Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00185 003710 21318156 na godz. na dobę w sumie
Tapatiki kontra Mandiable - ebook/pdf
Tapatiki kontra Mandiable - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 86
Wydawca: Nowy Świat Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7386-353-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży >> młodzieżowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Wojowniczy Mandiable chcą zaatakować Ziemię. Planeta byłaby bezbronna – gdyby nie obecność Tapatików. Jednak czy ta nieco szalona rodzinka jest w stanie przeciwstawić się militarnej cywilizacji, mając za całe uzbrojenie dobre pomysły, łut szczęścia i jeden miotacz wypożyczony z muzeum wojny?
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Marta Tomaszewska TAPATIKI KONTRA MANDIABLE ROZDZIAŁ I WYPRAWA DO RUIN ZAMKU. GDZIE JEST GURUL? Pewnego sierpniowego popołudnia Tapati siedziała w oknie domu Tapatików na Jodłowej Polanie i wyobra(cid:298)ała sobie, (cid:298)e jest lato. Trzeba było doprawdy mieć jej fantazj(cid:266), (cid:298)eby w to uwierzyć. Pomi(cid:266)dzy kołysz(cid:261)cymi si(cid:266) niemrawo w bł(cid:266)kicie nieba opasłymi, nap(cid:266)czniałymi chmurami uganiał si(cid:266) silny, zimny wiatr, ujadaj(cid:261)c niby owczarek po(cid:286)ród stada osłabłych z przejedzenia owiec, które trzeba sp(cid:266)dzić z pastwiska; a chmury jakby ze zło(cid:286)ci, (cid:298)e przerywa im sjest(cid:266), p(cid:266)czniały jeszcze bardziej i zamieniaj(cid:261)c si(cid:266) w deszcz, wymykały si(cid:266) prze(cid:286)ladowcy. Wiatr naturalnie spadał z deszczem na ziemi(cid:266) i rozw(cid:286)cieczony, kr(cid:266)cił wierzchołkami jodeł z tak(cid:261) sił(cid:261), (cid:298)e w ogromnym szumie zataczały si(cid:266) jak pijane. I tak było codziennie. Wiosna, która wybuchła nad Jodłow(cid:261) Polan(cid:261) niby bomba z zieleni(cid:261), kwiatami, ptakami, ciepłymi wiaterkami i wiosenn(cid:261) rado(cid:286)ci(cid:261), najwidoczniej spieszyła si(cid:266), jakby pragn(cid:266)ła przeskoczyć lato i upodobnić si(cid:266) do jesieni, czym najbardziej martwił si(cid:266) Dziadek. Te osobliwe zaburzenia pogody niepokoj(cid:261)co potwierdzały przypuszczenia posterunku Stra(cid:298)y Granicznej Galaktyki na Szmaragdowej Gwie(cid:296)dzie, (cid:298)e Mandiable-Po(cid:298)eracze Kwitn(cid:261)cych Planet, z którymi mieszka(cid:276)cy Tapatii stoczyli szereg wojen zako(cid:276)czonych po latach walk ostatecznym zwyci(cid:266)stwem, zamierzaj(cid:261) tym razem zaatakować Ziemi(cid:266). Co wi(cid:266)cej, Klif milczał. Od czasu ostatniego meldunku, w którym przekazywał, (cid:298)e atakuj(cid:261) go Fabokle, meldunku urwanego w pół słowa – jak gdyby Klif musiał ratować si(cid:266) ucieczk(cid:261) – (cid:298)aden sygnał nie przychodził z Ksi(cid:266)(cid:298)yca. Dy(cid:298)ury w Obserwatorium przynosiły wi(cid:266)c ci(cid:261)gle to samo, czyli nic. A statek Apollo, bez którego stereolot Tapatików (statek, jak wiadomo, przebywaj(cid:261)cy odległo(cid:286)ci nie wi(cid:266)ksze ni(cid:298) sto pi(cid:266)ćdziesi(cid:261)t tysi(cid:266)cy kilometrów) nie mógł polecieć, miał wystartować dopiero w pa(cid:296)dzierniku! Nic wi(cid:266)c dziwnego, (cid:298)e Dziadek chodził chmurny i zły, w nastroju bynajmniej nie wskazanym przy paskudnej pogodzie, co wszystkim psuło i tak ju(cid:298) nie najlepsze humory. Ka(cid:298)dy ratował si(cid:266) jak mógł przed tymi humorami i przed t(cid:261) pogod(cid:261). Tapatik ze Zgryzikiem budowali model stereolotu (by pozostał na pami(cid:261)tk(cid:266), kiedy przybysze z Tapatii odlec(cid:261) na sw(cid:261) rodzinn(cid:261) planet(cid:266)). Bimbel szlifował do swojej ukochanej lunety nowe szkła, które miały mu zast(cid:261)pić dawne, bohatersko strzaskane w czasie ataku gliptodonta w pobli(cid:298)u Diabelskiej Góry. Dziadek bez ko(cid:276)ca czy(cid:286)cił fajki lub siedział w Obserwatorium, zaj(cid:266)ty jakimi(cid:286) tajemniczymi, bli(cid:298)ej nieokre(cid:286)lonymi obserwacjami. Babcia cz(cid:266)sto przebywała u Mamy Piastka, od której uczyła si(cid:266) prz(cid:261)(cid:286)ć na kołowrotku. Robot kuchenny XL, którego mali mieszka(cid:276)cy Pogórza przestali si(cid:266) wreszcie bać, w wolnych chwilach schodził do wsi i pozwalał si(cid:266) podziwiać (wysławiaj(cid:261)c przy okazji pod niebiosa zalety swej pani, czyli Babci, jedynej osoby na Tapatii, która jeszcze czasem sama, osobi(cid:286)cie gotowała). Tapati wreszcie... Tapati słuchała ba(cid:286)ni opowiadanych przez Piastka, a czasem przez sam(cid:261) Kociub(cid:266), marzyła o spotkaniu z Kotem Niepowszednim z Lipowej Doliny i cz(cid:266)sto – jak wła(cid:286)nie tego sierpniowego popołudnia – siadywała w oknie domu Tapatików i wyobra(cid:298)ała sobie, (cid:298)e jest lato. Dzisiaj jednak pró(cid:298)no wysilała wyobra(cid:296)ni(cid:266): sło(cid:276)ce i ró(cid:298)owe obłoczki przegrywały z wiatrem, deszczem i chmurami. Wiało silniej ni(cid:298) zwykle, chmury przypominały g(cid:261)bki nasi(cid:261)kni(cid:266)te czarnym atramentem, a w Wysokich Górach padał (cid:286)nieg. Tapati nie wierzyła własnym oczom, kiedy ten (cid:286)nieg zobaczyła. Przetarła je szybko i pomy(cid:286)lała: „Ja przecie(cid:298) nie chciałam wyobrazić sobie (cid:286)niegu, skoro wi(cid:266)c widz(cid:266) (cid:286)nieg, to znaczy, (cid:298)e (cid:286)nieg pada naprawd(cid:266). Ale to jest całkiem niemo(cid:298)liwe”. Zeskoczyła z okna i pobiegła do gara(cid:298)u, pewna, (cid:298)e znajdzie tam Bimbla. Bimbel, który lubił pracować nad swoj(cid:261) lunet(cid:261) w pobli(cid:298)u Tapatika i Zgryzika, buduj(cid:261)cych (jak ju(cid:298) wiemy) model stereolotu, był tam istotnie. – Czy przez t(cid:266) twoj(cid:261) lunet(cid:266) ju(cid:298) co(cid:286) widać? – spytała troch(cid:266) wynio(cid:286)le, bo jedynak Cioci Babili, mimo swego wyczynu w czasie akcji ratowniczej na Gran Sabana, ci(cid:261)gle wydawał si(cid:266) jej raczej antypatyczny. – To zale(cid:298)y, kto spojrzy – odburkn(cid:261)ł Bimbel, doskonale zdaj(cid:261)c sobie spraw(cid:266) z antypatii kuzynki. – Mnie tam wszystko jedno kto, byle kto(cid:286) spojrzał na Wysokie Góry i powiedział, co tam widzi. Bimbel wahał si(cid:266) przez chwil(cid:266), jego nieposkromiona ciekawo(cid:286)ć jednak silniejsza była od ch(cid:266)ci podroczenia si(cid:266) z Tapati. Wstał, wyszedł przed gara(cid:298) i wycelował lunet(cid:266) w stron(cid:266) Wysokich Gór. – Co widzisz? – spytała niecierpliwie Tapati. – Widz(cid:266), (cid:298)e pada (cid:286)nieg – odparł Bimbel, rozczarowany. I chciał jeszcze dodać, (cid:298)e (cid:286)nieg zasypie wej(cid:286)cie do podziemi w ruinach zamku, co oznaczałoby odci(cid:266)cie drogi przebywaj(cid:261)cemu w nich Gurulowi. Chciał, ale... nie powiedział. Zbyt dobrze pami(cid:266)tał reakcj(cid:266) Tapati na swój komentarz, który wygłosił, gdy wypatrzył w tych(cid:298)e ruinach ognisko. O mało nie zemdlała, a przecie(cid:298) on, Bimbel, tylko za(cid:298)artował sobie, (cid:298)e kto(cid:286) piecze na ro(cid:298)nie jej Gurula!... – Wi(cid:266)c jednak naprawd(cid:266) pada (cid:286)nieg – zdumiała si(cid:266) Tapati. – W drugiej połowie sierpnia. I nagle jej serce zabiło: druga połowa sierpnia? To znaczy, (cid:298)e ju(cid:298) mija termin wyznaczony przez Gurula! Mo(cid:298)na by wi(cid:266)c zorganizować nast(cid:266)pn(cid:261) wypraw(cid:266)! Pierwsza wyprawa do ruin zamku na zboczu Wysokich Gór, gdzie jak wszyscy przypuszczali (choć nikt nie miał całkowitej pewno(cid:286)ci), przebywał Gurul ze swym niepodobnym do innych robotem Tymoteuszem Drugim, odbyła si(cid:266) w trzy dni po triumfalnym powrocie stereolotu (pilotowanego całkiem przypadkowo przez Tapatika) z akcji ratowniczej na Gran Sabana. Teraz tak to si(cid:266) nazywało: Triumfalny Powrót z Akcji Ratowniczej. Jak gdyby wszyscy zapomnieli, (cid:298)e stereolot, w którym Tapatik obja(cid:286)niał Zgryzikowi sposób uruchamiania statku przy (jak s(cid:261)dził) wył(cid:261)czonych silnikach i na ziemi, wystartował z Jodłowej Polany na skutek zło(cid:286)liwego kawału pragn(cid:261)cego pom(cid:286)cić zniewag(cid:266) Bimbla. A doleciał do Wenezueli tylko dlatego, (cid:298)e Tapatik po raz pierwszy w (cid:298)yciu siedz(cid:261)cy za sterami, nie posłuchał Dziadka i zrobił sobie samowoln(cid:261) wycieczk(cid:266). Przez całe trzy dni (cid:286)wi(cid:266)towano na Jodłowej Polanie ten powrót oraz – co nie mniej wa(cid:298)ne – koniec przykrej niezgody mi(cid:266)dzy rodzin(cid:261) Tapatików a małymi mieszka(cid:276)cami Pogórza. Trzeciego dnia Tapati, która niepokoiła si(cid:266) bardzo o Gurula, od miesi(cid:266)cy ((cid:286)ci(cid:286)le od chwili wyl(cid:261)dowania stereolotu Tapatików na Ziemi) przebywaj(cid:261)cego samotnie w Wysokich Górach, powiedziała do Piastka: – Słuchaj, Piastek! Je(cid:298)eli nie dotrzymasz obietnicy i nie pójdziesz ze mn(cid:261) do ruin zamku, to ja ciebie wi(cid:266)cej nie chc(cid:266) znać. Brzmiało to bardzo gro(cid:296)nie i zdecydowanie, tote(cid:298) Piastek, z którego serca Tapati wyparła nawet telewizj(cid:266), przestraszył si(cid:266) nie na (cid:298)arty i ju(cid:298) nie próbował dyskutować (podaj(cid:261)c wa(cid:298)ne powody usprawiedliwiaj(cid:261)ce odkładanie istotnie planowanej od dawna wyprawy). – Kiedy chcesz pój(cid:286)ć? – zapytał tylko (ruch jego r(cid:266)ki odgarniaj(cid:261)cej z czoła płowe włosy zdradzał rozterk(cid:266)). – Jutro – odparła nieust(cid:266)pliwie Tapati. Ani ona, ani Piastek nie mieli poj(cid:266)cia, (cid:298)e Dziadek zupełnie przypadkowo – akurat koło nich przechodził, szukaj(cid:261)c Chochli, która po ucieczce z pierwszego przyj(cid:266)cia po powrocie (a siedziała, pami(cid:266)tacie, na honorowym miejscu, bo i ona, najtchórzliwsze stworzenie na Pogórzu, nale(cid:298)ała do bohaterów akcji ratowniczej), jeszcze nie wróciła i nie pokazała si(cid:266) wi(cid:266)cej na Jodłowej Polanie – był (cid:286)wiadkiem całej sceny. Co wybawiło nieszcz(cid:266)snego wielbiciela Tapati ze straszliwego kłopotu. – Có(cid:298) to, kruszynko, spiskujecie za moimi plecami? Wybierasz si(cid:266) na t(cid:266) wypraw(cid:266) beze mnie? Czy(cid:298)by(cid:286) zapomniała, (cid:298)e zgodziłem si(cid:266) pój(cid:286)ć na czele i nawet zarz(cid:261)dziłem zapraw(cid:266) przed wypraw(cid:261)? Nie pami(cid:266)tasz? Tapati odwróciła si(cid:266), zaskoczona. Głos Dziadka huczał, ale jego oczy pod krzaczastymi brwiami (cid:286)wieciły wła(cid:286)ciwym im figlarnym blaskiem. – Ale(cid:298), Dziadku – powiedziała z wyrzutem – Wiesz dobrze, (cid:298)e ja najbardziej lubi(cid:266), jak robimy co(cid:286) wszyscy razem. Tylko my(cid:286)lałam… – Od my(cid:286)lenia to ja jestem, kruszynko! – zagrzmiał Dziadek, poprawiaj(cid:261)c na szyi sw(cid:261) okropn(cid:261) czerwon(cid:261) chustk(cid:266) w (cid:298)ółte grochy. – Chcesz i(cid:286)ć jutro? (cid:285)wietnie, idziemy jutro. Do(cid:286)ć ju(cid:298) tego (cid:286)wi(cid:266)towania, jeszcze troch(cid:266), a XL przepali si(cid:266) od pichcenia, czego nale(cid:298)y zaoszcz(cid:266)dzić Babci! A poza tym trzeba wytrz(cid:261)sn(cid:261)ć z siebie to jedzenie, bo tylko patrzeć, jak brzuchy nam wyrosn(cid:261) i stereolot nas nie uniesie! Piastek odetchn(cid:261)ł; on, co prawda, wolałby jak najcz(cid:266)(cid:286)ciej być sam na sam z Tapati. Ale tak powa(cid:298)ne przedsi(cid:266)wzi(cid:266)cie jak wyprawa do ruin zamku na zboczu Wysokich Gór, gdzie nigdy nie był, choć urodził si(cid:266) i mieszkał w pobli(cid:298)u tych stromych, urwistych zboczy i gro(cid:296)nych szczytów, budziła w nim l(cid:266)k. Och, poszedłby z Tapati, sam przecie(cid:298) zaproponował jej, (cid:298)e wybior(cid:261) si(cid:266) na poszukiwanie... Było to wówczas, gdy Tapati z takim smutkiem patrzyła na Gurula, który nie po(cid:298)egnawszy si(cid:266) z nikim (nawet z ni(cid:261)!) poszedł sobie gdzie(cid:286), nie bardzo wiadomo dok(cid:261)d, ale w ka(cid:298)dym razie daleko od stereolotu i Jodłowej Polany, a jego długa, (cid:298)ółta sylwetka nikła w fioletowych cieniach Wysokich Gór... Ale teraz był bardzo rad, (cid:298)e Dziadek tak zdecydowanie przej(cid:261)ł inicjatyw(cid:266)... – Je(cid:298)eli szukasz Chochli – powiedział z wdzi(cid:266)czno(cid:286)ci(cid:261) – to siedzi w swoim domku w korzeniach starego buka. – Nie szukam (cid:298)adnej Chochli! – hukn(cid:261)ł Dziadek, a jego dolna warga zadr(cid:298)ała z irytacji. Naturalnie szukał Chochli, o czym ka(cid:298)dy wiedział. Było ju(cid:298) bowiem spraw(cid:261) powszechnie znan(cid:261), (cid:298)e Chochla, jako jedyne stworzenie w całym wszech(cid:286)wiecie, podziwiała jego okropn(cid:261) czerwon(cid:261) chustk(cid:266) w (cid:298)ółte grochy, a Dziadek bardzo lubił być podziwiany, wszystko jedno z jakiego powodu, byle cz(cid:266)sto... – Oj, Dziadku – roze(cid:286)miała si(cid:266) Tapati – kiedy ty b(cid:266)dziesz dorosły! – Nigdy! – odparł z moc(cid:261) Dziadek, wymachuj(cid:261)c wygasł(cid:261) fajk(cid:261). – Wol(cid:266) si(cid:266) najpierw zestarzeć. A w ogóle to zabieramy si(cid:266) do pakowania plecaków, skoro mamy jutro wyruszyć. Gdzie Babcia? Gdzie Tapatik? Zwołaj wszystkich. Natychmiast do roboty. No i zap(cid:266)dził wszystkich do roboty... I czy(cid:298) trzeba dodawać, (cid:298)e jego plecak pakowała Babcia? Dziadek w ostatniej chwili (czytaj: w momencie, gdy przyst(cid:266)powali do pakowania) przypomniał sobie, (cid:298)e zostawił w Obserwatorium wa(cid:298)ne obliczenia i musi je wła(cid:286)nie teraz doko(cid:276)czyć, bo je(cid:298)eli natychmiast tego nie zrobi – to zapomni, czy powinien dodać, czy odj(cid:261)ć pi(cid:266)ć od podstawowej liczby i cał(cid:261) prac(cid:266) diabli wezm(cid:261)... – A ty by(cid:286) przecie(cid:298) tego nie chciała, Dusieczko? – wołał patrz(cid:261)c natchnionym (i troch(cid:266) niespokojnym) wzrokiem na Babci(cid:266). – Ale(cid:298) sk(cid:261)d, Tiku – zaprzeczyła Babcia i poło(cid:298)yła jego pusty plecak obok swego... Wyruszyli wczesnym rankiem. Pogoda jeszcze wtedy wyj(cid:261)tkowo nie kaprysiła. Wiosna była po prostu wiosn(cid:261), nie przybierała si(cid:266) w cudze piórka, wdzi(cid:266)czyła si(cid:266) do sło(cid:276)ca wszystkimi swymi barwami a ono, zachwycone, wdzi(cid:266)czyło si(cid:266) do niej. Wszyscy wi(cid:266)c byli w znakomitych humorach. Zwłaszcza Dziadek, który miał okazj(cid:266) do wło(cid:298)enia swego historycznego stroju „wysokogórskiego”, pochodz(cid:261)cego z okresu słynnych i brzemiennych w skutki wypadów na tajemnicz(cid:261) Gór(cid:266) Arunczumalaj. – Ja ci mówi(cid:266), Tapati – szepn(cid:261)ł Tapatik, odci(cid:261)gaj(cid:261)c sw(cid:261) siostr(cid:266) bli(cid:296)niaczk(cid:266) na bok – Dziadek tylko dlatego nie zgodził si(cid:266), (cid:298)eby(cid:286)my polecieli na aerotraxach, (cid:298)e chciał znowu ubrać si(cid:266) w te ciuchy. Ta cała gadanina o konieczno(cid:286)ci rozprostowania zardzewiałych mi(cid:266)(cid:286)ni to tylko mowa-trawa. Szepn(cid:261)ł i szybko uciekł. Wiedział, (cid:298)e Tapati nie znosi, kiedy w ten sposób dogaduje Dziadkowi. Ale nie mógł si(cid:266) oprzeć pokusie, tym bardziej (cid:298)e marzył o tym, by si(cid:266) posłu(cid:298)yć dwoma ziemskimi wyra(cid:298)eniami, które przyswoił sobie ogl(cid:261)daj(cid:261)c wraz z Piastkiem telewizj(cid:266) Ludzi... Tapati zreszt(cid:261) nie była w stanie gniewać si(cid:266) na niego. Tak bardzo cieszyła si(cid:266), (cid:298)e wreszcie id(cid:261) na t(cid:266) wypraw(cid:266), (cid:298)e niedługo zobaczy Gurula! – (cid:297)e te(cid:298) ty, kruszynko, masz takie nabo(cid:298)e(cid:276)stwo do tego ja(cid:286)nie pana– pokpiwał Dziadek, widz(cid:261)c jej podniecenie. – No dobrze, ju(cid:298) dobrze, kruszynko, nie chmurz si(cid:266). Wybacz(cid:266) mu to jego ja(cid:286)niepa(cid:276)stwo, je(cid:298)eli zrobi co(cid:286) po(cid:298)ytecznego, to znaczy stwierdzi, czy nasz ród wywodzi si(cid:266) z Ziemi, czy nie. B(cid:261)d(cid:296) co b(cid:261)d(cid:296) taki był naukowy cel naszej ekspedycji. Ale mamy wa(cid:298)niejsze sprawy na głowie, wi(cid:266)c gdyby on zrobił chocia(cid:298) to... Trzeba tu powiedzieć, (cid:298)e Dziadek, bardziej ni(cid:298) si(cid:266) do tego przyznawał, ciekaw był, czy Ziemia jest rzeczywi(cid:286)cie (jak to sam ogłosił na Tapatii) kolebk(cid:261) rodu Tapatików. I ta ciekawo(cid:286)ć sprawiła, (cid:298)e prowadził wycieczk(cid:266) w morderczym tempie, wi(cid:266)c kiedy po dwóch godzinach marszu dotarli do podnó(cid:298)a Wysokich Gór, zdobycie najłagodniejszego nawet zbocza wydawało si(cid:266) absolutnym niepodobie(cid:276)stwem. A zamierzali wej(cid:286)ć na jedno z bardziej stromych. Zanosiło si(cid:266) na to, (cid:298)e b(cid:266)d(cid:261) musieli rozbić obóz i przez kilka dni odpoczywać. Dziadek po prostu szalał – z bezsilnej zło(cid:286)ci. Padł w mi(cid:266)kk(cid:261), pachn(cid:261)c(cid:261) traw(cid:266) jak inni i jak inni, r(cid:266)k(cid:261) i nog(cid:261) nie był w stanie poruszyć. Mimo to raz po raz czynił desperackie próby zmobilizowania swoich, a zwłaszcza cudzych sił, wyczerpanych, doskonale to wiedział, z jego winy... – Mi(cid:266)czaki! Francuskie pieski! – wołał, a raczej dyszał, bezskutecznie próbuj(cid:261)c podnie(cid:286)ć si(cid:266) z miejsca. – Czego si(cid:266) (cid:286)miejecie? – sapał, choć nikt nie miał siły nawet si(cid:266) u(cid:286)miechn(cid:261)ć. – Czy to znowu taka dziwota, (cid:298)e ja, stary, mam pewne trudno(cid:286)ci, które zreszt(cid:261) zaraz przezwyci(cid:266)(cid:298)(cid:266)?... Uniósł si(cid:266) na kolana, po czym rymn(cid:261)ł jak długi z powrotem na ziemi(cid:266) i le(cid:298)ał ju(cid:298) bez słowa z min(cid:261) tak okropnie nieszcz(cid:266)(cid:286)liw(cid:261), (cid:298)e Babcia ulitowała si(cid:266) wreszcie nad nim. I nad wszystkimi. – Zdaje si(cid:266), (cid:298)e przez pomyłk(cid:266) wzi(cid:266)łam jednak aerotraxy, chocia(cid:298) sobie tego nie (cid:298)yczyłe(cid:286), Tiku. Zapakowałam je, zanim powiedziałe(cid:286), (cid:298)eby nie brać! Zamierzałam je wyj(cid:261)ć z plecaków, chyba jednak w tym całym zamieszaniu zapomniałam i... Dziadek (bezsilny, osłabły Dziadek) wstał. – Dusiu! – zawołał, tym razem głosem normalnym i (cid:286)wie(cid:298)ym. – Jeste(cid:286) najcudowniejsz(cid:261) Babci(cid:261) w całym wszech(cid:286)wiecie! Co prawda ostatnio jako(cid:286) cz(cid:266)sto o ró(cid:298)nych rzeczach zapominasz – dodał, sil(cid:261)c si(cid:266) na surowo(cid:286)ć (co mu absolutnie nie wyszło, bo cały promieniał). Dziadek okropnie nie znosił opó(cid:296)nie(cid:276) w tym, co sobie zaplanował! Przypi(cid:266)li wi(cid:266)c aerotraxy (Babcia zabrała dwa zapasowe: dla Piastka i dla Zgryzika) i polecieli. Bardzo wolno, (cid:298)eby nie przeoczyć ruin zamku. Choć dobrze widoczne z Jodłowej Polany, znikały gdzie(cid:286), gdy si(cid:266) patrzyło od podnó(cid:298)a gór. W tak dobrym miejscu zbudowali t(cid:266) pot(cid:266)(cid:298)n(cid:261), niegdy(cid:286) warown(cid:261) twierdz(cid:266) rycerze rozbójnicy, b(cid:266)d(cid:261)cy swego czasu postrachem nie tylko okolicznej ludno(cid:286)ci. Góra była szara, nie rozja(cid:286)niona najmniejsz(cid:261) barwn(cid:261) plam(cid:261). Na zboczu naje(cid:298)onym skałami i głazami, zboczu, które wygl(cid:261)dało jak kamienna (cid:286)ciana por(cid:261)bana siekierami rozw(cid:286)cieczonych olbrzymów, nic nie rosło: ani drzewa, ani krzaki, ani najmarniejsza bodaj trawka. W ogóle nie było widać (cid:286)ladu (cid:298)ycia. Jedynie ptaki przelatywały czasem lotem chwiejnym i niepewnym, jakby zabł(cid:261)kane w tej niego(cid:286)cinnej, kamienistej krainie. Co wi(cid:266)cej, widocznie bały si(cid:266) nawet pisn(cid:261)ć, bo (cid:298)aden nie (cid:286)piewał przelatuj(cid:261)c, a przecie(cid:298) była wiosna, czyli pora, kiedy ptakom po prostu dzioby si(cid:266) nie zamykaj(cid:261). – Je(cid:298)eli tutaj mieszkały kiedy(cid:286) jakie(cid:286) istoty z rodu Tapatików, to ja nie jestem Tapatik! – rzekł Tapatik rozgl(cid:261)daj(cid:261)c si(cid:266) wokół z odraz(cid:261). – A ten Gurul to musi mieć jeszcze wi(cid:266)kszego fioła, ni(cid:298) my(cid:286)lałem. (cid:297)eby si(cid:266) z własnej woli zamelinować w takim miejscu! Ja bym si(cid:266) wcale nie (cid:286)miał, gdyby go tutaj dawno albo w ogóle nie było! – Ka(cid:298)dy z naszych dostojnych kuzynów Guru-l-Tapa-tików chodzi po górach jak kozica. Zapomniałe(cid:286), (cid:298)e oni czuj(cid:261) si(cid:266) dobrze tylko wtedy, gdy s(cid:261) wy(cid:298)ej ni(cid:298) inni – burkn(cid:261)ł Dziadek, znowu zły, bo i jemu góra bardzo si(cid:266) nie podobała. – Mo(cid:298)e to nie ta góra? – powiedziała z nadziej(cid:261) Tapati. – Ju(cid:298) by(cid:286)my przecie(cid:298) zobaczyli ruiny. I w tym wła(cid:286)nie momencie Piastek, szcz(cid:266)(cid:286)liwy Piastek (skóra na nim cierpła na my(cid:286)l, czego si(cid:266) podj(cid:261)ł: samemu przyprowadzić Tapati tutaj!), wyci(cid:261)gn(cid:261)ł przybrudzony palec ku niebu i zawołał: – Na pewno tam! – W niebie! – za(cid:286)miał si(cid:266) zło(cid:286)liwie Bimbel. – Dziadku, on ju(cid:298) nic nie potrafi zobaczyć na ziemi, odk(cid:261)d przeleciał si(cid:266) aerotraxem! – Cicho b(cid:261)d(cid:296)! – rzekła gniewnie Tapati. Ona od razu wiedziała, o co chodzi. Niebo nad szarym zboczem wydawało si(cid:266) odrobin(cid:266) mniej bł(cid:266)kitne, ale ptak, którego Piastek wskazał palcem (bo naturalnie wskazał nie niebo, tylko co innego), rysował si(cid:266) ostro na tym jakby przydymionym bł(cid:266)kicie, taki był ogromny. Opadał ku zboczu wolno, na niemal nieruchomych skrzydłach. – Ten ptak! Tam! – powiedziała. – On cz(cid:266)sto kr(cid:261)(cid:298)y nad ruinami. Widziałam go z Jodłowej Polany. – Je(cid:298)eli ten ptak tu mieszka, to jest tak samo pomylony jak Gurul – paln(cid:261)ł Tapatik (był dzisiaj wyj(cid:261)tkowo dokuczliwy, bo czuł si(cid:266) troch(cid:266) nieswojo w ciszy szarych kamieni. Poza tym bardzo przyzwyczaił si(cid:266) do tego, (cid:298)e jest bohaterem, dowódc(cid:261), a tutaj nie był ani jednym, ani drugim). Nikt nie zwrócił uwagi na jego kolejn(cid:261) uszczypliwo(cid:286)ć. No, mo(cid:298)e niezupełnie nikt: Babcia co(cid:286) sobie pomy(cid:286)lała, ale była to tak dziwna my(cid:286)l, (cid:298)e odsun(cid:266)ła j(cid:261) jako kukułcz(cid:261). Bo mianowicie pomy(cid:286)lała sobie, (cid:298)e Tapatik po powrocie z akcji ratowniczej jako(cid:286) dziwnie upodobnił si(cid:266) do... Bimbla. Ale mo(cid:298)e to dlatego, (cid:298)e Bimbel (Bimbel!) jest teraz o wiele mniej zło(cid:286)liwy... Zmienili kierunek lotu i wkrótce zobaczyli ruiny zamku. Powiedzieć, (cid:298)e było to miejsce dzikie i pos(cid:266)pne, to doprawdy za mało. Z zamku, a raczej warownej twierdzy, niewiele zostało. Ale to, co zostało – skrawki murów, baszty jakby połamane ciosami maczugi, schody urywaj(cid:261)ce si(cid:266) w powietrzu, okna zawieszone w pustce, pełno zardzewiałego (cid:298)elastwa i w ogóle ró(cid:298)nych trudnych do zidentyfikowania przedmiotów – wszystko, zarosłe kamieniami, beznadziejnie opuszczone i zaniedbane, budziło groz(cid:266) (tak pomy(cid:286)lała Tapati). Tapati (obdarzona niezwykł(cid:261) wyobra(cid:296)ni(cid:261) Tapati), patrz(cid:261)c, wyobraziła sobie natychmiast, (cid:298)e kto(cid:286) zbudował ten zamek w jakim(cid:286) innym (cid:286)wiecie (czytaj: na innej planecie), a potem go w cało(cid:286)ci gdzie(cid:286) przewoził i wła(cid:286)nie tu, w tym miejscu, przypadkiem lub z konieczno(cid:286)ci upu(cid:286)cił i naturalnie zamek si(cid:266) rozbił, roztrzaskuj(cid:261)c przy okazji zbocze góry. Stali z minami dosyć niepewnymi, jakby ka(cid:298)dy osobno rozwa(cid:298)ał decyzj(cid:266), czy trzeba st(cid:261)d uciekać ju(cid:298) czy te(cid:298) mo(cid:298)e za mał(cid:261) chwil(cid:266) (bo co powiedz(cid:261) inni?). – Mo(cid:298)e by(cid:286)my napili si(cid:266) soku ananasowego? – zaproponowała Babcia. – Nie wiem jak wy, ale ja mam okropne pragnienie, kiedy patrz(cid:266) na takie resztki. Nie wiadomo, co bardziej podziałało: ta zupełnie zwykła propozycja czy słowo „resztki”, które od razu zmniejszyło groz(cid:266) bij(cid:261)c(cid:261) od potrzaskanych murów. W ka(cid:298)dym razie zrobiło si(cid:266) przyjemniej. – Ja bym si(cid:266) napił czego(cid:286) mocniejszego – za(cid:298)artował Dziadek, poprawiaj(cid:261)c na szyi sw(cid:261) czerwon(cid:261) chustk(cid:266) w (cid:298)ółte grochy. A Tapati, która oderwała oczy od spadaj(cid:261)cego (w jej wyobra(cid:296)ni) i roztrzaskuj(cid:261)cego si(cid:266) w huku i łoskocie zamku, spojrzała ju(cid:298) przytomniej i zapytała: – No dobrze, ale gdzie jest Gurul? Natychmiast wszyscy zapomnieli o soku ananasowym. Wła(cid:286)nie! Gdzie jest Gurul? Wypatrywali błysku jego (cid:298)ółtej szaty w(cid:286)ród kamieni – na pró(cid:298)no. Bimbel sam, z własnej woli (co zauwa(cid:298)yła tylko Babcia), wdrapał si(cid:266) na głaz i, przyło(cid:298)ywszy do oczu sw(cid:261) ukochan(cid:261) lunet(cid:266), ogl(cid:261)dał ruiny dosłownie centymetr po centymetrze. – Nie widz(cid:266) ani Gurula, ani tego jego robota – rzekł, schodz(cid:261)c. – My(cid:286)l(cid:266), (cid:298)e trzeba zacz(cid:261)ć od nawoływa(cid:276) – podsun(cid:266)ła Babcia. – W górach głos dobrze niesie. Wi(cid:266)c je(cid:298)eli Gurul gdzie(cid:286) tu jest, to chocia(cid:298) nas nie dojrzał, mo(cid:298)e usłyszy. – Niezła my(cid:286)l – przyznał łaskawie Dziadek. – Tylko ja proponuj(cid:266), (cid:298)eby(cid:286)my wołali wszyscy razem, na komend(cid:266). B(cid:266)dzie gło(cid:286)niej. Uwaga. Raz... dwa… trzy! – Gu-rul! Gu-rul! Gu-rul! Głos istotnie niósł si(cid:266) (cid:286)wietnie w przejrzystym górskim powietrzu i nawet str(cid:261)cił ze zbocza kilka mniejszych kamyków. Na Gurula jednak nie podziałał. – Mówiłem, (cid:298)e go tu nie ma – mrukn(cid:261)ł Tapatik. – Nie ma rady, musimy udać si(cid:266) na poszukiwania – westchn(cid:261)ł Dziadek. – Zabraniam jednak ła(cid:298)enia po tych kamieniach. Wł(cid:261)czyć aerotraxy! – Uwa(cid:298)ajcie, (cid:298)eby nie zaczepić o jak(cid:261)(cid:286) star(cid:261) armat(cid:266) albo o ostrze miecza – dodała Babcia. – A w ogóle to trzymajmy si(cid:266) lepiej razem. Jak na Ksi(cid:266)(cid:298)ycu. Po kilkunastu minutach fruwania nad rumowiskiem wypatrzyli jedynie (cid:286)lady wielkiego ogniska, które kto(cid:286) (nie tak dawno chyba) tutaj rozpalił na czym(cid:286), co od biedy mo(cid:298)na by uznać za zamkowy dziedziniec (o ile nie była to podłoga zamkowej komnaty). – Wi(cid:266)c jednak miałem racj(cid:266) – nie wytrzymał Bimbel – Kto(cid:286) naprawd(cid:266) palił tutaj ognisko! Dobrze widziałem! Nie musiał dodawać, (cid:298)e tym kim(cid:286) nie był Gurul, ka(cid:298)dy wiedział, (cid:298)e Guru-l-Tapa-tik nie zni(cid:298)ał si(cid:266) do tak prozaicznych zaj(cid:266)ć jak rozpalanie ognisk. – Kto mógł si(cid:266) tutaj wdrapać? – spytał Dziadek z irytacj(cid:261) (bo pow(cid:261)tpiewał, czy on, zdobywca Góry Arunczumalaj, potrafiłby osi(cid:261)gn(cid:261)ć to zbocze). – Po Wysokich Górach czasem chodz(cid:261) taternicy – wyja(cid:286)nił Piastek. – Zgryzik nawet kiedy(cid:286) wi... – urwał, patrz(cid:261)c wokół ze zdumieniem. – Ale gdzie jest Zgryzik? Zgryzika nie było. A raczej był. Tylko zupełnie gdzie indziej. Jako skrzat (słowia(cid:276)ski) domowy, przyzwyczajony do myszkowania po ró(cid:298)nych kryjówkach i zakamarkach, szybko miał dosyć tego, jak to pogardliwie okre(cid:286)lał, szukania z powietrza. Skorzystawszy wi(cid:266)c z chwili zamieszania, która nast(cid:261)piła po odkryciu pozostało(cid:286)ci tajemniczego ogniska, opu(cid:286)cił si(cid:266) na ziemi(cid:266) i rozpocz(cid:261)ł fachowe szperanie. Z nadziej(cid:261), (cid:298)e to wła(cid:286)nie on znajdzie Gurula i b(cid:266)dzie znowu bohaterem jak wówczas, gdy we wn(cid:266)trzu rozbitego samolotu znalazł brakuj(cid:261)c(cid:261) (cid:286)rubk(cid:266) do radia. Albowiem i Zgryzik bardzo polubił być bohaterem. Usłyszał, (cid:298)e go wołaj(cid:261). Zamierzał dopóty udawać, (cid:298)e nie słyszy, dopóki czego(cid:286) nie znajdzie, bodaj (cid:286)ladu obecno(cid:286)ci Gurula, zawstydził si(cid:266) jednak, bo w głosach nawołuj(cid:261)cych d(cid:296)wi(cid:266)czał niepokój. Boj(cid:261) si(cid:266) o mnie, (cid:298)e gdzie(cid:286) wpadłem albo co – pomy(cid:286)lał wzruszony. – Tu jestem – zawołał i, nacisn(cid:261)wszy guzik aerotraxu, uniósł si(cid:266) w gór(cid:266). – Gurula nie znalazłem – rzekł, gdy nadlecieli. – Ani tego robota – dodał szybko, (cid:298)eby powstrzymać Dziadka, w którego oczach mo(cid:298)na było wyczytać gniewne słowa, tłocz(cid:261)ce si(cid:266) ju(cid:298) na ko(cid:276)cu jego j(cid:266)zyka. – Jest tu tylko co(cid:286)... – Zgryzik zawahał si(cid:266) – co(cid:286) dziwnego, o tu... Nie wiem, co to jest, co(cid:286) jakby zardzewiała zbroja czy w ogóle zardzewiałe (cid:298)elastwo. Tu le(cid:298)y, przy tej dziurze. Wskazał głow(cid:261) ow(cid:261) dziur(cid:266) i – odskoczył, przera(cid:298)ony. Bo to, co nazwał zardzewiał(cid:261) zbroj(cid:261) czy te(cid:298) zardzewiałym (cid:298)elastwem, wstało! I w dodatku przemówiło! – Nazywać mnie, Tymoteusza Drugiego, robota zaprogramowanego do glansowania trzewików ja(cid:286)nie wielmo(cid:298)nych panów Guru-l-Tapa-tik zardzewiałym (cid:298)elastwem! – zazgrzytał swym zardzewiałym głosem niepodobny do innych Gurulowy robot Tymoteusz Drugi. W tej chwili zreszt(cid:261) nieopisanie brudny, odrapany, cudacznie powgniatany, był niepodobny nie tylko do innych robotów z Tapatii, ale i do samego siebie. A (cid:286)ci(cid:286)le: był niepodobny do samego siebie tylko do momentu, kiedy si(cid:266) odezwał. Bo kiedy si(cid:266) odezwał we wła(cid:286)ciwy sobie arogancki i zarozumiały sposób, wszyscy (poza Zgryzikiem, który go nie widział przedtem) natychmiast go rozpoznali. – Tymoteusz Drugi! – rzekł ze zdumieniem Dziadek. – Ja go znalazłem! Ja go znalazłem! – wołał, ochłon(cid:261)wszy z przera(cid:298)enia Zgryzik (znowu bohater). Tymoteusz Drugi pogardliwie wzruszył ramionami, czemu towarzyszyło nieprzyjemne dla ucha skrzypienie, jakby kto(cid:286) ostrym no(cid:298)em przejechał po szkle. – Gdzie jest twój pan? – zapytała Tapati, wlepiaj(cid:261)c w niego srogie spojrzenie. Niepodobny do innych robot nie raczył odpowiedzieć, tylko wskazał głow(cid:261) (jak to poprzednio zrobił Zgryzik) w kierunku dziury, przy której dopiero co le(cid:298)ał. Gestowi towarzyszyły dziwne piski – z głowy robota wypadły (cid:298)ółtodziobe piskl(cid:266)ta, szcz(cid:266)(cid:286)liwie ju(cid:298) na tyle podrosłe, (cid:298)e mogły, rozwin(cid:261)wszy skrzydełka, bez szwanku opa(cid:286)ć na ziemi(cid:266)! – O raju, trzymajcie mnie – wołał tupi(cid:261)c rado(cid:286)nie Tapatik. – Ptaki uwiły sobie gniazdo w jego łepetynie, ha! ha! ha! (cid:285)mieli si(cid:266) wszyscy, nawet Tapati. Ale to ona pierwsza spowa(cid:298)niała. Przypadła do kolan Dziadka, co zawsze czyniła w wielkim strapieniu. – Dziadku! On pokazał t(cid:266) dziur(cid:266)! Czy my(cid:286)lisz, (cid:298)e Gurul tam wpadł? – pytała głosem, w którym ju(cid:298) słychać było łzy. – Ale(cid:298) sk(cid:261)d, kruszynko! – zagrzmiał Dziadek. – On najwy(cid:298)ej wszedł tam z własnej woli. No nie płacz, zaraz si(cid:266) wszystkiego dowiemy. – I zwrócił si(cid:266) do Tymoteusza Drugiego, który stał nieporuszony, choć biały strumyk ptasiego łajna spływał z jego nie przeci(cid:261)(cid:298)onego my(cid:286)leniem czoła. – Gadaj szybko, gdzie jest Gurul! Niepodobny do innych robot milczał przez sekund(cid:266) czy dwie (bo dłu(cid:298)ej nie wytrzymał gro(cid:296)nego spojrzenia Dziadka). – Mój pan – zazgrzytał wreszcie obra(cid:298)onym tonem – bada podziemia tego zamku. Gdyby kto(cid:286) o niego pytał, mam powiedzieć, (cid:298)e wyjdzie w drugiej połowie miesi(cid:261)ca sierpnia. Mój pan prosił, (cid:298)eby mu nie przeszkadzać. Aha, i jeszcze – robot wyra(cid:296)nie walczył z sob(cid:261) (tak(cid:261) trudno(cid:286)ć sprawiało mu powiedzenie czego(cid:286) przyjemnego) – prosił, (cid:298)eby pozdrowić od niego jak(cid:261)(cid:286) bzzy, grr, przepraszam, co(cid:286) mi si(cid:266) zacina, jak(cid:261)(cid:286) Tapati. A ja mog(cid:266) kszt… kch... przepraszam, ja mog(cid:266) spać. Dobra... gzzy, grr... noc… grych. Co rzekłszy, wygi(cid:261)ł si(cid:266) dziwacznie, przez krótki moment stał pochylony do tyłu niemal pod k(cid:261)tem prostym, potem run(cid:261)ł na ziemi(cid:266) w brz(cid:266)ku i łoskocie dokładnie w to samo miejsce, z którego niedawno wstał. I zaraz zasn(cid:261)ł. – No, no – mrukn(cid:261)ł Dziadek w pełnej oszołomienia ciszy (w tej ciszy słychać było jedynie, jak bije serce poruszonej, szcz(cid:266)(cid:286)liwej – Gurul nie zapomniało niej! – Tapati). – Je(cid:298)eli Gurul z własnej woli zszedł do podziemi, to oznacza tylko jedno: natrafił na co(cid:286) interesuj(cid:261)cego. Przypomnij mi, Dusieczko – zwrócił si(cid:266) do Babci – (cid:298)eby(cid:286)my tu wrócili w drugiej połowie sierpnia. Chciałbym wiedzieć, co ten dziwak wyszperał. Druga połowa sierpnia. Pami(cid:266)taj, Dusiu. I wła(cid:286)nie była – dokładnie – druga połowa sierpnia... ROZDZIAŁ II CZY DZIADEK ZWARIOWAŁ?! – Babciu – powiedziała Tapati wbiegaj(cid:261)c na werand(cid:266) – ju(cid:298) mo(cid:298)esz przypomnieć Dziadkowi, (cid:298)e chciał si(cid:266) wybrać na drug(cid:261) wypraw(cid:266) do ruin zamku. Mogliby(cid:286)my pój(cid:286)ć nawet jutro! Babcia, okutana w grub(cid:261) wełnian(cid:261) chust(cid:266) – dar Kociuby – przyszywała (cid:298)abki do (cid:298)ółtych firanek, które zamierzała zawiesić we wszystkich oknach, (cid:298)eby chocia(cid:298) w domu było słonecznie, skoro pogoda tego lata (z zagadkowej przyczyny) upodobała sobie kolor szary i tylko od czasu do czasu, bardzo rzadko, pozwalała sło(cid:276)cu wychylić złot(cid:261) twarz zza chmur. – Ja pami(cid:266)tam, dziecinko, pami(cid:266)tam. Sama si(cid:266) dzisiaj nad tym zastanawiałam. Ale w Wysokich Górach sypie (cid:286)nieg. – No wła(cid:286)nie! Wła(cid:286)nie dlatego powinni(cid:286)my polecieć tam jak najszybciej! Bo mo(cid:298)e (cid:286)nieg zasypał wej(cid:286)cie do tych lochów, które bada Gurul, i on nie mo(cid:298)e si(cid:266) wydostać. Trudno przecie(cid:298) liczyć na tego okropnego robota Tymoteusza Drugiego. – Ten (cid:286)nieg szybko stopnieje. A Gurul... Nie s(cid:261)dz(cid:266), (cid:298)eby potrzebna mu była pomoc. On najlepiej radzi sobie wła(cid:286)nie wówczas, gdy nikt mu nie pomaga. Gurulowie nie lubi(cid:261) przyjmować pomocy od kogokolwiek, bo nie lubi(cid:261) si(cid:266) czuć zobowi(cid:261)zani. – Zobowi(cid:261)zani? Nie rozumiem, Babciu... – Kto nie umie dawać, nie umie przyjmować – powiedziała Babcia, próbuj(cid:261)c nawlec igł(cid:266). – Ale naturalnie, dziecinko, mo(cid:298)emy zapytać Dziadka, czy nie ma ochoty na now(cid:261) wycieczk(cid:266). Tylko trzeba z tym poczekać do wieczora. – Dziadek jest znowu w Obserwatorium i robi te swoje obliczenia! Och, Babciu, co on tak oblicza i oblicza?! I tylko z tego obliczania robi si(cid:266) coraz bardziej zły. Ostatnio do Dziadka w ogóle odezwać si(cid:266) nie mo(cid:298)na. On jest zupełnie jak nie Dziadek. – Dziadek niczego nie oblicza – powiedział Tapatik, który, wychodz(cid:261)c z pokoju, usłyszał słowa siostry. – Wła(cid:286)nie dlatego wywiesza na drzwiach t(cid:266) kartk(cid:266) z napisem: „Nie przeszkadzać. Obliczam”. (cid:297)eby nikt nie wszedł i nie zobaczył tego, co ja zobaczyłem. Bo Dziadek tylko udaje, (cid:298)e oblicza, a tak naprawd(cid:266) to rysuje ró(cid:298)ne ró(cid:298)no(cid:286)ci. O raju, trzymajcie mnie, widziałem, jak rysował szanown(cid:261) Kociub(cid:266) lec(cid:261)c(cid:261) na odkurzaczu, ha, ha, ha! Mówi(cid:266) wam, jakie to było (cid:286)mieszne! O mało si(cid:266) nie zdradziłem, (cid:298)e… Zmieszany, ugryzł si(cid:266) w j(cid:266)zyk, ale ju(cid:298) było za pó(cid:296)no. – (cid:297)e podgl(cid:261)dasz – doko(cid:276)czyła Babcia walcz(cid:261)c z nitk(cid:261), która nie chciała przej(cid:286)ć przez uszko igły. Tapatik poczerwieniał i chciał, korzystaj(cid:261)c z tego, (cid:298)e Babcia na niego nie patrzy, wycofać si(cid:266) po angielsku, czyli po prostu umkn(cid:261)ć. Nie, nie przed spodziewanymi wymówkami (Babcia na ogół wymówek nie robiła), a przed uczuciem wstydu: uwa(cid:298)ał bowiem, (cid:298)e jest nazbyt pal(cid:261)ce, a on nie lubi si(cid:266) pocić, bo wtedy brzydko pachnie. Uchylił ju(cid:298) drzwi, gdy Babcia podniosła głow(cid:266) znad roboty. – Tapatik, nawlecz mi igł(cid:266) – powiedziała jak gdyby nigdy nic. Tapatik wstawił nog(cid:266) mi(cid:266)dzy drzwi, jakby si(cid:266) bał, (cid:298)e kto(cid:286) mu je przed nosem zatrza(cid:286)nie. – Babciu, ja... ja zostawiłem mleko na gazie i ono wła(cid:286)nie w tej chwili kipi – wykrztusił, czerwony, i znikł. Było to piramidalne kłamstwo, o czym Tapatik wiedział (i wiedział, (cid:298)e Babcia wie), ale rozumował z pewn(cid:261) doz(cid:261) logiki, (cid:298)e skoro i tak ju(cid:298) si(cid:266) najadł wstydu, to mo(cid:298)e zje(cid:286)ć jeszcze troch(cid:266), a nawet w pewnym sensie robi dobry uczynek: bo je(cid:298)eli ucieknie, nikt nie b(cid:266)dzie czuł, jak on si(cid:266) poci... Babcia pokiwała głow(cid:261). – Wiesz co, Tapati – powiedziała, ponawiaj(cid:261)c próby nawleczenia igły – przyszło mi na my(cid:286)l, (cid:298)e od czasu powrotu z akcji ratowniczej Tapatik zaczyna mieć w stosunku do Dziadka uczucia rywalizacyjne. – Tapatik ma dobre serce – rzekła gor(cid:261)co Tapati, która nie bardzo rozumiała, co to znaczy uczucia rywalizacyjne. – Daj t(cid:266) igł(cid:266), Babuniu. Nawlok(cid:266) ci. I w ogóle ci pomog(cid:266) – dodała m(cid:266)(cid:298)nie, bo nie znosiła szyć, a (cid:298)abek do przyszycia była cała góra. Siedziały wi(cid:266)c na werandzie i przyszywały (cid:298)abki do firanek w kolorze sło(cid:276)ca, a tymczasem chmury, w(cid:286)ciekłe na zakłócaj(cid:261)cy ich spokój wiatr, znowu bluzn(cid:266)ły deszczem. Bluzgały, rozj(cid:261)trzone, z tak(cid:261) furi(cid:261), (cid:298)e zrobiło si(cid:266) zupełnie ciemno i robot kuchenny XL pozapalał (cid:286)wiatła we wszystkich pokojach (oraz na werandzie), pozostawiaj(cid:261)c Tapati do zapalenia to jedno, które sama lubiła zapalać – (cid:286)wiatło małej latarenki nad drzwiami wej(cid:286)ciowymi. Ka(cid:298)dy, kto wracał wieczorem, w nocy lub w wywołanych kaprysami pogody ciemno(cid:286)ciach, zobaczywszy z daleka t(cid:266) latarenk(cid:266), to (cid:286)wiatło domu, wiedział, (cid:298)e jest ju(cid:298) blisko, (cid:298)e na niego czekaj(cid:261)... Deszcz nie przestał padać do wieczora. Dziadek przyszedł z Obserwatorium przemoczony, bo zapomniał zabrać parasol (doprawdy dziwne przeoczenie, skoro co dzie(cid:276) padało), i zły. Babcia i Tapati uznały, (cid:298)e nie jest to odpowiedni moment na poruszanie sprawy wycieczki do ruin zamku. Zreszt(cid:261) nie było czasu, (cid:298)eby z nim o czymkolwiek porozmawiać. Dziadek bowiem zamkn(cid:261)ł si(cid:266) w łazience i le(cid:298)ał w wannie przez całe pół godziny (normalnie wychodził po dziesi(cid:266)ciu minutach), a potem oznajmiwszy, (cid:298)e nie b(cid:266)dzie jadł kolacji, poszedł do domu Chorej Pani na telewizj(cid:266). – Dziadkowi chyba co(cid:286) jest – powiedziała Tapati, zatroskana. – Nie zjadł kolacji i poszedł na telewizj(cid:266)! On si(cid:266) chyba rozchorował, Babciu? – S(cid:261)dz(cid:266), dziecinko, (cid:298)e on si(cid:266) po prostu bardzo gryzie swoj(cid:261) bezsilno(cid:286)ci(cid:261) – odparła łagodnie Babcia. – Wie, (cid:298)e Klif na Ksi(cid:266)(cid:298)ycu musi być w powa(cid:298)nych tarapatach, skoro nie daje znaku (cid:298)ycia. Podejrzewa, (cid:298)e Mandiable mog(cid:261) wkrótce zaatakować Ziemi(cid:266) i – a(cid:298) do pa(cid:296)dziernika – nie mo(cid:298)e nic zrobić. A poza tym Dziadek si(cid:266) nudzi... – Wła(cid:286)nie! Dlatego trzeba zorganizować now(cid:261) wycieczk(cid:266) do Wysokich Gór – stwierdziła rezolutnie Tapati. – Ja dzisiaj porozmawiam z Dziadkiem na ten temat. Do rozmowy jednak nie doszło. Bo oto co si(cid:266) stało jeszcze tego samego wieczoru, tylko trzy kwadranse pó(cid:296)niej: Babcia i Tapati przy pomocy XL-a rozwieszały w oknach słoneczne firanki i... o mało nie spadły z parapetu. Bo w przedpokoju rozległ si(cid:266) straszliwy rumor, jakby galopowało, a potem raptownie zatrzymało si(cid:266) w miejscu stado dzikich koni. Nie były to jednak oczywi(cid:286)cie ani dzikie konie, ani inne zwierz(cid:266)ta, tylko Dziadek, Tapatik, Bimbel, Piastek i Zgryzik. Biegli w takiej wła(cid:286)nie kolejno(cid:286)ci i z takim obł(cid:266)dnym po(cid:286)piechem, (cid:298)e wywrócili stojak na parasole tudzie(cid:298) wieszak na kapelusze. Tapatik pierwszy zdołał si(cid:266) wypl(cid:261)tać i blady wpadł do pokoju. – Babciu! – zawołał autentycznie przestraszony. – Dziadek chyba zwariował. Ogl(cid:261)dali(cid:286)my wła(cid:286)nie Wiadomo(cid:286)ci i Dziadek nagle zerwał si(cid:266), i... – Tere-fere! – zagrzmiał Dziadek, wpadaj(cid:261)c tu(cid:298) za nim. – Jak kto(cid:286) kogo(cid:286) nie rozumie, to zaraz pos(cid:261)dza go o to, (cid:298)e zwariował! Nic si(cid:266) nie przejmuj, Dusiu. Nie zamierzałem zwariować i nie zwariowałem. Po prostu jutro lecimy na Ksi(cid:266)(cid:298)yc. No, co tak patrzysz, Dusiu? Naprawd(cid:266) nie zwariowałem. Czy(cid:298)by(cid:286) miała co do tego jakie(cid:286) w(cid:261)tpliwo(cid:286)ci? – W(cid:261)tpienie jest cech(cid:261) umysłów wybitnych – rzekła skromnie Babcia. – Ja tylko nie bardzo rozumiem, dlaczego masz na głowie ten kapelusz. Raczej nie jest zbyt twarzowy... – Ja? Kapelusz?! – krzykn(cid:261)ł ze zgroz(cid:261) Dziadek (uznawał wył(cid:261)cznie czapeczki z pomponikami). – To chyba ty, Dusiu, nie jeste(cid:286) przy zdrowych zmysłach – dodał oskar(cid:298)ycielsko i popatrzywszy po wszystkich z komicznie zdumion(cid:261) min(cid:261), ostro(cid:298)nie poruszył głow(cid:261). A Bimbel (rozchichotany Bimbel) ju(cid:298) mu podsuwał pod nos lustro. I Dziadek, chc(cid:261)c nie chc(cid:261)c, musiał zobaczyć. A zobaczył wielk(cid:261), rozwichrzon(cid:261) głow(cid:266), głow(cid:266) obie(cid:298)y(cid:286)wiata, włócz(cid:266)gi lub hippisa, po(cid:286)rodku której tkwił male(cid:276)ki (ale bardzo wytworny) czarny cylinder, zapomniany w domu Tapatików przez jednego z Izików, elegantów i smakoszy... – Zabierzcie mi st(cid:261)d zaraz tego idiot(cid:266)! – zawołał Dziadek, otrz(cid:261)saj(cid:261)c si(cid:266) ze wstr(cid:266)tem. – No dobrze ju(cid:298), dobrze – doko(cid:276)czył w(cid:286)ród ogólnego (cid:286)miechu. – Nie odpowiadam za kapelusze, które same pchaj(cid:261) si(cid:266) na moj(cid:261) głow(cid:266)! A w ogóle dosyć (cid:298)artów! Siadajcie. I słuchajcie! Nie mamy sekundy do stracenia. Przed chwil(cid:261) w Wiadomo(cid:286)ciach podano, (cid:298)e wystrzelono orbitaln(cid:261) stacj(cid:266) naukow(cid:261)... Urwał, jakby oczekuj(cid:261)c entuzjazmu równego temu, który rozpromieniał jego twarz, jak i okrzyków podziwu (bo min(cid:266) miał tak(cid:261), jakby sam osobi(cid:286)cie t(cid:266) stacj(cid:266) wystrzelił). Panowała jednak pełna nieufnego wyczekiwania cisza. Dolna warga Dziadka zacz(cid:266)ła drgać. Szybko si(cid:266) jednak uspokoiła. – Ach, prawda, wy nic nie wiecie – rzekł Dziadek z ulg(cid:261). – Ja dokonałem wielkiego odkrycia. Mianowicie na podstawie obserwacji nieba i (cid:298)mudnych oblicze(cid:276) odkryłem, (cid:298)e Ziemia ma nie jeden, ale dwa Ksi(cid:266)(cid:298)yce. – O, było o tym w telewizji! – wyrwał si(cid:266) Piastek, podniecony. – Taka teoria! Dziadek spiorunował go wzrokiem, a potem u(cid:286)miechn(cid:261)ł si(cid:266) z wy(cid:298)szo(cid:286)ci(cid:261). – Mo(cid:298)e i było. Ale ja t(cid:266) teori(cid:266) udowodni(cid:266). A poza tym odkryłem jeszcze co(cid:286). (cid:297)e ten drugi Ksi(cid:266)(cid:298)yc ma bardzo silne promieniowanie. Natura tego, euch... promieniowania, jest mi, euch... bli(cid:298)ej nie znana. Na razie! Zauwa(cid:298)yłem jednak, (cid:298)e działa ono przyci(cid:261)gaj(cid:261)co na materiał, z którego jest zbudowany nasz stereolot. Przyci(cid:261)ga jak magnes (cid:298)elazo. No, teraz ju(cid:298) chyba wszystko rozumiecie – zako(cid:276)czył, wodz(cid:261)c wokół triumfalnym spojrzeniem. – Obawiam si(cid:266), (cid:298)e zaczynam rozumieć – powiedziała Babcia tak cicho, (cid:298)e nikt (oprócz stoj(cid:261)cego za jej krzesłem robota kuchennego) tego nie usłyszał. Nikt te(cid:298) (poza ni(cid:261)) nie zaczynał rozumieć. Chocia(cid:298) teraz ju(cid:298) nikt nie pos(cid:261)dzał Dziadka o utrat(cid:266) zmysłów, cała sprawa zaczynała wygl(cid:261)dać powa(cid:298)nie. – No i co wy na to? Nic? – zagrzmiał Dziadek, rozczarowany. – Nic?! – Jeste(cid:286)my dumni z twego odkrycia, Tiku – wtr(cid:261)ciła Babcia pojednawczo. – Ale co ma do tego odkrycia orbitalna stacja naukowa? – wyraził ogóln(cid:261) w(cid:261)tpliwo(cid:286)ć Tapatik. W jego zuchowatej twarzy sceptycyzm walczył z rado(cid:286)ci(cid:261). Tapatik jeszcze niewiele rozumiał, czuł jednak, (cid:298)e naprawd(cid:266) zanosi si(cid:266) na now(cid:261) przygod(cid:266). – Jak to, co? – skoczył Dziadek. – Nie przypuszczałem, (cid:298)e jeste(cid:286)cie tacy niedomy(cid:286)lni! No dobrze. Oto mój projekt: jak wiadomo, naszym stereolotem nie mo(cid:298)emy dolecieć do Ksi(cid:266)(cid:298)yca. Ale mo(cid:298)emy do niego dolecieć z tego drugiego Ksi(cid:266)(cid:298)yca. A na ten drugi Ksi(cid:266)(cid:298)yc wcale nie musimy dolatywać, bo nas sam przyci(cid:261)gnie. Jasne? – Jasne – rzekł z nieukrywanym podziwem Tapatik. – Tylko ja ci(cid:261)gle nie rozumiem, po co Dziadkowi ta stacja... – Aha, zapomniałem – przerwał mu Dziadek. – Otó(cid:298) to promieniowanie drugiego Ksi(cid:266)(cid:298)yca jest za słabe, (cid:298)eby unie(cid:286)ć stereolot z Ziemi. Trzeba być du(cid:298)o bli(cid:298)ej. – No to przecie(cid:298) na t(cid:266) wysoko(cid:286)ć, na jakiej kr(cid:261)(cid:298)y stacja, sami mo(cid:298)emy dolecieć – nie dawał za wygran(cid:261) Tapatik. – W dalszym ci(cid:261)gu nie rozumiem... – Ju(cid:298) dawno by(cid:286) zrozumiał, gdyby(cid:286) ci(cid:261)gle nie przerywał! Otó(cid:298) doszedłem do wniosku, (cid:298)e drugi Ksi(cid:266)(cid:298)yc przyci(cid:261)gnie stereolot tylko wówczas, gdy b(cid:266)dzie on stał zupełnie nieruchomo, i w dodatku pod pewnym obliczonym przeze mnie k(cid:261)tem. Dlatego wyl(cid:261)dujemy na stacji orbitalnej, ustawimy si(cid:266) odpowiednio i wstrzelimy si(cid:266) w to promieniowanie, jak wstrzelili(cid:286)my si(cid:266) w ogon komety Kontroler Pierwszy, gdy przelatywała w pobli(cid:298)u Szmaragdowej Gwiazdy! No, teraz Dziadek nie musiał czekać na okrzyki (i inne oznaki) ogólnego entuzjazmu! Nawet Babcia promieniała, choć przewidywała cał(cid:261) mas(cid:266) kłopotów w zwi(cid:261)zku z tym, (cid:298)e Dziadek na pewno b(cid:266)dzie chciał wyruszyć jak najpr(cid:266)dzej, co dla niej oznaczało przygotowanie wszystkich niezb(cid:266)dnych do zabrania rzeczy w rekordowym tempie. Piastek i Zgryzik te(cid:298) si(cid:266) ogromnie cieszyli. A(cid:298) do momentu, kiedy przyszła im do głowy (obydwu jednocze(cid:286)nie) ta sama my(cid:286)l. Tapatiki odlatuj(cid:261), a oni... – A my? – zawołali razem. Dziadek popatrzył na nich powa(cid:298)nie. – Ch(cid:266)tnie zabrałbym was na t(cid:266) wypraw(cid:266). Ale musicie zostać na Ziemi. Mam dla was i dla innych, a przede wszystkim dla was, bardzo wa(cid:298)ne zadanie. A teraz zjadłbym co(cid:286). Wydaje mi si(cid:266), (cid:298)e nie podano mi dzisiaj kolacji! Zgodnie z przewidywaniami Babci, Dziadek chciał wyruszyć jak najszybciej. Kiedy jednak po zjedzeniu (na spó(cid:296)nion(cid:261) kolacj(cid:266)) trzech omletów z sokiem malinowym oznajmił nieco omdlałym głosem, (cid:298)e wyznacza start stereolotu na dzie(cid:276) zaprotestowała. jutrzejszy, stanowczo – Najwcze(cid:286)niej pojutrze, Tiku! Musz(cid:266) mieć chocia(cid:298) jeden dzie(cid:276) na przygotowania. Wolałabym zreszt(cid:261) dwa. Nie zapominaj, (cid:298)e wrócimy dopiero w pa(cid:296)dzierniku. – Kto by si(cid:266) tego spodziewał – mrukn(cid:261)ł Dziadek dziwnie ni przypi(cid:261)ł, ni przyłatał i... chrapn(cid:261)ł. – Babciu! Dziadek mówił przez sen! – powiedział z uciech(cid:261) Tapatik. Istotnie, Dziadkowi, wyczerpanemu wielodniow(cid:261) prac(cid:261) w Obserwatorium, półgodzinn(cid:261) gor(cid:261)c(cid:261) k(cid:261)piel(cid:261), wstrz(cid:261)sem, jakim była dla niego wiadomo(cid:286)ć o wystrzeleniu Stacji i wszystkimi zwi(cid:261)zanymi z tym faktem prze(cid:298)yciami, starczyło jeszcze sił na zjedzenie trzech ogromnych omletów, ale te omlety po prostu go dobiły. Wła(cid:286)ciwie Dziadek spał (z otwartymi oczyma) ju(cid:298) jedz(cid:261)c trzeci. A taki si(cid:266) zrobił ci(cid:266)(cid:298)ki, (cid:298)e wszyscy, jak ich było siedmioro, nie zdołali go przenie(cid:286)ć do łó(cid:298)ka i trzeba było wzywać na pomoc Piastkowego Tat(cid:266). Dziadek przespał cał(cid:261) noc i trzy czwarte nast(cid:266)pnego dnia, o co miał straszliw(cid:261) pretensj(cid:266) do Babci (która nie pozwoliła go obudzić). – Chciałam, Tiku – powiedziała, gdy grad wymówek pocz(cid:261)ł spadać na jej zaprz(cid:261)tni(cid:266)t(cid:261) pakowaniem głow(cid:266) – aby(cid:286) solidnie wypocz(cid:261)ł przed czekaj(cid:261)cymi ci(cid:266) trudami. Los naszej wyprawy, a tym samym los Klifa, a mo(cid:298)e i całej Ziemi, zale(cid:298)y od tego, czy tym trudom podołasz. – Jasne, (cid:298)e podołam! – hukn(cid:261)ł Dziadek, pochlebiony, i poszedł do gara(cid:298)u, aby si(cid:266) przekonać, czy wszystkie urz(cid:261)dzenia w stereolocie s(cid:261) w stanie najwy(cid:298)szej gotowo(cid:286)ci (wiedział, (cid:298)e były, chciał jak pami(cid:266)tacie, bałagan przedwyjazdowy, a zwłaszcza postawiona na widocznym miejscu pusta walizka – (cid:296)le wpływał na stan jego nerwów). jednak wyj(cid:286)ć z domu, gdy(cid:298), Pogoda nie miała najmniejszych wzgl(cid:266)dów dla przygotowa(cid:276) na Jodłowej Polanie. Nie zaprzestała zabawy w jesie(cid:276). Pozostawała królewsko oboj(cid:266)tna a(cid:298) do dnia, na który Dziadek wyznaczył start. Wówczas zacz(cid:266)ła przejawiać wyj(cid:261)tkow(cid:261) wprost zło(cid:286)liwo(cid:286)ć: ona te(cid:298) co(cid:286) zaplanowała. Wyznaczyła mianowicie spotkanie najczarniejszych, najobrzydliwszych chmur (cid:286)wiata nad Jodłow(cid:261) Polan(cid:261). Ci(cid:261)gn(cid:266)ły wi(cid:266)c ze wszystkich stron ci(cid:266)(cid:298)kie, dostojne niby dobrze od(cid:298)ywione krowy, zbijały si(cid:266) w stada nad jodłami i gapiły si(cid:266) na Polan(cid:266) wła(cid:286)nie zupełnie jak krowy. Tapatik i Bimbel mieli mnóstwo roboty z rozpraszaniem tych stad. Aparat do rozp(cid:266)dzania chmur, zwany popularnie odkurzaczem, groził przegrzaniem, wi(cid:266)c Dziadek odwołał „kowbojów”. – Podmuchamy przed samym startem! Te chmury mi si(cid:266) nie podobaj(cid:261) – rzekł, patrz(cid:261)c podejrzliwie w niebo. – My(cid:286)lisz, Dziadku, (cid:298)e to sprawka Mandiablów? – spytał wojowniczo Tapatik. Dziadek w zamy(cid:286)leniu poci(cid:261)gn(cid:261)ł w(cid:261)sa. – Nie s(cid:261)dz(cid:266), aby wypuszczali si(cid:266) a(cid:298) tak daleko, ale kto wie – powiedział cicho, aby go nie usłyszeli zebrani na werandzie go(cid:286)cie. Go(cid:286)cie przybyli nie tylko po to, by asystować przy starcie (prawie wszyscy przynie(cid:286)li ze sob(cid:261) czyste białe chusteczki, (cid:298)eby nimi po(cid:298)egnalnie pomachać); Dziadek nie lubił gapiów. Przyszli, poniewa(cid:298) zostali zaproszeni w bardzo wa(cid:298)nej sprawie. I czuli si(cid:266) bardzo wa(cid:298)ni i zaszczyceni, a zarazem lekko zaniepokojeni, gdy(cid:298) nie było ich zbyt wielu. I do tego faktu wła(cid:286)nie nawi(cid:261)zał Dziadek od razu na wst(cid:266)pie swego przemówienia. – Moi drodzy – zacz(cid:261)ł, nabijaj(cid:261)c fajk(cid:266) (co miało stwarzać wra(cid:298)enie, (cid:298)e jest w zupełnie zwyczajnym nastroju) – jak powszechnie wiadomo, jestem przeciwnikiem zebra(cid:276), narad, konferencji itd., itd., bo uwa(cid:298)am je za... – Tiku, okropnie rozsypujesz tyto(cid:276), a ju(cid:298) pozamiatałam na werandzie – wtr(cid:261)ciła Babcia. – Co? – mrukn(cid:261)ł Dziadek, patrz(cid:261)c na ni(cid:261) niezbyt przytomnie (bo wybity z natchnienia). – Wcale nie rozsypuj(cid:266) tyto... Aha! W porz(cid:261)dku. Wi(cid:266)c krótko: musimy polecieć teraz na Ksi(cid:266)(cid:298)yc, (cid:298)eby zobaczyć, co si(cid:266) stało z naszym tamtejszym posterunkiem. Chc(cid:266) jednak, (cid:298)eby tu, na Ziemi, kto(cid:286) czuwał. Nie wezwałem wszystkich, bo nie chc(cid:266) wywołać paniki... Ojciec Piastka poruszył si(cid:266) niespokojnie i poszukał wzrokiem syna. Brat Zgryzika wyj(cid:261)ł notes podarowany mu przez Dziadka na urodziny, inni zacz(cid:266)li pokaszliwać i szurać nogami; niemo(cid:298)no(cid:286)ć utrzymania nóg w spokoju (cid:286)wiadczy jak wiadomo, o du(cid:298)ym zdenerwowaniu... – Czy nam co(cid:286) grozi? – spytał, skorzystawszy z okazji, (cid:298)e Dziadek zapalał fajk(cid:266), najstarszy Polko(cid:276). – Na razie nie – odparł Dziadek i szuranie nóg ustało. – Rzecz przedstawia si(cid:266) nast(cid:266)puj(cid:261)co: mamy pewne wiadomo(cid:286)ci, (cid:298)e Mandiable-Po(cid:298)eracze Kwitn(cid:261)cych Planet zamierzaj(cid:261) zaatakować Ziemi(cid:266) – (bardzo silne szuranie). – Nie bać si(cid:266)! – hukn(cid:261)ł Dziadek, którego to szuranie wytr(cid:261)cało z natchnienia – Powtarzam, (cid:298)e na razie nic nam nie grozi. A poza tym my, Tapatiki, czuwamy! Wiem, (cid:298)e nigdy nie słyszeli(cid:286)cie o Mandiablach. S(cid:261) to istoty o naturze s(cid:266)pów: (cid:298)ywi(cid:261) si(cid:266) padlin(cid:261). Wyszukuj(cid:261) we wszech(cid:286)wiecie planety, na których jest (cid:298)ycie, i albo te planety roztapiaj(cid:261), albo zamra(cid:298)aj(cid:261), to znaczy, oddziaływuj(cid:261)c na pogod(cid:266), ozi(cid:266)biaj(cid:261) lub ocieplaj(cid:261) klimat. Albo i to, i to jednocze(cid:286)nie, a(cid:298) doprowadz(cid:261) do zagłady (cid:298)ycia – (szuranie). – Powiedziałem, nie bójcie si(cid:266)! – zagrzmiał Dziadek, wymachuj(cid:261)c wygasł(cid:261) fajk(cid:261). – Bezpo(cid:286)rednia zagłada nam nie grozi. Mandiable działaj(cid:261) długoplanowo. Ich podstawow(cid:261) metod(cid:261) jest sianie zam(cid:266)tu i ogłupianie. W ten sposób doprowadzaj(cid:261) do tego, (cid:298)e – słuchajcie uwa(cid:298)nie – istoty zamieszkuj(cid:261)ce dan(cid:261) kwitn(cid:261)c(cid:261) planet(cid:266) same j(cid:261) niszcz(cid:261). Jedn(cid:261) z wypróbowanych metod Mandiablów jest zrzucanie na wybran(cid:261) planet(cid:266) tysi(cid:266)cy Fabokli, którzy zara(cid:298)aj(cid:261), głównie młodzie(cid:298), swoj(cid:261) ideologi(cid:261) zbawienia (cid:286)wiata przez wykr(cid:266)canie si(cid:266) od wszelkiego wysiłku. Fabokle s(cid:261) bardzo gro(cid:296)ni – rzekł z naciskiem Dziadek i jakby mimochodem spojrzał na Tapati. Tapati szybko wtuliła zaczerwienion(cid:261) twarz w puchowe futerko swego ukochanego Złotego Misia, jak za dotkni(cid:266)ciem czarodziejskiej pałeczki znalazła si(cid:266) znowu na Ksi(cid:266)(cid:298)ycu po(cid:286)ród Fabokli. Widziała wielkie, rozczochrane czupryny spadaj(cid:261)ce im na czoła, brzydko pachn(cid:261)ce niebieskawe obłoczki nad ich głowami, oczy o napuchni(cid:266)tych powiekach. Widziała, jak siedzieli wokół pagórka, na którego szczycie tkwił nieruchomy Gurul, i kołysz(cid:261)c si(cid:266), (cid:286)piewali dziwn(cid:261), monotonn(cid:261) pie(cid:286)(cid:276) bez słów i jak wtedy, na jedn(cid:261) krótk(cid:261) straszn(cid:261) chwil(cid:266), poczuła, (cid:298)e wszystko jej oboj(cid:266)tnieje, (cid:298)e ju(cid:298) nie kocha nikogo, niczego. Zadr(cid:298)ała i nagle przypomniała sobie: Gurul! Odlatuj(cid:261) za pi(cid:266)tna(cid:286)cie minut, a Gurul nic o tym nie wie! – Dziadku, a Gurul? – zawołała. Dziadek, który jeszcze rozwodził si(cid:266) nad szkodliwym wpływem wywieranym przez Fabokli, przerwał w pół słowa i zmarszczył gniewnie swe krzaczaste brwi. Jego oczy jednak szybko złagodniały. – Nie zd(cid:261)(cid:298)ymy go ju(cid:298) zabrać, kruszynko – rzekł ciepło. – Ale mo(cid:298)esz napisać do niego list, naturalnie jak chcesz. Tylko po(cid:286)piesz si(cid:266), malutka, bo ja ju(cid:298) ko(cid:276)cz(cid:266). A wi(cid:266)c, jak powiedziałem – ko(cid:276)czył Dziadek – bezpo(cid:286)redniego zagro(cid:298)enia nie ma. Poniewa(cid:298) jednak istniej(cid:261) oznaki, (cid:298)e co(cid:286) niedobrego zaczyna si(cid:266) dziać na Ziemi, a my chwilowo odlatujemy, mam dla was dwa wa(cid:298)ne zadania: po pierwsze, przygotujcie jak najwi(cid:266)kszy zapas gumy do (cid:298)ucia. Zebrani na werandzie go(cid:286)cie niepewnie popatrzyli po sobie. – Powiedziałe(cid:286): gumy do (cid:298)ucia? – spytał z wahaniem brat Zgryzika. – Powiedziałem – przytakn(cid:261)ł Dziadek, a najstarszy Polko(cid:276) nie wiadomo dlaczego (mo(cid:298)e po prostu dlatego, (cid:298)e był Polkoniem) parskn(cid:261)ł (cid:286)miechem. – Mandiable przepadaj(cid:261) za gum(cid:261) do (cid:298)ucia. A kiedy zaczynaj(cid:261) (cid:298)uć, rytmiczny, monotonny ruch szcz(cid:266)kami działa wybitnie usypiaj(cid:261)co na ich mózgi. Mo(cid:298)na ich wtedy zgarniać jak odymione pszczoły. – Ihaha – zar(cid:298)ał najstarszy Polko(cid:276) (coraz bardziej rozweselony), czym (cid:286)ci(cid:261)gn(cid:261)ł na siebie liczne kuksa(cid:276)ce: go(cid:286)cie obawiali si(cid:266), (cid:298)e Dziadek b(cid:266)dzie zły. Dziadek jednak, który sam podobnymi wstawkami urozmaicał cz(cid:266)sto przeró(cid:298)ne zebrania, narady, konferencje itp., nie tylko nie był zły, ale nawet si(cid:266) u(cid:286)miechn(cid:261)ł. – Spo(cid:298)ywanie gumy do (cid:298)ucia zostało Mandiablom surowo zabronione przez ich Wodza, tote(cid:298) za nic na (cid:286)wiecie sami o ni(cid:261) nie poprosz(cid:261). Kiedy jednak kto(cid:286) im gum(cid:266) zaproponuje, nie opr(cid:261) si(cid:266). Po tym wła(cid:286)nie ich rozpoznacie. Sam Wódz, trzeba wam wiedzieć, oraz członkowie jego najbli(cid:298)szego otoczenia maj(cid:261) wstr(cid:266)t do gumy do (cid:298)ucia. – Wła(cid:286)nie – wtr(cid:261)cił (cid:298)ywo Ojciec Piastka. – Jak ich rozpoznać? – Z tym mo(cid:298)e być pewna bieda. Wygl(cid:261)d Mandiablów zmienia si(cid:266) w zale(cid:298)no(cid:286)ci od sytuacji i okoliczno(cid:286)ci. S(cid:261) bardzo plastyczni, rozumiecie? A wi(cid:266)c uwaga: je(cid:298)eli tu na Pogórzu pojawi si(cid:266) kto(cid:286) z naszego bractwa, kto(cid:286), kogo nikt nigdy przedtem nie widział i nie zna, trzeba szybko zapytać: czy miałby(cid:286) ochot(cid:266) na gum(cid:266) do (cid:298)ucia? A wtedy oczy tego kogo(cid:286) zrobi(cid:261) si(cid:266) czerwone. I okropnie głodne. A je(cid:298)eli ten z was, kto zaproponował gum(cid:266), nie ma jej przy sobie, Mandiabl pójdzie za nim jak krowa na postronku. Wi(cid:266)c pami(cid:266)tajcie: przygotować zapas gumy do (cid:298)ucia. – Sk(cid:261)d j(cid:261) wzi(cid:261)ć? – spytał z trosk(cid:261) jeden z Izików (który sam bardzo lubił gum(cid:266) do (cid:298)ucia o smaku owocowym). – Otó(cid:298) to – zawołał Dziadek – To jest przede wszystkim zadanie dla Zgryzika i Piastka. – Tak jest! – krzykn(cid:266)li ochoczo. – A co mamy robić ze złapanymi Mandiablami? – zaniepokoił si(cid:266) Ojciec Piastka – Co oni jedz(cid:261)? – Powi(cid:261)(cid:298)cie ich w snopki i schowajcie do jakiej(cid:286) szopy – odparł Dziadek niecierpliwie i spojrzał na zegarek. – Je toto wszystko, byle troch(cid:266) nie(cid:286)wie(cid:298)e czy zakalcowate. Ale mówi(cid:261)c szczerze, nie przypuszczam, (cid:298)eby zapu(cid:286)cili si(cid:266) a(cid:298) tutaj. Ledwo sko(cid:276)czył mówić, na werandzie zrobiło si(cid:266) ciemno. Mrok zapadł w sposób niesłychanie podst(cid:266)pny. Jeszcze przed chwil(cid:261), zanim Dziadek zacz(cid:261)ł mówić, było jasno, czyli szaro. I nagle raptownie pociemniało, przy czym wszyscy odnie(cid:286)li wra(cid:298)enie, jakby kto(cid:286) bezszelestnie stan(cid:261)ł za ich plecami i zakrył im oczy r(cid:266)kami. Niestety, nie towarzyszył temu znajomy, figlarny okrzyk: a kuku, zgadnij kim jestem! Była to ciemno(cid:286)ć nagła, cicha i parali(cid:298)uj(cid:261)ca. Nikt nie pisn(cid:261)ł, nikt nie j(cid:266)kn(cid:261)ł. Tylko jeden z Izików odruchowo wło(cid:298)y
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Tapatiki kontra Mandiable
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: