoszeniu stanu wojennego. KOR, a ściślej mówiąc atmosfera, jaką stworzył, leżał też u zaczątków Stowarzyszenia Kursów Naukowych, zwanego Uniwersytetem Latającym dla upamiętnienia tajnego nauczania w czasach rozbiorów i drugiej wojny świa- towej. Założony przez około stu uczonych, pisarzy i artystów, Uniwersytet Latający organizował wykłady w prywatnych mieszkaniach kilku wielkich miast Polski, wydawał własne serie wydawnicze, organizował konferencje naukowe i tak dalej. Uniwersytet był całkowicie niezależny od KOR-u, lu- dzie w nim wykładający niekiedy czuli się KOR-owi obcy, ale powstał dzię- ki KOR-owi i jego pomocy. Największy jednak wpływ wywarł KOR, jak pokazała historia, na śro- dowiska robotnicze. Nakład „Robotnika”, którego pierwszy numer wy- dano jesienią 1977 w kilku tysiącach egzemplarzy, podczas sierpniowego strajku 1980 roku osiągnął kilkadziesiąt tysięcy. Najszersze echo znalazł wśród robotników Gdańska, gdzie latem 1978 roku ukształtował się ko- mitet założycielski wolnych związków zawodowych z własnym pismem, „Robotnikiem Wybrzeża”, ściśle związanym z „Robotnikiem”. Komitetem założycielskim kierował Bogdan Borusewicz, a Biurem Interwencyjnym KOR-u Andrzej Gwiazda. Do najbliższych współpracowników KOR-u na Wybrzeżu należeli Anna Walentynowicz, Alina Pieńkowska, Bogdan Lis i Lech Wałęsa. Wszyscy okazali się głównymi postaciami wielkiego straj- ku sierpniowego. Komitety Samoobrony Chłopskiej też zrodziły się z atmosfery, jaką stwo- rzyła opozycja demokratyczna i pod jej opiekuńczym skrzydłem. W tym środowisku szczególnie aktywni byli Wiesław Kęcik i jego żona, redaktorzy „Placówki”, współzałożyciele Uniwersytetu Chłopskiego, na którym wykła- dali liczni działacze KOR-u i Ośrodka Badań Chłopskich, zorganizowane- go przez rejonowe komitety samoobrony chłopskiej. Wszystko to wyznaczało polityczny wymiar ruchu. Należy podkreślić, że KOR był instytucją polityczną w jednym tylko sensie: tym mianowicie, że KOR 35 wszyscy jego członkowie i sympatycy zdawali sobie sprawę z konsekwencji swych czynów, wiedząc doskonale, że w ustroju totalitarnym, nawet rozkła- dającym się, wszelkie aspiracje do większej autonomii społeczeństwa władza nieuchronnie interpretuje jako zamach na swoje prawa. Jednak w wąskim rozumieniu słowa KOR nie był i nie mógł być orga- nizacją polityczną. Po pierwsze, nie miał żadnego programu, a jego człon- kowie reprezentowali szeroki wachlarz poglądów i tendencji politycznych. Nie zmierzał do obalenia władzy ani tym bardziej do jej objęcia. Było jed- nak całkowicie naturalne, że na marginesie jego działalności rodziła się re- fleksja polityczna, która z czasem stała się integralną częścią ruchu, i że KOR starał się wpisać swą walkę obywatelską i społeczną w szerszą perspektywę walki o wyzwolenie polityczne i narodowe Polski. Było to zjawisko tyleż widoczne, co zrozumiałe, zażarte dyskusje i coraz ostrzejsze podziały po- lityczne pogłębiały się w miarę jak rozszerzał się ruch i precyzowała per- spektywa rychłej katastrofy. Myślę przede wszystkim o różnicach między KOR-em i innymi ruchami opozycyjnymi, ale także o konfliktach wewnątrz samego KOR-u: na przykład trzej jego działacze opuścili KOR, bo bardziej do nich przemawiała nacjonalistyczna retoryka Ruchu Obrony Praw Czło- wieka, tzw. ROPCiO. Wśród korowskiej młodziezy – bo starszyzna pozostała w zasadzie wier- na literze społecznych zadań KOR-u – zarysowały się dwa nurty, z których żaden nie został jasno wyartykułowany. Pierwszy, za którym stali Kuroń, Lipski, Michnik, zmierzał do sformułowania nowoczesnej myśli socjalizmu demokratycznego, dostosowanej do warunków polskich. Należała do niej rzecz jasna krytyka lewicy totalitarnej, ale też pewnych tradycji socjalizmu demokratycznego. Krytykowano na przykład ateizm, przesadne zaintereso- wanie zagadnieniami władzy i państwa, obojętność wobec problemów au- tonomii człowieka, filozofię postępu i tak dalej. Drugi nurt, przypisywany przede wszystkim tygodnikowi „Głos” i An- toniemu Macierewiczowi, skupiał się na kwestiach wyzwolenia narodo- wego i tradycji narodowej, a zagadnienia społeczne relegował do poziomu solidaryzmu. Oba kierunki opowiadały się wprawdzie za wyzwoleniem na- rodu i demokratyczną organizacją życia społecznego, ale różnie rozkładały akcenty. Faktem jest, że podziały w łonie KOR-u, które zresztą nigdy nie przekroczyły granic rozsądku, wynikały bardziej z tradycji i doświadczeń jednostek aniżeli z rzeczywiście przeciwnych opcji politycznych. 36 Tabu i niewinność Po sierpniu Przed podpisaniem porozumień sierpniowych strajkujący postawili waru- nek: aresztowani w czasie strajku działacze KOR-u muszą zostać zwolnieni. I rzeczywiście 1 września 1980 roku wyszli na wolność. W tej samej chwili pojawił się problem ich uczestnictwa w Solidarności. Pewne grupy intelek- tualistów, uprzednio blisko związane z KOR-em, uważały, że jego członko- wie powinni trzymać się z dala od związku. Ich zdaniem należało koniecz- nie poszukiwać modus vivendi z władzą i jak najszybciej włączyć związek zawodowy w system, w przeciwnym razie groziła bowiem katastrofa: obec- ność na scenie politycznej korowców, których uprzednia działalność nie mogła zostać przez władze zaakceptowana, mogła tylko zaszkodzić sprawie związkowców… Wielkie zwycięstwo KOR-
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Tabu i niewinność
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: