Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00164 002777 22447439 na godz. na dobę w sumie
Zabójstwo z urojenia - ebook/pdf
Zabójstwo z urojenia - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 177
Wydawca: Wydawnictwo Psychoskok Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3790-0234-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
„Zabójstwo z urojenia” to już 15 powieść Stefanii Jagielnickiej-Kamienieckiej wydana na polskim rynku. Jak zwykle autorka wprowadza nas w świat głębokich i często dramatycznych przeżyć bohaterów swych książek. „Zabójstwo z urojenia” jest współczesną powieścią obyczajową o miłości, namiętności i szaleństwie, a głównie o wewnętrznej przemianie pod wpływem cierpienia.

Młoda kobieta, Brygida, zahukana przez dominującą matkę, daje się przekonać do małżeństwa ze starym austriackim milionerem, w którym czuje się jak ptak uwięziony w złotej klatce. Z biegiem czasu uświadamia sobie, że nie jest szczęśliwa, a pieniądze, piękne domy, luksusowe samochody, stroje i perfumy, to nie wszystko. Bogaty mąż spełnia wszystkie jej zachcianki – nie może dać jej tylko jednego – prawdziwej miłości. Brygida, dotąd nigdy nie zaznała miłości. Mąż ubóstwiał ją ponad wszystko na świecie, ona jednak nie kochała jego. I nikogo wcześniej. Dlatego, kiedy przypadkiem poznaje polskiego psychoterapeutę, daje się ponieść uczuciu i wyjeżdża z nim do Warszawy. Szybko jednak zdaje sobie sprawę z tego, że to tylko namiętny seks, a nie strzała Amora. Zraniona odrzuceniem kochanka postanawia upodobnić się do jego ideału, przybierając inny wygląd i tożsamość. Brygidzie, która stała się Andżeliką udaje się zdobyć ukochanego, jednak płaci za to wielką cenę. Przechodzi załamanie nerwowe i depresję, wskutek czego trafia na oddział psychiatryczny. Tam poznaje dwie kobiety, które dają jej siłę do walki o nowe życie. Czy znajdzie nowy cel w życiu, dla którego warto będzie się poświęcić?
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Stefania Jagielnicka‑Kamieniecka „Zabójstwo z urojenia” Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o., 2014 Copyright © by Stefania Jagielnicka‑Kamieniecka, 2014 Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy. Skład: Jacek Antoniewski Projekt okładki: Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o. Zdjęcie okładki: © goccedicolore – Fotolia.com ISBN: 978‒83‒7900‒234‒4 Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o. ul. Chopina 9, pok. 23, 62‑510 Konin tel. (63) 242 02 02, kom. 665‑955‑131 http://wydawnictwo.psychoskok.pl e‑mail: wydawnictwo@psychoskok.pl Rozdział  Małżeństwo z wyrachowania Brygida siedziała na ławce wwiedeńskim Stadtparku iprzy- glądała się swym polakierowanym na brązowo paznokciom. Spod dużych słonecznych okularów po jej policzkach spły- wały łzy. Wyglądała malowniczo wbawełnianej rdzawej mini- sukience odsłaniającej jej długie nogi, założone kokieteryjnie jedna na drugą. Zdjęła okulary iwyjęła ztorebki puderniczkę. „Śliczna je- stem” – pomyślała, uśmiechając się do odbicia swej zmysłowej twarzy zkocimi zielonymi oczyma, okolonej burzą długich, kasztanowych włosów. „Ico ztego?” – wzruszyła ramionami. „Nigdy dotąd nie poznałam miłości”. Delikatnie osuszyła łzy, by nie zetrzeć makijażu. Zzadowo- leniem stwierdziła, że tusz na rzęsach się nie rozpuścił. Zgłę- bokim westchnieniem wstała iwolnym krokiem ruszyła przed siebie. Zpobliskiej ławki podniósł się natychmiast przystoj- ny blondyn wciemnych okularach ipodążył za nią. Kobieta doszła do stawu. Stanęła nad nim, wyjęła ztorebki bułkę ipo kawałeczku zaczęła ją rzucać dzikim kaczkom. Starała się ce- lować wprost do dziobów ulubionych ptaków, ale nie zawsze się jej to udawało. – Już dobrze? – usłyszała za plecami barytonowy głos. (cid:30) Odwróciła się gwałtownie, mierząc wzrokiem intruza. „Bez- czelny typ. Polak” – pomyślała, rozpoznając po jego wymowie. Mężczyzna zdjął okulary ipatrzył jej woczy, głęboko iwspół- czująco. Miał tak ujmujący wyraz twarzy itak ciepłe spojrzenie, że bezwiednie uśmiechnęła się do niego. – Przepraszam, jeśli jestem nachalny, ale… widziałem, że pani płakała… Taka piękna pogoda. Po co się smucić? – mówił dalej, ośmielony jej uśmiechem. – Nie mam powodów do radości – odpowiedziała po polsku. – Jak to nie? – zaoponował. – Jest pani młoda, piękna, zdro- wa… Przepraszam, czy dałaby się pani zaprosić przez rodaka na kawę do tego przyjemnego lokalu nad kanałem? Nazywam się Emil Korusiewicz. Przyjrzała się mu dokładnie. „Przystojniak” – pomyślała. „Elegancik”. Był wjej typie. Opalony blondyn zciemnymi oczy- ma, starannie ogolony. Jego sportowa koszula wbeżowo-brązo- wą kratę pachniała świeżością. Płócienne spodnie koloru khaki miały zaprasowane kanty. Po raz pierwszy spotkała tu kogoś ta- kiego. Tacy ludzie nie przychodzili do Stadtparku wypełnionego tłumem miejskiej gawiedzi. Zawahała się przez moment. „Czemu nie?” – zastanawiała się. „Facet wygląda przyzwoicie, jest sympatyczny… Ale… bo ja wiem?” – Przecież to nic zobowiązującego – namawiał ją. – Jest tak gorąco. To niespotykane wpaździerniku. Napijemy się czegoś zimnego. – Okay, chętnie się ochłodzę – zdecydowała wkońcu. – Mam na imię Brygida. – Super! Cieszę się, że się pani zgodziła. (cid:20) * Usiedli na tarasie, tuż nad kanałem. Ściągali powszechną uwa- gę, gdyż widok tak wytwornej pary był tu czymś niezwykłym. Oboje byli wyjątkowo urodziwi ieleganccy. Stanowili wtym miejscu niecodzienne zjawisko. Wrudo-brązowych barwach dobrani byli do siebie nawet kolorystycznie. – Skąd pani się tu wzięła? Mieszka pani wWiedniu? – za- ciekawił się. – Mieszkam wpobliżu. Wpadam tu, gdy mi smutno, by na- karmić kaczki. To mi poprawia nastrój. Apan? Co pan tu robi? – Przyjechałem wodwiedziny do brata. Oboje zbratową są wpracy, więc włóczę się sam po Wiedniu. – Mieszka pan wPolsce? – Tak. WWarszawie. Apani? Skąd pani pochodzi. – ZKatowic. – Tęskni pani za ojczyzną? – Szczerze mówiąc – nie. Po śmierci rodziców przestałam jeź- dzić do Katowic, bo fatalnie się tam czułam. To ponure miasto… Iludzie ponurzy. Nikt się nie uśmiecha, nikt nie stara się być uprzejmym, nikt do nikogo nie zagaduje wmiejscach publicznych, nikt nie żartuje, tak jak się to tutaj dzieje… Wiedeń jest kolorowy, piękny, bogaty! Mieszkam tu już od dziesięciu lat izdążyłam go pokochać. Jego mieszkańcy są owiele sympatyczniejsi od Pola- ków. Kulturalniejsi, mądrzejsi, spokojniejsi… Zjednej strony są powściągliwi, bardziej opanowani, azdrugiej pogodni, radośni. Tutaj ludzie dyskutują, wPolsce wszyscy wiecznie się kłócą. Polity- cy, dziennikarze, przeciętni ludzie. Wszyscy są rozhisteryzowani, zdezorientowani… Najgorsze jest to… straszliwe chamstwo i… (cid:18) Mężczyzna przerwał jej: – Przesadza pani. To tylko wmediach tak wygląda. Trzeba trzymać się od tego zdaleka imożna żyć wWarszawie nie go- rzej niż wWiedniu… Istnieją dwie Polski. Kulturalna icham- ska, którą należy ignorować… Ale ma pani chyba wKatowicach krewnych, koleżanki. Nie ma pani ochoty ich odwiedzić? – Od dziesięciu lat nie utrzymuję znimi kontaktu. – Pani jest mężatką, prawda? – zmienił temat, dotykając jej obrączki. – Apan nie jest żonaty? – Rozwiodłem się niedawno. – Zazdroszczę panu. Ja… bardzo bym chciała… – O, to wiem, dlaczego jest pani taka smutna. Nie ma nic gorszego niż życie wniedobranym związku… Czy mają pań- stwo dzieci? – Na szczęście nie. – Na szczęście? – zdziwił się. – No tak, to lepiej, jeśli zamie- rza się pani rozwieść – dodał po chwili. Nagle zadzwoniła jej komórka. Brygida wyjęła ją ztorebki. – No, słucham – odezwała się znudzonym tonem. – … – Zwariowałeś? – krzyknęła. – Teraz? Natychmiast? Nie wie- działeś otym wcześniej? Nie jestem ubrana. Mowy nie ma. – … – No, dobrze, zrobię, jak sobie życzysz – rzekła zrezygnowa- nym tonem iwyłączyła się. – Przepraszam – zwróciła się do swego towarzysza. – No wi- dzi pan – rozłożyła bezradnie ręce. – Mąż wzywa – rzekła zprze- kąsem. – Nie zdążyliśmy nawet wypić kawy. (cid:17) – Jaka szkoda! – zmartwił się. – Może spotkalibyśmy się ju- tro, albo pojutrze? Zostaję wWiedniu do końca tygodnia. – Wy- jął zportfela wizytówkę. – Tutaj ma pani numer mojej komórki. Proszę zadzwonić, gdy będzie pani miała trochę czasu dla mnie. Spojrzała na wizytówkę. Mgr Emil Korusiewicz, Psychotera- peuta – przeczytała ze zdumieniem. Rzuciła okiem na adres. „Ma gabinet na Krakowskim Przedmieściu” – stwierdziła zuznaniem. – O, jest pan psychoterapeutą. Ja też chciałam studiować psychologię – uśmiechnęła się do niego zalotnie. – Zadzwonię jutro przed południem. – Proszę sobie nie przeszkadzać ispokojnie poczekać na sok ikawę – dodała, widząc, że on wstaje zzamiarem odprowadze- nia jej. Uścisnęli sobie dłonie. Mężczyzna usiadł zpowrotem ipa- trzył za nią, podziwiając jej wysoką, szczupłą postać, kołyszącą zwdziękiem biodrami niczym modelka na wybiegu. „Zjawiskowa uroda” – myślał zzachwytem. „Samo patrzenie na nią to prawdziwa przyjemność… Nic dziwnego, że niezbyt szczęśliwa wmałżeństwie. Takie piękności są prześladowane za- zdrością izdradzane, gdyż ich mężowie starają się wten sposób pokonać poczucie niższej wartości. Tym bardziej, że dla innych kobiet piękna żona stanowi wyzwanie, romans ztakim mężczy- zną utwierdza je wprzekonaniu własnej atrakcyjności”. Brygida zainteresowała go nie tylko ze względu na urodę, lecz również dlatego, że obudził się wnim zawodowy odruch niesienia pomocy osobom załamanym psychicznie. Było mu jej żal. „Taka piękna, bogata kobieta, atak nieszczęśliwa” – myślał ze współczuciem. (cid:16) Rozdział ? Uwięziona w złotej klatce Brygida leżała wbłękitnym peniuarze na empirowej kanapie. Jej mąż wyszedł zaraz po śniadaniu, aona nie miała ochoty na ubieranie się irobienie makijażu. Na nic nie miała ocho- ty. Jak co dzień. Wiecznie była znudzona, zdegustowana. Tym razem jednak było coś, co ją pobudzało do marzeń. – Emil… Emil – wyszeptała. – Hmm… Ładne imię. To spotkanie poruszyło wjej sercu najczulsze struny. Od czasu tragicznej śmierci rodziców znikim nie rozmawiała po polsku. Wśrodowisku, wktórym przebywała, nie było Polaków. Tymczasem ona wciąż myślała wojczystym języku, czytała pol- skie gazety iksiążki, oglądała polską telewizję. Jednak zżymała się na wszystko, co działo się wjej kraju. Nie wyobrażała sobie życia wnim. Nie mogła zrozumieć, dlaczego wciąż się nim interesuje. „Psychoterapeuta. Chyba zamożny. Ma gabinet wcentrum Warszawy… Ztakim to iwPolsce można by żyć” – rozmarzyła się. „Piękny mężczyzna! Pociągający, sympatyczny…” – Ani mi się waż! – usłyszała wmózgu głos matki. – Źle ci? Ży- jesz sobie jak hrabianka. Mąż nosi cię na rękach. Spełnia wszyst- kie twoje zachcianki. Uważaj, żebyś nie zrobiła jakiegoś głupstwa. – Łatwo ci mówić, bo nie musisz znim sypiać! – krzyknęła ze złością. (cid:15) – Wytrzymałaś znim już dziesięć lat. Czas najwyższy, żebyś się do niego przyzwyczaiła. „Cholera jasna, to babsko nawet po swojej śmierci nie daje mi spokoju” – pomyślała zniechęcią. „Nigdy się od niej nie uwol- nię… Przecież nie jestem schizofreniczką. Ona naprawdę wciąż mną rządzi zzaświatów… Siedzi wmoim mózgu…”. – Machnęła ręką zrezygnacją iwstała, by się ubrać. Miała wyrzuty sumienia zpowodu nienawiści do matki. Tak naprawdę znienawidziła ją dopiero po jej śmierci, gdyż ubzdura- ła sobie, że jej dusza zagnieździła się wjej własnej świadomości. Często słyszała wswej głowie jej głos wydający rozkazy. Naj- gorsze były ordynarne przekleństwa, które sama wypowiadała, choć nigdy nie czyniła tego przed śmiercią matki. Widziała ją wiecznie rozczochraną, naburmuszoną, palącą papierosa ina- rzekającą na przemęczenie wynikające ztego, że dom był wiecz- nie pełen krewnych ugaszczanych ob(cid:10)tymi posiłkami. Mimo, że wdomu się nie przelewało, kupowała igotowała owiele za dużo. Sporo zachodu miała też zdwoma psami itrzema kotami, którymi zajmowała się zsamozaparciem. Brygida znienawidziła tych wszystkich obżerających się iupijających gości. Od czasu wyjścia za mąż nie utrzymywała znimi kontaktów. Gdy jej ro- dzice zginęli wwypadku drogowym, urządziła dla nich oczy- wiście stypę, lecz wkrótkim czasie pozostawiła ich samych przy stole, gdyż rozpacz zpowodu utraty rodziców nie pozwoliła jej uczestniczyć wtej uczcie. Usiłowała przypomnieć sobie matczyną czułość, pieszczo- ty… Przecież ona musiała ją kochać. Niestety, okazywała jej to tylko we wczesnym dzieciństwie. Później traktowała ją wspo- sób apodyktyczny. (cid:11) Zaczęło się od snu, który nawiedził ją wnocy po pogrzebie rodziców. Ujrzała rozpromienioną matkę, odmłodzoną, zczar- nymi lokami wokół głowy. Taką, jaką pamiętała zczasów wcze- snego dzieciństwa. – Teraz dopiero będę mogła ci pomagać, bo jestem wszędzie iwszystko widzę – powiedziała. – Nie odstąpię cię ani na krok. Będę cię prowadzić za rękę… Wtym momencie obudziła się. Nie wiedziała, czy cieszyć się, czy martwić. Bo jak dotąd nie wyszła dobrze na słuchaniu matki. To nieudane małżeństwo to był jej pomysł. Brygida dała się do niego przekonać, choć od początku czuła obrzydzenie do przyszłego męża. Od najwcześniejszych lat stanowiła obiekt westchnień kole- gów. Wszyscy się wniej podkochiwali. Jednak żaden nie ośmielił się do niej zbliżyć. Była wyniosła inieprzystępna. Ale tuż przed maturą sama się zakochała. Wmłodym nauczycielu matematy- ki. Gdy zwierzyła się ztego matce, ta ją ofuknęła: – Chcesz całe życie sprzątać, gotować, prać? Jesteś taka pięk- na, stać cię na bogatego męża, żebyś nie musiała męczyć się tak, jak ja. Dała się przekonać, bo istotnie nie wyobrażała sobie, jak stoi przy garach, gdyż matka nie dopuszczała jej do kuchni. – Dlaczego nie chcesz, by Brygida pomagała ci wweekendy? – spytał kiedyś nieśmiało jej ojciec. – Spraszasz wiecznie wszyst- kich krewnych imasz mnóstwo pracy zgotowaniem. – Nie zamierzam wychowywać jej na kucharkę, tylko na wiel- Przed świętami dziewczyna ciekawa była pieczenia ciast, lecz matka czyniła to wnocy, bo twierdziła, że czyjaś obecność jej ką damę. (cid:9)(cid:8) przeszkadza. Apotem wczasie Wigilii usypiała przy stole, ku konsternacji zaproszonych gości. Brygida nie znosiła świąt, gdyż kojarzyły się jej zwidokiem zaniedbanej, przemęczonej matki siedzącej przy stole zponurą miną. Kobieta przez wiele lat leczyła się zbezpłodności, więc gdy wreszcie urodziła córeczkę, zwariowała na jej punkcie. Chuchała na nią idmuchała, nacierała olejkami, lakierowała jej paznok- cie, stroiła wszyte własnoręcznie sukieneczki. Wyobrażała so- bie, że jej córka wyjdzie bogato za mąż i… będzie sobie „leżeć ipachnieć”. Dziewczynka była grzeczna, posłuszna, dobrze się uczyła. Miała dobre serce. Kochała rodziców, współczuła im trudnej sy- tuacji materialnej. Gdy podrosła, rwała się do pomagania matce, lecz ta nie pozwalała jej niczym się zająć. – Połamiesz sobie paznokcie… Przeszkadzasz mi tylko! – krzyczała. – Idź do swojego pokoju. Brygida wracała do książki. Zlektury powieści wysnuła prze- konanie, że wielka miłość zawsze kończy się tragicznie. Apod wpływem matki bała się małżeństwa. Współczuła jej iugrun- towywała się wprzekonaniu, że nie istnieje nic gorszego od za- jęć domowych. Marzyła okarierze (cid:10)lmowej. – Chcę zostać aktorką – oświadczyła, zamierzając złożyć po- danie do szkoły (cid:10)lmowej wŁodzi. – Oszalałaś? – oburzyła się jej matka. – Aktorki to dziwki inarkomanki. To kurewski zawód. Ciężka harówka. Chcesz ca- łymi dniami iwieczorami pracować? Ztwoją urodą możesz so- bie pozwolić na „nicnierobienie”. Musisz znaleźć bogatego męża, który zapewni ci luksusowe życie. Sprzątaczkę, kucharkę, niańkę (cid:9)(cid:9) do dzieci. Tak, jak to zrobiła ciotka Elwira. Awtedy będziesz miała dużo czasu na swoje ulubione czytanie. Będziesz sobie chodziła do teatru, do opery, na koncerty, do kina. Ojciec próbował ją poprzeć, ale oboje, zarówno on jak ijego córka, mieli słaby charakter. Byli tak zahukani przez dominującą panią domu, że nie mieli nic do powiedzenia. Dla świętego spoko- ju potulnie zgadzali się znią we wszystkim, by uniknąć awantur. Przyznać należy, że mieli przy niej wygodne życie. Wszystkie tro- ski iprace brała na siebie. Sama troszczyła się odom ioto, by na niczym im nie zbywało. Mąż stanowił dla niej tylko „maszynkę do robienia pieniędzy”, na niedostatek których wiecznie narzekała. Gdy Brygida zdała maturę, nadszedł czas na szukanie odpo- wiedniego dla niej męża. Jednak wPolsce nie było zbyt wielu kandydatów, którzy zaspokajaliby aspiracje jej matki. Postano- wiła wysłać córkę do Wiednia, do swej młodszej siostry Elwiry, która, pracując tam jako barmanka wdrogim hotelu, poznała milionera, wyszła za niego za mąż iwiodła żywot wymarzony przez jej starszą siostrę dla własnej córki. Kiedy dziewczyna poznała wWiedniu swego obecnego męża, jej matka zdecydowała, że powinna za niego wyjść. Wprawdzie Harald przekroczył pięćdziesiątkę iwniczym nie przypominał księcia zbajki, ojakim dziewczyna skrycie marzyła, to jednak mógł jej zapewnić beztroskie życie. Był zamożnym biznesme- nem. Wahała się, czy nie należałoby poczekać na innego kan- dydata, na prawdziwą miłość. Jednak matka suszyła jej głowę iusilnie przekonywała do tego małżeństwa. – Myśl otym, żeby mieć pieniądze iwygodę. Ja wyszłam zmi- łości ico mi ztego przyszło? Uczucie szybko wygasa, gdy żyje się wniedostatku ijest się przytłoczoną domowymi obowiązkami. (cid:9)(cid:7) Po długim ociąganiu się, uległa matce. Początkowo olśnio- na była luksusem, wspaniałymi podróżami, obracaniem się wwytwornym towarzystwie. Poznała wiedeński high life. Jed- nak mimo wybitnej urody była zakompleksiona. Deprymował ją brak wykształcenia icudzoziemski akcent. Prześladowało poczucie wyobcowania. Anajgorsze było obrzydzenie do gru- bego iłysego męża. Nigdy dotąd nie zaznała miłości, gdyż wPolsce pilnowała jej matka, awAustrii mąż. WWiedniu poznała wielu młodych, za- możnych, przystojnych mężczyzn, którzy zpewnością bardziej by jej odpowiadali. Zdarzało się jej wktórymś zakochać, lecz jej zazdrosny małżonek otoczył ją personelem szpiegującym każdy jej krok. Wystarczyło, by uśmiechnęła się do jakiegoś adoratora, ajuż czekała ją scena zazdrości, po której jej mąż natychmiast ją przepraszał, starał się udobruchać prezentami, podróżami, spełnianiem wszelkich jej zachcianek, byleby odciągnąć ją od ewentualnego kochanka. Ten człowiek wiecznie drżał zobawy, że ją straci, że ktoś mu ją zabierze. Aona czuła się jak ptak uwięziony wzłotej klatce. * Podczas robienia makijażu zdecydowała, że spotka się zsym- patycznym Polakiem. Wprawdzie obawiała się awantury, gdy doniosą otym Haraldowi, jednak postanowiła zaryzykować. Przygotowała sobie bajeczkę ospotkaniu zkuzynem zPolski. Zadzwoniła do Emila iumówiła się znim wsłynnej kawiarni Sachera. (cid:9)(cid:30)
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Zabójstwo z urojenia
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: